sobota, 28 stycznia 2017

Rozdział 7

Connor

Po obiedzie przeszedłem  się na krótki spacer po ogrodzie, odwiedzając przy okazji Armagedona razem z moim wilkiem. Nie widząc nigdzie któregoś z wampirów do towarzystwa poszedłem do mojego zakurzonego azylu. Przy książce i kawie, o którą poprosiłem służkę mijały mi spokojnie minuty. 

Pogrążony w tekście nawet nie zauważyłem jak do pomieszczenia żwawym krokiem wszedł Jon. Dopiero gdy mężczyzna chrząknął cicho, uniosłem z zaskoczeniem wzrok. Posłałem mu przepraszające spojrzenie, przymykając książkę, ale trzymając palec w miejscu, w którym skończyłem. Jon nie zdążył jednak nic powiedzieć, ponieważ do pomieszczenia wszedł Marcus. Wampir rozejrzał się z zaciekawieniem, zatrzymując swój rozbawiony wzrok na pobladłym strażniku, który nie wydawał się zbyt pewny siebie w jego obecności.

- Witaj, książę. - przywitał się, podchodząc bliżej mnie. Jego spojrzenie kolejny raz działało na mnie niemal hipnotyzująco. Czułem się jakby ten mnie prześwietlał, a jego wzrok mógł dosięgnąć mojej duszy, było to na równi fascynujące co i przerażające. Spróbowałem  jednak nie okazać swojej niepewności i posłałem mu delikatny uśmiech, wskazując mu fotel naprzeciwko mnie. - Szukałem cię.

- Tak? Coś się stało? - spytałem zainteresowany, na co pokręcił głową. 

- Po prostu brak towarzystwa. Ładnie tu masz.

Marcus usiadł na krześle naprzeciwko mnie, dalej lustrując wzrokiem każdy detal pomieszczenia. Odłożyłem książkę na jeden ze zgrabnych stosików na końcu stołu. Spojrzenie mężczyzny skończyło analizować pomieszczenie i skupiło się ponownie na mnie, jego szare tęczówki były bez wyrazu, ale nie była to obojętność, bardziej spokój. Nie umiałem zerwać tego kontaktu wzrokowego, miał on w sobie coś co przyprawiało mnie o dreszcz niepokoju.

- Co się takiego wydarzyło, że cierpisz na brak towarzystwa? - zapytałem, przerywając cisze, która między nami zapadła po jego słowach.

- Astrel został wezwany na dywanik do króla, Olli stwierdzi rano, że nie potrzebuje niańki, a Devon i Charlie bawią się w jego cienie, by nie wpadł w kłopoty, próbując być niezależnym.

- Do mojego ojca? Po coś konkretnego? - zaciekawiony przyglądałem się mężczyźnie.

- Musiałbyś zapytać któregoś z nich. - oznajmił z rozbawieniem w oczach.

Kiwnąłem głową, przeciągając się. Wstałem, spoglądając na stojącego przy drzwiach Jona. 

- Nadal jest tak zimno na zewnątrz?  - spytałem.

- Lepiej niż wczoraj jednak nadal zimno - powiedział. - Ciemno już jest, nie wychodź na dwór Connor.

- Jakoś mnie dzisiaj nie ciągnie na ten mróz. - odpowiedziałem, posyłając mu uspokajający uśmiech. Ciemnowłosy kiwnął głową, wyraźnie przyjmując moje słowa z ulgą w oczach. Marcus przyglądał się nam z zainteresowaniem. 

- To może do salonu przy kominku z kawą? - spojrzałem tym razem na Marcusa. Wampir wstał z gracją podchodząc bliżej mnie, Jon drgnął, przyglądając się czujnie każdemu jego najmniejszemu ruchowi. Westchnąłem, lekko zirytowany tą nieufnością. Gdyby Marcus chciał mi zrobić krzywdę to ani ja, ani żaden inny nie umiałby go powstrzymać, miałem świadomość, że wampiry potrafiły więcej, o wiele więcej niż ludzie. - Connor? 

- Przepraszam, zamyśliłem się. - mruknąłem. Wampir posłał mi uśmiech, idąc ze mną do drzwi. 

Zaprowadziłem go do jednego z przytulniejszych saloników, był jednym z mniejszych i zazwyczaj nikt z niego nie korzystał. Na jednej ze ścian wisiał przepiękny arras ukazujący rzekę Shin i wiosenny krajobraz. Jak byłem mały byłem nim oczarowany, na równi z innymi dziełami tego typu każdy ich szczegół był taki realistyczny, precyzyjnie wykonany. Duży kominek zapewniał przyjemne ciepło, a wiszący nad nim obraz ukazywał mnie wraz z rodzicami i małą Lilianną.

- Byłeś uroczym dzieckiem. - skomentował Marcus, siadając na jednym z foteli.

- Trochę nadpobudliwy, szybko denerwujący się, ciekawski, irytującym i męczącym... - zacząłem wymieniać na co srebrzystooki zaśmiał się. Poprosiłem jednego ze strażników, by zaczepił jakąś służkę, by przyniosła nam jakąś przekąskę i wspomnianą przez wampira kawę.

- W porównaniu z młodym wampirem, w którym zaczynają się budzić instynkty to byłeś aniołkiem.

- Trudno mnie porównywać do kogoś związanego z wampirami.

Marcus uśmiechnął się, kiwając lekko głową. Byłem ciekawy czy opowie mi coś więcej o swoim gatunku. Chciałem wiedzieć czy to co pisało w książkach było prawdą, ale chciałem też wiedzieć więcej. Miałem milion pytań, ale jakoś brakowało mi odwagi, by je od tak zadać. 

- Twoja ciekawska dusza się odzywa. Mów, chętnie odpowiem na twoje pytania.

- Ja nie... - westchnąłem pokonany, widząc wszystkowiedzący wzrok mężczyzny. Rozejrzałem się chcąc zyskać na czasie, by zastanowić się o co zapytać. Nagle każde pytanie wydawało się głupie i zbyt banalne, nie chciałem zostać źle odebrany więc musiałem sobie wszystko ułożyć w głowie. Napotkałem wesołe spojrzenie Marcusa i od razu nasunęło mi się pierwsze zapytanie. - Twoje oczy... czemu czuję się tak dziwnie... jak w transie?

-To coś podobnego do cechy przechodzącej w rodzinie. Pozwala mi to na rożne sposoby dowiedzieć się o osobie, z którą utrzymuje kontakt wzrokowy.

- Więc to prawda, że każdy z was ma kontakt z magiczną energią? - zapytałem, próbując nie czuć się nieswojo, gdy ten na mnie patrzył. Nie wiedziałem co już o mnie wiedział i właściwie obawiałem się tego co mógł ze mnie "wyczytać".  Jasnowłosy parsknął śmiechem, kręcąc głową.

- Wyczuwamy energię otaczającą niezwykłe stworzenia, ale nie mamy kontaktu z magią. Nasze dary nie są magią, to talenty ściśle związane z naszym kodem genetycznym. Dlatego nie każdy przemieniony człowiek je posiada, im czystszą krew ma wampir, który go zmienia tym większe prawdopodobieństwo, że będzie go miał.

- Jak staje się przemienionym? - spytałem ciekaw tego tematu.

- Człowiek pozbawiony konkretnej ilości krwi, zapada w pewnego rodzaju śpiączkę. Jeśli wypije wampirzą krew, jego organizm zaczyna ulegać minimalnym zmianą, w tym etapie rozstrzyga się czy jest się na tyle silnym, by przejść przemianę. Między wampirem, a człowiekiem powstaje wtedy też niezwykła więź, którą zerwać może tylko śmierć jednego z nich. Podobne psychiczne powiązanie ma nasz król i wszyscy jego poddani o "tej samej krwi".

- Połączenie emocjonalne? - dopytałem się. - Polega to na przykład na uspokojeniu?

- Można tak powiedzieć. W mniejszym stopniu odczuwają emocje drugiego, nigdy nie wiadomo jak silna będzie więź i jak ją wykorzystają. To dość skomplikowana sprawa.

- Zastanawia mnie jeszcze parę spraw, ale jedna z ciekawszych jest... kiedy udaje się wam zacząć całkowicie panować nad sobą? Chodzi mi...

- Wiem o co - uśmiechnął się na co byłem wdzięczny. - Z tym jest różnie  Connie. Są osoby, które przeżyły szał krwi i nawet w dość młodym wieku, nie odczuwają już potrzeby, by jej posmakować. Znajdą się te osoby, które są bardziej podatne na nią, zazwyczaj musimy znaleźć coś co pozwoli zachować nam chociaż resztki świadomości, by nie zabić.

- A jak... - moje kolejne pytanie zostało przerwane przez dziecięcy głosik.

- Connie! Pobaw się ze mną! - zawołał chłopczyk prawie wskakując mi na kolana z rozbiegu. - Marcuś pouczysz mnie później?

- Więc teraz jestem wart twojej uwagi, mały książę? - zapytał Marcus, unosząc pytająco brew. Powaga na jego twarzy zbiła z tropu Olivera, który spojrzał na niego wielkimi oczami, a następnie zerknął na mnie, jakby nie wiedząc co zrobić.  

- Idź go przytul i przeproś - szepnąłem do ucha młodego wampirka. Blondynek prawie rzucił się na Marcusa, który najwyraźniej próbował zachować powagę, zdradzały go jednak oczy, w których pojawiły się wesołe iskierki. Chłopiec owinął ramiona wokół jego szyi, szepcząc ciche przeprosiny. Srebrzystooki przez chwilę trwał w bezruchu, szybko jednak objął małego wstając i okręcając się z nim radośnie wokół własnej osi.

- Wybaczam, smyku.

Uśmiechnąłem się na ten widok. Było to dość rozczulające. Dopiłem powoli kawę myśląc o wszystkim i o niczym.

* * *

Oliver z uśmiechem usiadł obok mnie przy stole. Rozejrzałem się ze zdziwieniem zauważając, że na kolacji są wszyscy oprócz mojego ojca i Astrela. Poczułem ogarniający mnie niepokój, a jeśli coś się stało i któryś z nich zrobił krzywdę drugiemu? W głowie pojawiły mi się najczarniejsze scenariusze, które pogłębiły się gdy do jadalni wszedł mój ojciec. Na jego twarzy widniało podejrzane zadowolenie i minimalny uśmiech. Czekałem chwilę, ale Astrel się nie zjawił.

Spojrzałem na mężczyznę, który spokojnie się przywitał i usiadł u szczytu stołu. Jakby nigdy nic zaczął jeść posiłek. Przyglądałem mu się przez cały czas, nie tknąłem jedzenia, zbyt pochłonięty próbą zwrócenia uwagi pewnej osoby, która miała odpowiedź na dręczące mnie pytanie: Gdzie jest Astrel? 

Spojrzenie szarych oczu ojca skoncentrowało się wreszcie na mnie. Nie wydawał się on przez dłuższy moment rozumieć mojego upartego wzroku, który ani na chwilę nie oderwał się od niego. Uniósł brew, a w jego oczach widziałem ciekawość.

- Jest u siebie. - mruknął cicho i odprawił mnie ruchem dłoni. Przypominało to bardzo gest jakim się odgania natrętnego owada. Zmrużyłem oczy, wstając z lekkim pośpiechem. Z cichym "dobranoc" w stronę zebranych opuściłem pomieszczenie. Starałem się iść w miarę spokojnym krokiem, pomimo uczucia niepokoju. Droga do pokoju wampira wydawała się wić przez wszystkie korytarze zamku.

Nie kłopotałem się czymś takim jak pukanie, po prostu wszedłem do środka i stanąłem jak sparaliżowany widząc czarnowłosego, który przyssał się do szyi jednej ze służek. Kobieta o ciemnych włosach obejmowała go ramionami, przyciągając bliżej siebie. Nie wydawała się przerażona, nawet nie zarejestrowała mojego wejścia. Za to mężczyzna odsunął się od niej i spojrzał mi prosto w oczy. Ze zdziwieniem zarejestrowałem, że są w swojej zwyczajowej barwie.

Jak zahipnotyzowany wpatrywałem się jak ten przejeżdża czubkiem języka po śladzie ugryzienia ani na chwilę nie spuszczając ze mnie wzroku.

- Astrel? - spojrzałem na niego zaskoczony. Chłopak odsunął się od kobiet, która wpatrywała się w niego przez chwilę, a następnie na mnie, lekko się rumieniąc, gdy napotkała mój wzrok. Wampir ze spokojem podał jej małe pudełeczko, wyglądało jak zwykła maść.

- Dziękuję, odpocznij teraz i posmaruj tym ślad. Zniknie szybciej. - na jego twarzy gościł mały uśmiech, gdy odwrócił się w moją stronę. Przyjrzał mi się, a jego osoba wydawała się niezwykle odprężona. - Coś się stało?

- Martwiłem się - mruknąłem cicho pod nosem. Czułem się skrępowany pod badawczym spojrzeniem Astela i zaciekawionej służki. Kobieta najwyraźniej uznawszy, że to prywatne sprawy, pożegnała się cicho i opuściła pokój zamykając za sobą drzwi.

- To urocze, jak chcesz możesz sprawdzić czy nie mam zranień na ciele. - powiedział, rozpościerając ramiona jakby zapraszał mnie do uścisku. Przewróciłem oczami, uśmiechając się delikatnie. Nie mniej uderzyłem go lekko, zasłużył tym swoim spokojnym zachowaniem, gdy ja się naprawdę o niego martwiłem.

- Podejrzane było gdy mój ojciec wrócił do jadalni z uśmiechem na twarzy bez ciebie - powiedziałem, przytulając go. Chyba od zawsze lubiłem się przytulać. Astrel cicho się zaśmiał, otaczając mnie ramionami, czułem się bezpiecznie w jego uścisku.

- Rozmawialiśmy o sytuacji obu państw i wpływie jaki może mieć na nie sojusz. - odpowiedział.

- I? - popędziłem go ciekaw jak zareagował mój ojciec. Pisnąłem, gdy czarnowłosy uniósł mnie, okręcając się ze mną na środku pokoju. Objąłem go mocniej, nie chcąc wylądować na ziemie. Cichy głosik jednak mówił mi, że Astrel by mnie nie puścił. Wierzyłem, że zależy mu w jakiś sposób na moim bezpieczeństwie, miał sposobność napić się mojej krwi, ale bał się, że mnie skrzywdzi, sam tak powiedział, a więc to musiało coś znaczyć. Spojrzałem na niego, gdy postawił mnie w końcu na podłodze, zakręciło mi się lekko w głowie, więc oparłem się o szeroko uśmiechniętego mężczyznę.

- Stwierdził, że wolałby bym to ja był na tronie Xansoss. - powiedział z rozbawieniem na twarzy. - Wyjaśniłem mu, nasz pomysł i był dumny z ciebie. Wyraził się jasno, że oparcie sojuszu na handlu było rozsądnym posunięciem i dość sprytnym.

- Pieniądze dużo znaczą w tak dużych krajach - odparłem. - A góry w Ashidee mają jedne z największych złóż kamieni szlachetnych.

- Wiem, Connie. Denerwujecie mojego ojca, wiesz ma kompleks bycia najlepszym, a to że zwykli ludzie mają możliwe, że więcej niż on doprowadza go do szewskiej pasji. - oznajmił. Nie wydawał się przejęty zachowaniem swojego ojca. Właściwie zawsze mówił o nim z dziwnym chłodem w głosie. Przyjrzałem się chłopakowi, który oparł się o komodę i wpatrywał we mnie.

- Nie przepadasz za nim zbyt, czyż nie? - spytałem. Astrel skrzywił się, odwracając się w stronę okna i przyglądając się obrazowi widocznemu za nim. Dopiero po chwili odwrócił się z cichym westchnieniem. Wydawał się wahać czy mi odpowiedzieć. Milczałem, dając mu czas na zastanowienie się co mi ujawni i czy w ogóle to zrobi. Byłem ciekaw, ale nie zamierzałem na niego naciskać.

- Nie ma osoby, która bardziej zasługiwała by na moją nienawiść niż mój ojciec.

Zmarszczyłem brwi. Nie sądziłem, że król Xansoss mógłby być aż tak zły. 

- Przepraszam.

- Nie masz za co. - odpowiedział z uśmiechem, który nie sięgał jego oczu, które teraz wydawały się ciemniejsze niż zazwyczaj. Pozbawione tej iskierki szczęścia. Miałem ochotę się uderzyć za zaczęcie tego tematu. Między nami zapadła cisza, która mi ciążyła, myślałem gorączkowo jak ją przerwać, gdy Astrel uśmiechnął się łobuzersko i odezwał się, nie odrywając ode mnie oczu. - Z drugiej strony, gdyby nie jego pragnienie władzy siedziałbym na jego miejscu i nie spotkał ciebie, więc jednak coś mu się udało.

- Może masz rację - powiedziałem, posyłając mu nieśmiały uśmiech.

- Ja zawsze mam rację. - oznajmił, puszczając mi oczko. Prychnąłem, ale nim zdążyłem go poprawić, odezwał się mój brzuch, który oznajmił swoje niezadowolenie z powodu ominięcia kolacji. Zarumieniłem się, słysząc śmiech chłopka, ale po chwili dołączyłem do niego. - Chodź mój mały obrońco. 

Szatyn przyciągnął mnie do siebie, na co na moich policzkach ukazały się piekące rumieńce. Astrel nie przejmując się tym wyciągnął mnie na korytarz, prowadząc w sobie tylko znanym kierunku i celu. Nie przeszkadzało mi chodzenie w ten sposób, ale wolałem nie ryzykować, że wpadniemy na kogoś z mojej rodziny, gdy przytulam się do chłopaka.

Gdy znaleźliśmy się w kuchni, w której trwał wieczorny rozgardiasz zatrzymałem się zaskoczony. Astrel za to wskazał mi stolik, a sam podszedł do jednego z kucharzy. Chwilę rozmawiali, a następnie mężczyzna ze śmiechem spojrzał na mnie i wskazał coś czarnowłosemu. Ten zniknął mi z oczu, a gdy w końcu wrócił do mnie, położył przede mną tacę,  na której oprócz dzbanka z herbatą i dużego kawałka ciasta znajdował się mały talerzyk z kanapkami.

- Smacznego. - oznajmił z wesołym uśmiechem i usiadł naprzeciwko mnie.

- Dziękuję - powiedziałem radośnie. Od razu skupiłem się na kawałku ciasta, biorąc duży jego kawałek do ust. Mruknąłem z zadowoleniem, czując słodki smak rozpływający się na języku. Uderzyłem dłoń Astrela, który próbował mi podkraść kawałek smakołyku.

- Ludzie są dziwni. - skomentował, upijając łyk herbaty. Uśmiechnąłem się delikatnie i z pełnymi ustami pokiwałem głową. Czarnowłosy przewrócił oczami, przyglądając mi się w ciszy. Po tym chaotycznym posiłku urządziliśmy sobie mały spacer po zamku. Patrząc na mrok panujący na zewnątrz odczuwałem dziwny smutek, wiedziałem, że już jutro chłopak odjedzie.

Zaprowadziłem go do zimowego ogrodu matki, widząc podziw w jego oczach uśmiechnąłem się delikatnie.

- Co tam książątka? 

Podskoczyłem zaskoczony na głos przy uchu. Uderzyłem osobę stojącą za sobą. Szybko jednak zostałem unieruchomiony, z wykręconą ręką. Stęknąłem, zerkając z pod wpadających mi do oczu włosów na chichoczącego w najlepsze Astrela. Odetchnąłem z ulgą, gdy uścisk się poluźnił i mogłem się odsunąć od trzymającej mnie osoby. Zmrużyłem ze złością oczy i uderzyłem wesołego księcia Xansoss, chłopak zamiast się uspokoić, przyciągnął mnie do siebie, śmiejąc się głośniej.

- Idioci - prychnąłem na nich zły. Czarnowłosy mężczyzna o ciemnych oczach uśmiechnął się szeroko, nieprzejęty obelgą. Za to Astrel puścił mnie i posłał mi obrażone spojrzenie. Nic nie mówiąc odszedł między kwieciste krzaki.

- Oj, chyba uraziłeś jego osóbkę... - skomentował ciemnooki, zerkając na sylwetkę oddalającego się księcia.

- Jak się nazywasz? - spytałem. Czarnowłosy mężczyzna z błyszczącymi oczami złożył mi mały ukłon. Ubrany był w czarne spodnie oraz tego samego koloru koszulę, był przystojny w dość mroczny i pociągający sposób. Zganiłem się w myślach, kolejny raz zauważając jak bardzo koncentruje się na jego wyglądzie, kategoryzując go i podporządkowując swoim upodobaniom. To nie tak powinno być, nie powinienem myśleć w ten sposób o mężczyznach.

- Devon.

- Connor. 

Powiedziałem do mężczyzny i odwróciłem się, spoglądając na Astrela.

- Obraziłeś się?

Zamiast odpowiedzi dostałem naburmuszoną minę i wymowne spojrzenie, chłopak przypominał teraz bardziej dziecko niż wysoko postawionego wampira. Uśmiechnąłem się z rozbawieniem na tą zmianę, wydawało mi się to takie ludzkie. Wróciłem spojrzeniem do Devona, który z zaciekawieniem wodził wzrokiem między mną, a Astrelem, który wodził dłonią po tafli wody w jednym z małych stawów pełnych małych rybek. W jego oczach błyszczało rozbawieniem, które w całości podzielałem.

- Długo się obrażasz? Asi?

- Jestem nieśmiertelny... - odparł, a jego strażnik parsknął śmiechem. Puścił mi oczko i ruszył do wyjścia. Podszedłem bliżej czarnowłosego, patrząc ja ten tworzy na powierzchni wody cienką warstwę lodu. Zadrżałem, czując bijący od Astrela chłód.

- Niesamowite - skomentowałem talent chłopaka. Czarnowłosy drgnął, zerkając na mnie i wszystko nagle wróciło do normalności, nie było śladu po lodowej powierzchni, a temperatura wokół niego nie przyprawiała już o drgawki. - Potrafisz tak dłużej? Zamrażasz tylko wodę? Jakie jeszcze masz talenty?

- Gdyby poświęcił więcej czasu na doskonalenie tego, potrafiłbym nawet zabić dzięki żywiołom. Jest to dość męczące, gdy się nie ćwiczy, więc nie korzystam z tego daru za długo. 

- Czemu? Mógłbyś dzięki temu osiągnąć...! 

- Przestań Connor.

Westchnąłem, kiwając niemrawo głową. Nie rozumiałem o co mu chodzi, mógłby tyle zrobić dzięki temu darowi, wiele osób mogło tylko pomarzyć o czymś takim, a on to miał na wyciągnięcie ręki. Nie miałem pojęcia, czemu on reaguje tak, jakby było jakieś niebezpieczeństwo w tym. Przecież nie zamierzałem mówić o niczym złym.

- Nie miałem niczego złego na myśli... - mruknąłem, wycofując się z ogrodu.

* * *

Zszedłem po kamiennych schodach, przyglądając się postaciom już stojącym u podnóża schodów. Starając się nie okazywać emocji, które odczuwałem, stanąłem obok mamy, która powitała mnie delikatnym uśmiechem od razu poprawiając mi włosy i kołnierz. Ponad jej ramieniem zauważyłem, że mój ojciec żegna się z Astrelem. Czarnowłosy ze spokojem, wpatrywał się w niego, jakby nie zauważając mojego przyjścia.

Nagle zostałem objęty w biodrach przez blondyna, który wydawał się stracić swój uśmiech. Odsunąłem go tylko po to, by klęknąć i również go objąć. Oliver zacieśnił na mnie swój uścisk, ukrywając twarz w zagłębieniu mojej szyi.

- Odwiedzę cię kiedyś Oliś - powiedziałem cicho, czując pieczenie w oczach.

- I tak będę tęsknić... - wymamrotał lekko załamującym się głosem. Musiałem mu przyznać rację. Uniosłem wzrok, gdy Astrel skończył się żegnać z moją matką i stanął parę kroków za swoim młodszym bratem. Zamrugałem, nie chcąc by niechciane łzy zamazały mi obraz i pokazały jak bardzo się przywiązałem do tej dwójki. 

- Nie lubię pożegnań - westchnąłem, podchodząc do młodego mężczyzny. Czarnowłosy posłał mi blady uśmiech.

- Nie żegnamy się, mówimy sobie do zobaczenia. - poprawił mnie z miną filozofa.

Uśmiechnąłem się, przyciągając go do siebie przytulając z całej siły. Nie obchodziło mnie co sobie wszyscy pomyślą, potrzebowałem tego i chciałem. Ramiona wyższego objęły mnie szczelnie, zamykając mnie w bezpiecznym kokonie. Wtuliłem się w niego, chcąc pozostać w tej pozycji jak najdłużej, wiedziałem jednak, że to się nie uda, a Astrel za chwilę odjedzie.

Usłyszałem chrząkniecie jednego z strażników szatyna, na co prawie prychnąłem. Odsunąłem się od niego, przybierając postawę godną następcy tronu.

- Do zobaczenia, Astrel. - powiedziałem. Bursztynowooki puścił mi oczko składając mi lekki ukłon, gdy się wyprostował nic nie szło odczytać z jego twarzy. Wpatrywałem się jak pomaga Oliverowi zająć miejsce w siodle, następnie wskakując za nim. Machnął na swoich strażników, a ci ruszyli przodem, mężczyzna uchwycił mój wzrok, nim skierował się za nimi. Westchnąłem, stojąc w miejscu i patrząc jak znikają mi z oczu.

*********************************************************
[poprawione i zmienione] 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz