wtorek, 31 stycznia 2017

Rozdział 8

ASTREL

Zerknąłem przez ramię na niknące już w oddali wieże zamku Ashidee. Zatrzymałem się, patrząc na idealnie stąd widoczne miasto i zamarzniętą rzekę Shin. Blond czupryna Olivera poruszyła się, gdy ten spojrzał w górę smutnymi oczami. Objąłem go ramieniem, opierając podbródek na jego ramieniu. Chrząknięcie sprawiło, że się wyprostowałem patrząc na Marcusa, który posyłał mi kpiące spojrzenie.

- Czy ludzki księciuniu przypadł do twoich gustów, paniczu? Czy może ma za małe kompetencje do tego? Chociaż widząc twój wyraz twarzy śmiem stwierdzić, że jeszcze nie przedstawił ci swoich kompetencji - zakończył z uśmieszkiem na twarzy, a mnie świerzbiła ręka by mu go brutalnie zetrzeć. Nie byłem jakoś skory do żartów na ten temat.

- Odwiedzimy go prawda? Odwiedzimy Conniego?

-Jasne, smyku. - mruknąłem, nie do końca pewien swoich słów. Pociągnąłem za wodze i pokierowałem swojego konia w stronę drogi znikającej między drzewami lasu, który oddzielał oba królestwa. Droga zajęła nam dłużej niż ostatnio przez to że nie miałem ochoty się spieszyć do domu. Mijając pola Xansoss miałem ochotę się zatrzymać i położy na nienaruszonym puchu. Ale jestem Księciem i nie mogę, bo to poniżej mojej godności, pomyślałem z goryczą i pośpieszyłem swojego konia.

W mieście panował popołudniowy ruch, wszyscy zerkali na nas z ciekawością, kłaniając się, gdy rozpoznawali mnie i Olivera, który przysypiał oparty o mnie. Zignorowałem ich jak zawsze, nienawidząc tego szacunku, do kogoś kogo nawet nie znali osobiście. Nic nie zrobiłem dla nich by zasłużyć na takie zachowanie.

- Nie krzyw się tak książę, bo ci zostanie - usłyszałem głos mężczyzny. Zerknąłem na Charliego, który posyłał mi pocieszające spojrzenie. Westchnąłem, zdobywając się na sztuczny uśmiech, który miejmy nadzieje nie wyglądał jak kolejny grymas.

- Już wiadomo czemu mój ojciec ma taki niezadowolony wyraz twarzy przez cały czas.

Charlie zaśmiał sie na co Olie uśmiechnął się.

- Tata ma zawsze krzywy wyraz twarzy - powiedział chłopczyk, próbując naśladować mimikę naszego ojca. Zachichotałem, mijając strażników stojących przy bramie, która oddzielała miasto i główny dziedziniec zamku.

Gdy tylko zeszliśmy z koni przy ogromnych, drewnianych drzwiach pojawiła się kobieta z zimowej pelerynie i długiej, ciemno zielonej sukni.

- Astrel! Oliver! - posłała nam matczyny uśmiech. Jej lekko kręcone włosy luźno opadały na jej plecy, okalając jej twarz delikatnymi lokami. Uśmiechnąłem się, patrząc w jej bursztynowe oczy, gdy ta ściskała blondyna, który z szerokim uśmiechem wtulił się w matkę. - I jak tam słoneczka moje było w Ashidee? - spojrzała na nas.

Oliver od razu zaczął mówić wszystko co mu ślina przyniosła na język. Uśmiechnąłem się z rozbawieniem, całując matkę w policzek. Kobieta chwyciła moją dłoń i wręcz siłą zatrzymała w miejscu, najwyraźniej wiedząc, że zamierzam gdzieś zniknąć. Pokręciłem głową z rozbawieniem. Jasnooka zaprowadziła nas w stronę jednego ze swoich saloników, wciąż słuchając relacji młodszego syna. Rozejrzałem się po pomieszczeniu i z przyzwyczajenia rozpaliłem w kominku nim zrobił to któryś ze służących.

- ...no i Astrel polubił Conniego... Bardzo! - uśmiechnął się blondynek, na co spojrzałem na niego zaskoczony. Matczyne spojrzenie od razu z radosnymi iskierkami spoczęło na mnie. Czułem się jak mały chłopiec, który coś przeskrobał, a ona się tylko w ciszy czeka aż pęknę i wszystko jej wyśpiewam.

- Przesadza. - odparłem w swojej obronie, ku oburzeniu Olivera. Najwyraźniej nie podobało mu się, że zarzucam mu kłamstwo.

- Mamo to prawda - powiedział chłopiec, kładąc swoje dłonie na biodrach. - On kłamie, a sam by się popłakał, gdy żegnał Conniego...

- To ja wiem kto kłamie, młody. I jeśli dobrze pamiętam to ty byłeś na skraju płaczu. - odparłem, patrząc na niego i chcąc zakończyć ten temat. 

- Mam dziesięć lat! - pisnął w swojej obronie.

- To nic nie tłumaczy...

- Chłopcy. - nagana w głosie matki była łatwa do wychwycenia. Uniosłem dłonie, odchylając się na fotelu i zerkając na obrażonego Olivera, który usiadł obok niej na sofie. Kobieta objęła go delikatnie, gładząc jego ramię. Jej spojrzenie jednak cały czas skanowało moją osobę. Posłała mi mały uśmiech, a w jej oczach błysnęła złośliwość. - Jestem waszą matką i wiem, gdy coś się dzieje z uczuciami, któregoś z was.

- Nic się z moimi uczuciami nie dzieje, mamo - mruknąłem, czując, że zaraz stracę moje całkowite opanowanie i zacznę się rumienić jak głupi. Wejście służki z tacą, na której leżał talerzyk ciasteczek i dzbanek z herbatą. Kobieta w ciszy podała każdemu z nas pełną filiżankę, a następnie z dygnięciem wyszła z pomieszczenia. Uśmiechnąłem się delikatnie, czując delikatny zapach mojej ulubionej herbaty.

- Mów sobie co chcesz mój drogi, a ja i tak wiem swoje.
Wywróciłem oczami, na co mama szczypnęła mój policzek mocą. Na ten gest prawie wylałem sobie herbatę na kolana. Spojrzałem na nią, powstrzymując się od wyrzucenia z siebie paru bardzo dosadnych słów. Kobieta może i była niezwykle szczupła i wyglądała jakby najmniejszy powiew wiatru mógłby jej zrobić krzywdę, ale potrafiła o siebie zadbać i w dość mało subtelny sposób postawić na swoim. Wiedziałem, że próba przeklinania przy niej skończyłaby się dość boleśnie dla mnie.

- A jak sprawa, po którą tam pojechaliście? - spytała, przerywając ciszę.

- Do zatwierdzenia przez ojca. Jeśli on podpisze, to wszystko będzie już gotowe do wprowadzenia w życie.

- Gratuluje. - uśmiechnęła się. Kiwnąłem głową, upijając łyk herbaty. Miałem nadzieje, że nie będzie problemów z zakończeniem sprawy sojuszu. Im szybciej zostanie uznany przez nas, tym łatwiej będzie wprowadzać pewne zmiany. - Ojciec teraz jest zajęty rozmową z jakimś człowiekiem, więc mu nie przeszkadzaj. Myślę, że po kolacji możesz z nim o tym porozmawiać.

- I popsuć sobie humor przed snem? - mruknąłem, kobieta posłała mi pełne nagany spojrzenie. Nie próbowałem nawet udawać skruszonego swoimi słowami. Wraz z jasnooką po prostu przemilczeliśmy to, by nie zaczynać kolejny raz burzliwej rozmowy o ojcu.

* * *

Kopnąłem Cassio, szybko odskakując przed ostrzem Ian'a. Obaj współpracowali ze sobą najwyraźniej chcąc mi zrobić dość poważną krzywdę. Fiołkowe oczy, bruneta  radośnie się iskrzyły pomimo krwawej smugi na policzku. Kucnąłem szybko unikając rzuconego we mnie sztyletu.

- Chcesz wydłubać moje piękne oczka? - spytałem, uderzając Cas'a w brzuch. Mężczyzna zaśmiał się, próbując podciąć mi nogi. Gdy podskoczyłem, by tego uniknąć poczułem bolesne kopnięcie, które posłało mnie prosto na ścianę. Z ciężkim oddechem, spróbowałem usiąść prosto i zignorować ból głowy i stróżkę krwi spływającą ze skroni.

- Ian, ty brutalu - fiołkowooki uderzył w głowę mężczyznę, podchodząc do mnie. - Żyjesz? A może mam ci już wybrać ładną trumnę?

- Jestem za wspaniały, by tak szybko umierać. - oznajmiłem, ciągnąc go w dół. Przycisnąłem go do podłogi, w ostatniej chwyciłem jego własny sztylet przyciskając go do jego szyi.

- I tak się traktuje miłe osoby?! - lamentował. Posłałem mu delikatny uśmiech, opierając się o niego, gdy zakręciło mi się w głowie. Mogłem jakoś za amortyzować to uderzenie w ścianę głową. Wziąłem parę głębokich oddechów.

- Nic ci nie zrobiłem... - mruknąłem w jego klatkę piersiową.  


- Mdlejesz? - poczułem dźgnięcie palcem między moje żebra. Spojrzałem pół przytomnie na Ian'a. Czerwonowłosy wydawał się zmartwiony, w czasie gdy Cas usiadł, obejmując mnie, gdy się zachwiałem.






- Następnym razem omijam ściany.


- Następnym razem wstawiamy coś miękkiego na ściany - powiedział Ian. Kiwnąłem głową i syknąłem na Cassio, który ścierając z mojej twarzy krew, podrażnił rankę, która powstała po uderzeniu. Mężczyzna nie wydawał się jednak przejęty moim niezadowoleniem.


- Twoja koszula trochę ucierpiała - powiedział ciemnowłosy. Zerknąłem na materiał, który teraz był marną imitacją ubrania. Westchnąłem, przytulając się do Cassio, który zachichotał, gdy dmuchnąłem w jego szyje. Uśmiechnąłem się blado na to zachowanie. - Słyszałem, że byłeś u naszych drogich sąsiadów. Jak tam w zamku Ashidee?

- Tak samo jak tu, tylko bardziej ludzko. - odparłem, kąsając lekko jego szyje na co podskoczył z jakże męskim piskiem. Odchyliłem się z szerokim uśmiechem, słysząc w tle śmiech Ian'a.

- Ktoś warty uwagi? - spytał  czerwonowłosy. Zrobiłem zamyśloną minę, bawiąc się przydługimi kosmykami włosów Cassio.

- Mojej uwagi czy twojej? - zapytałem, odchylając się do tyłu, by spojrzeć na Ian'a. Mężczyzna opierał się o ścianę z rozbawieniem w błękitnych oczach. 

- Obojętnie - powiedział.

- Tak, jest tam osoba warta uwagi.

Na usta mężczyzn pojawiły się takie same uśmiechy. We dwoje wyglądali na śmiertelny duet. Nie chciał bym być ich wrogiem.

- Opowiadaj - powiedział czerwonowłosy, siadając obok nas. Spojrzałem to na jednego to na drugiego, prawie wybuchając śmiechem na ciekawość, która od nich promieniowała. Nie wiedziałem ile im powiedzieć, by nie pomyśleli sobie za dużo.

- Myślę o osobie, która jest prowodyrem sojuszu między Xansoss, a Ashidee. - powiedziałem z delikatnym uśmiechem. Ian zmarszczył brwi i wymienił spojrzenia z Cassio.

- Czy ty mówisz o księciu Ashidee?

- Nasze mroczne książątko zainteresowało się człowiekiem! - fiołkowe oczy mojego przyjaciela błyszczały radośnie, gdy wpatrywał się we mnie z wyczekiwaniem, jakby oczekiwał opisu jakiejś szalonej przygody.

- Jedyny normalny i skory do rozmowy ze mną - powiedziałem. Mężczyźni zaczęli się śmiać, na co pokręciłem rozbawiony głową. Jako, że czułem się już lepiej wstałem i przeciągnąłem się. Wciąż odczuwałem skutki uderzenia w ścianę, ale najwyraźniej regeneracja powoli sobie z tym radziła.  

- Nie miałeś iść do Pana wspaniałego władcy? - spojrzałem na Cassio. Ten to czasami wiedział więcej niż by ktoś pomyślał. Fiołkowooki nie raz okazywał się skarbnicą informacji. Westchnąłem na samą myśl, by spotkać się z ojcem.

- Cassio, może zabierzesz mnie na jedną z tych swoich wycieczek? Byle z dala od mojego ojca. 

- Na razie nic nie szykuje specjalnego. Może gdy skończą się mrozy wymyślę coś ciekawego. Ian chętny jak zawsze?

Czerwonowłosy skinął głową z szerokim uśmiechem na ustach. Oni obaj uwielbiali swoje podróże, aż ciekawiło mnie co się podczas nich działo. Zazwyczaj porzucałem myśl o udziale w tego typu wyprawach, ale coraz bardziej mnie do tego ciągnęło. Oprócz obawy o Olivera, nic mnie nie trzymało w Xansoss. Ojciec jasno się wyraził, że nie przejmę władzy dopóki on będzie wśród żywych. Z jednej strony byłem z tego zadowolony. Miałem spokój, nie musiałem się przejmować bzdurami koronacji. Z drugiej strony mój ojciec nie zasługiwał na tron. Był tyranem. Chciałbym pomóc poddanym.

Mam nadzieje, że ten sojusz przyczyni się do zmiany na lepsze. Nie obraziłbym się nawet, gdyby mój ojciec nagle doznał olśnienia i stał się mniej egoistycznym władcą. To była jedyna forma pomocy jaką mogłem zaoferować ludziom, próba sojuszu i rozluźnienie praw, które panowały w Xansoss.

Czerwonowłosy pstryknął mnie palcami w nos, na co odskoczyłem zaskoczony. Spojrzałem na obu nieprzytomnym wzrokiem, tak się zamyśliłem, że nie miałem pojęcia czy o coś mnie pytali, czy na jaki temat zeszła ich rozmowa. 

- Pełen uroku... - wymamrotał Ian. Posłałem mu oburzone spojrzenie, ignorując podśmiewającego się fiołkowookiego. W końcu ruszyłem do mahoniowych drzwi żegnając się z Cassio i Ianem. I czując się jakbym szedł na ścięcie, skierowałem się korytarzami do gabinetu ojca. Strażnik stojący przed nim skinął mi głową i cicho pukając, otworzył mi drzwi. 

- Jak ty się prezentujesz, synu...

- Nie miałem czasu się przebrać. - mruknąłem, wzruszając ramionami i siadając na fotelu stojącym przed biurkiem.

- Kiedy wróciłeś? - spytał, wracając wzrokiem do książki, którą czytał popijając herbatą. Przewróciłem oczami na tą jawną ignorancję. Rozejrzałem się po pomieszczeniu, szukając możliwych zmian. 

- W porze obiadowej, miałeś ponoć ważne spotkanie, więc kazano mi poczekać do kolacji.

Kiwnął spokojnie głową z cichym pomrukiem. Spojrzał na mnie nagle jakby przypominając sobie po co w ogóle tu przyszedłem. 
 
- Jak sprawy tego sojuszu? - prawie wypluł to pytanie. Czasami nie miałem pojęcia co nim kieruje. Powstrzymałem się od skrzywienia, które sprawiło by że mielibyśmy podobne wyrazy twarzy, z dwojga innych powodów. Spojrzenie mężczyzny wydawało się mnie prześwietlać, zamknąłem swój umysł woląc, by nie odkrył nic z tego co wydarzyło się w Ashidee, oprócz paru suchych faktów. 

- Brakuje tylko twojego podpisu. 

- Masz przy sobie pergamin z tą umową? - jego ciemne oczy nadal spoglądały na mnie oceniająco. Pochyliłem się do przodu ze sztucznym uśmiechem i wyciągnąłem dłoń z elegancko złożonym pergaminem.

- Wstąpiłem po niego do pokoju. - położyłem dokument przed ojcem, wstając. - W razie problemów, przyślij po mnie czy coś.

- Wątpię bym potrzebował twojej pomocy w złożeniu podpisu - powiedział, biorąc do rąk pergamin. Ugryzłem się w język, żeby mu nie dogryźć. Z zaciśniętymi wargami skinąłem głową i skierowałem się do wyjścia. W małym proteście do traktowania mnie w taki sposób, trzasnąłem drzwiami gabinetu. 

Szybkim krokiem pełnym wściekłości na głupotę ojca szedłem prosto do swojego azylu. Jednej z zapomnianych wież tego zamku. Lubiłem tam przebywać, wiedząc, że nikt nie miał pojęcia gdzie się ukryłem. Klnąc w myślach na króla, nie zauważyłem samotnej postaci, która stała tyłem do mnie. Dopiero gdy prawie upadliśmy, spojrzałem na zaskoczonego i lekko przerażonego chłopaka. 

- Pan... Astel... - ciemno błękitne tęczówki błysnęły, a w moje oczy rzucił się fioletowy siniak. Syknąłem, czując jeszcze większą wściekłość. Ktoś śmiał zranić moją własność.

- Kto ci to zrobił? - spytałem, dotykając delikatnie jego policzka. Chłopak zbladł na to jedno pytanie i pokręcił gwałtownie głową. Widziałem jak w jego oczach pojawia się strach. 

- To nic. Zasłużyłem...

- To ja o tym zadecyduje. - warknąłem, obnażając kły. Widząc jednak jeszcze większe przerażenie na twarzy chłopaka, wziąłem uspokajające wdechy. - Kto ci to zrobił...?

- Nicolas - powiedział nieśmiało.

- Więc Nico, kto ci to zrobił?
   
Jasnowłosy chłopak odsunął się ode mnie, podnosząc dłoń do zapewne bolącego miejsca. Przyglądałem mu się, czekając na jego odpowiedź. Ten jednak nie wydawał się zbyt chętny do wydania swojego kata. Westchnąłem, chwytając jego podbródek, by spojrzał mi prosto w oczy. 

- Kto to zrobił? - zapytałem spokojnym głosem, patrząc jak opór chłopaka słabnie i poddaje się mojej mocy.

- Nadworny archiwista... - powiedział cicho. Człowiek ojca, oczywiście. Są przyzwyczajeni, że biorą co chcą i kiedy chcą, bez względu na wszystko, czując się bezkarnym przez współpracę z królem. Pociągnąłem chłopaka za sobą, zmieniając kierunek swojej wcześniejszej wędrówki, na zamkowe archiwum. Byłem wściekły i zamierzałem dobitnie uświadomić mężczyznę jak i potencjalnych oprawców, że to co uznałem za moje, jest tylko i wyłącznie moją własnością.

Poczułem jak ciało chłopaka zaczyna stawiać mi opór. Spojrzałem na niego i zobaczyłem panikę w oczach. Staliśmy już przed drzwiami do archiwum.  

- Ja nie chcę tam iść... - szarpnął dłoń z mojego uścisku. Zatrzymałem się, nie wiedząc co zrobić. Może to i lepiej, że nie zobaczy tego co zrobię. Uśmiechnąłem się delikatnie gładząc dłoń Nico i przywołując najbliższego strażnika. 

- Odprowadź go do mojej komnaty. Jeśli coś mu się stanie, przypłacisz to życiem. Jasne?

 - Dobrze, panie - powiedział i razem z chłopakiem ruszyli przez korytarz do wskazanego przeze mnie miejsca. Wpatrywałem się w nich do momentu aż nie zniknęli mi z oczu. Pozwalając wściekłości mnie prowadzić otworzyłem drzwi schodząc schodkami na niższe poziomy zamku, prosto do archiwum.

Przeszedłem między regałami pełnymi papierów i różnych zwojów, prosto do oświetlonego miejsca, gdzie przy biurkach siedziała siódemka mężczyzn. Wszyscy podnieśli wzrok, gdy stanąłem za jednym z nich, wpatrując się morderczo w resztę. 

- Carrlo, chyba musimy porozmawiać... na osobności. - końcówkę zdania podkreśliłem ukazując kły. Jego towarzysze jak jedne mąż wstali i pędem opuścili pomieszczenie. Uśmiechnąłem się z zadowoleniem, odwracając siwowłosego wampira w swoją stronę.

- O czym chciałeś tak pilnie porozmawiać Astrel? - spojrzał na mnie, a jego maska obojętności jeszcze bardziej mnie napędziła do zrobienia mu krzywdy. Podniosłem go do pionu, rzucając nim o ścianę. Mężczyzna z jękiem osunął się na podłogę, z uczuciem satysfakcji podszedłem do niego, kucając, by spojrzeć mu prosto w oczy.

- Nie przypominam sobie byśmy byli na "ty".

- Na nic więcej nie zasługujesz - prychnął. Posłałem mu obojętne spojrzenie, jeśli myślał, że te słowa wytrącą mnie z równowagi to był głupcem. Nie był pierwszą osobą, która słowami próbowała kupić sobie wygraną. Wpatrywałem się w jego tęczówki, powoli wkradając się do jego umysłu. Było do przewidzenia, że był pewny siebie ze względu na mojego ojca. Bez problemu dostałem się do jego wspomnień i zacząłem je przeszukiwać. Rozszerzyłem szeroko oczy na widok Nicolasa w głowie mężczyzny.

Poczekałem do końca tego okropnego widoku, czując budzącą się we mnie furię. Gdy zerwałem kontakt z umysłem mężczyzny, moja dłoń ścisnęła jego gardło przyciskając go do ściany. W jego nagle przerażonym spojrzeniu widziałem swoje własne odbicie. Wpatrywałem się w jego powoli siniejącą z braku powietrza twarz, czekając do ostatniej chwili, dopiero gdy prawie mdlał z braku tlenu puściłem go. 

- Jak śmiałeś tknąć moją własność ty nic nie warty śmieciu? - syknąłem, nie powstrzymując swojej mocy od ujawnienia się. Wściekłość, którą czułem względem mężczyzny sprawiała, że zapominałem o zdrowym rozsądku, koncentrując się na myśli o zrobieniu mu jak największej krzywdy. Uderzyłem do z całej siły w klatkę piersiową. Słyszałem dźwięk łamanych kości i głośny krzyk mężczyzny. - Zabiłbym Cię teraz, jednak nie jestem potworem jak mój ojciec - warknąłem, dociskając butem twarz mężczyzny do podłogi.

- Jesteś nikim przy swoim ojcu... - wystękał z trudem. Uśmiechnąłem się z kipną, nie przejęty tym marnym przytykiem. Przewróciłem go na plecy, wyjmując ukryty wcześniej sztylet i opierając się kolanem o jego klatkę piersiową, pochyliłem się nad nim. 

- Tknij jeszcze raz coś co do mnie należy, a zobaczymy jak pomysłowy potrafię być w mordowaniu istot prawie nieśmiertelnych. - powiedziałem ze spokojem, na koniec wbijając ostrze w jego ramię na co szarpnął się gwałtownie, a przez jego twarz przebiegł grymas bólu.

 - I mam sobie odpuścić tą dziwkę? - powiedział z trudem spokojnie. Moje opanowanie poszło w niepamięć po tym jakże subtelnym komentarzu. Raz po raz okładałem mężczyznę po twarzy, nie przejmując się coraz większą ilością krwi. Szkarłatna mgiełka furii, przysłoniła mi rozsądek, chciałem jednego. Śmierci tego mężczyzny. 

- Astrel. - silne ramiona odciągnęły mnie od ledwo oddychającego wampira. Warknąłem, odwracając głowę w stronę trzymających mnie przyjaciół. Szarpnąłem się wściekle, ale ci z trudem utrzymali mnie w miejscu. 

- Puszczajcie mnie. 

- Spokojnie Astrel - usłyszałem przy uchu głos Marcusa i poczułem jak cząstka jego mocy obejmuje mnie. Wbrew wszelkiej logice poczułem jak ogarnia mnie spokój, a cała wściekłość powoli znika, dając możliwość zastanowienia się czy aby na pewno dobrze postąpiłem. Wyrwałem się z ich uchwytu, kucając przy mężczyźnie, który wyglądał jakby umierał. 

- Następnym razem umrzesz... Możesz trzymać mnie za słowo. - szepnąłem, przekręcając nóż i wyciągając go z razy, przy wtórze krzyku Carrlo. Posłałem mu ostatni zimny uśmiech, nim wstałem opuszczając pomieszczenie jakby nigdy nic się nie stało.

- Co zrobił, że zasłużył na taki los z twoich rączek Asi? - obok mnie pojawił się Cassio. Zacisnąłem pięści, zerkając w jego fiołkowe oczy.

- Zgwałcił osobę należącą do mnie.  

W oczach mojego przyjaciela ukazało się współczucie i smutek. 

- Gdzie tak osóbka jest?

- Moje komnaty. - odparłem, kierując się na schody, które prowadził prosto na korytarz, na którym znajdowała się moja sypialnia. Obaj mężczyźni w ciszy podążali za mną. Spojrzałem na swoje zakrwawione dłonie i przód koszuli, która wyglądała teraz jakby ktoś obryzgał ją krwią. - Marco, masz coś na siniaki? 

- Pewnie tak - odparł. - Przynieść?

- Proszę. - odparłem, ściągając koszulę i wycierając w nią dłonie. I tak szła do wyrzucenia, więc nie robiło to większej różnicy. Marcus kiwną spokojnie głową i skręcił w inny korytarz. Spojrzałem na zamyślonego Cassio i poczułem ogarniające mnie zwątpienie. - Źle postąpiłem?

- Trochę przesadziłeś - powiedział. - Z drugiej strony za jego czyn jest kara śmierci.

- Ujdzie mu to płazem, nikt się nawet nie dowie o tym występku, a ten śmieć będzie tu wciąż pracował. Tylko dlatego, że dla mojego ojca ludzie są tylko zabawkami, z którymi można robić co się chce. Pewnie nawet nie zwraca uwagi na takie sprawy. - łatwo było wychwycić złość w moim głosie. Wziąłem głęboki wdech, wbijając sobie paznokcie we wnętrze dłoni, by dzięki bólowi rozjaśnić swój umysł i odgonić wściekłość, która wciąż mi towarzyszyła. Po chwili dołączył do nas Marcus niosąc maść i koszule. Podał mi obie rzeczy.

Założyłem przydużą koszulę, nie kłopocząc się zapinaniem jej. Z zaskoczeniem zarejestrowałem, że strażnik, któremu wcześniej groziłem stoi przed moją sypialnią. Zamrugałem, nie wiedząc o co chodzi, ten skłonił mi się, patrząc z lekką niepewnością na moich przyjaciół.

- Panie, chłopak w pańskim pokoju. Nikt go nie niepokoił. - oznajmił. Kiwnąłem lekko nieprzytomnie głową, nie rozumiejąc czemu mężczyzna po prostu nie odszedł, gdy już zaprowadził Nico do mojego pokoju. Wzruszyłem ramionami, wchodząc do swojego pokoju. Na moim łóżku siedział chłopak, wyglądając jakby miał się zaraz rozpłakać. Spojrzał na mnie wielkimi oczami, a gdy jego wzrok zarejestrował też Cassio i Marcusa spiął się z przerażeniem wpatrując się w naszą trójkę.

- Marcuś pomęcz swoją moc - powiedział fiołkowooki do mężczyzny. - Hej. Nic ci nie zrobimy. Jesteśmy przyjaciółmi Astrela. Nazywam się Cassio.

Jasnowłosy utkwił we mnie niepewne spojrzenie. Z delikatnym uśmiechem  usiadłem obok niego, nie oczekując, że ten przysunie się bliżej mnie. Objąłem go, czując się winnym tego co mu się stało. Musnąłem ustami jego skroń, na co ten minimalnie się rozluźnił. 

- Nicolas... - odpowiedział cicho chłopak, patrząc czujnie na fiołkowookiego. Poczułem jak Marcus wysłał w naszą stronę swoją cząstkę mocy, by uspokoić jasnowłosego. Ten wpatrywał się w niego jak zaczarowany, dopiero po chwili pokręcił głową i zerknął na mnie z niezrozumieniem w oczach. Posłałem mu pokrzepiający uśmiech, otwierając maść i starając się jak najdelikatniej wetrzeć ją w siny ślad na jego twarzy.

* * *

Po długich namowach Marcusa zgodziłem się w końcu pójść na obiad do jadalni. Udało mi się cudem uniknąć śniadania jednak już czułem, że matka nie jest zbyt zadowolona z tego. Wchodząc do pomieszczenia poczułem się jak zwierzę zamknięte w klatce. Bardzo ciasnej klatce. Z kolcami. Powoli usiadłem jak najdalej ojca który od samego początku wbijał we mnie wzrok. Choć utrzymywałem na twarzy maskę obojętności bałem się, że wszystkie emocje są widoczne w oczach. Na chrząknięcie ojca prawie podskoczyłem. Cisza w jadalni nie pomagała. W dodatku utkwione we mnie spojrzenia różnych lordów i generałów. 

- Chciałbyś może mi o czymś powiedzieć? - głos ojca ociekał wściekłością. Spojrzałem na niego zabezpieczając swój umysł. 

- Nie - odparłem stanowczym głosem. 

- Astrel nie pogrywaj ze mną - podniósł ton głosu próbując chyba na mnie wywrzeć wrażenie. - Nie będę pozwalał na twoje ubzdurane wybryki w tym zamku. Carrlo przez ciebie prawie zginął. Zaatakowałeś go bezpodstawnie. Spójrz na mnie szczeniaku! - krzyknął, wstając i uderzając pięścią w stół.

- Za to co zrobił miałem pełne prawo go zabić. - odparłem wciąż nie nawiązując z nim kontaktu wzrokowego.  

- Dziecku została odebrana zabawka? - jego krótkie parskniecie było dość przerażające. - Mam ci przypomnieć co się stało z tą twoją przyjaciółeczką?

Zacisnąłem szczęki, wstając i spoglądając na wściekłego mężczyznę. Jego płonące furią spojrzenie wydawało się mnie przeszywać i obmyślać najboleśniejszą karę za mój wybryk. Opanowując swoje emocje, posłałem mu kpiące spojrzenie. Zostało mi tylko udawać aroganckiego panicza, który pogardza wszystkim i wszystkimi.

- Nie mam zamiaru dzielić się swoim żywicielem z hołotom. Skoro ty nie musisz się swoim dzielić, a jest możliwość zaklepania sobie jednego z nich to czemu nie? Carrlo w dość niesmaczny sposób, wykorzystał moją własność. Zareagowałem tak samo, jak ty byś zareagował na moim miejscu. 

- Śmiesz oczerniać teraz Carrlo przed nami wszystkimi? Myślałem, że lepiej Cię wychowałem. - warknął. Czyli teraz próbował grać dobrego ojca przed wszystkimi lordami, a ze mnie zrobić bachora? Przewróciłem oczami, a z moich ust wydobył się pogardliwy śmiech. Ciemnowłosy posłał mi ostrzegawcze spojrzenie, które jakoś nie przekonało mnie, by potulnie udawać skruszonego księcia. 

- Pewnie będziesz ubolewał całe dnie nad moim nagannym zachowaniem. - powiedziałem rozbawiony i odsuwając krzesło, skierowałem się do wyjścia.

- Wracaj tu Astrel, ja jeszcze nie skończyłem! - krzyknął, na co posłałem mu tylko uśmiech i wyszedłem z pomieszczenia. Wiedziałem, że sprowadziłem na Nico poważne kłopoty, bo to przez niego mój ojciec będzie chciał się zemścić. Skrzywiłem się, kierując do swojej sypialni, gdzie chłopak przebywał od wczoraj. 

Jasnowłosy siedział skulony na fotelu, stojącym koło okna. Podniósł wzrok z nad czytanej książki, gdy tylko wszedłem do pomieszczenia, witając mnie delikatnym uśmiechem. Sinika na jego twarzy wydawał się bledszy, ale wciąż był widoczny. Chłopak wydawał się tak kruchy i łatwy do skrzywdzenia. Jedyną gwarancją jego bezpieczeństwa było... Ashidee.

- Nico, pojedziesz na wycieczkę do mojego... przyjaciela. - mruknąłem, podchodząc do biurka i wyciągając pergamin, by napisać list do Connora i osobny do jego ojca. Korzystając z pieczęci rodowej, która za czasów ojca się zmieniła, zamknąłem oba w podpisanych kopertach.

- Na wycieczkę? - spojrzał na mnie, opierając się o parapet. 

- Popełniłem błąd... przez który ty jesteś zagrożony. Jeśli masz być bezpieczny musisz opuścić Xansoss. - wytłumaczyłem, podchodząc bliżej niego. Widziałem narastającą panikę w jego oczach i  byłem pewien, że chłopak domyśla się o czym mówię. Pogładziłem jego policzek, nie wiedząc jak mogę go pocieszyć, gdy wręcz rozkazuję mu opuścić rodzinne miasto. Pochyliłem się w jego stronę, zatrzymując się parę milimetrów od jego warg i wpatrując się w jego oczy. - Pojedziesz do Ashidee, Nico. - szepnąłem, muskając jego usta w delikatnym pocałunku.

- Ashidee? Masz tam przyjaciela? - spytał cicho. Posłałem mu mały uśmiech, samemu zastanawiając się czy nie przeceniam znajomości z Connorem. Nie mniej mogłem mieć tylko nadzieje, że pomogą skrzywdzonemu człowiekowi. 

- Tak, odprowadzę cię do granicy. Ubieraj się, wybierz sobie coś ciepłego z mojej szafy.

- Powiesz mi do kogo jadę? - otworzył szafę wpatrując się w dość dużą ilość ubrań.

- Do księcia Ashidee. - odparłem, zakładając pelerynę i chowając do niej listy. Przeszukałem szuflady i warknąłem, nie znajdując tego czego chciałem.  Z westchnięciem odwróciłem się do Nicolasa, który wpatrywał się we mnie z niedowierzaniem. 

- Żartujesz? - spytał, owijając się jedna z moich zimowych peleryn. Posłałem mu rozbawione spojrzenie, wyciągając do niego rękę i wraz z nim opuszczając sypialnie. Przemieszczając się korytarzami, którymi zazwyczaj chodziła służba zeszliśmy na niższe poziomy zamku, a następnie do stajni, gdzie przygotowałem swojego konia. Uśmiechnąłem się, patrząc jak Nico delikatnie gładzi jego czekoladową sierść. 

- Wskakuj, mały.

- Nie jestem aż taki niski - prychnął całkiem jak kot. Zachichotałem, pomagając mu usiąść w siodle i wyprowadzając ze stajni. Wskoczyłem zaraz za nim, chwytając wodze i pośpieszając Shiro. Musiałem jechać bocznymi drogami, by wzbudzać jak najmniej zainteresowania. Nico z zainteresowaniem przyglądał się mijanemu krajobrazowi. 

Gdy dotarliśmy do krawędzi lasu zaczynało się już ściemniać. Nie byłem przekonany do myśli, by Nicolas podróżował samotnie w nocy. Pośpieszyłem Shiro, pragnąc jak najszybciej pokonaj jak najdłuższy dystans. Zatrzymaliśmy się tylko na chwilę, bym mógł zabrać z chatki ukrytą tam sakiewkę z pieniędzmi, którą wręczyłem chłopakowi. Ten zasnął nim dotarliśmy do granic, co jeszcze bardziej komplikowało sprawę jego dalszej podróży. Pociągnąłem nosem po opuszczeniu lasu, próbując uchwycić jakiś zapach. Miałem szczerą nadzieję na jakiś strażników. 

Poruszałem się główną drogą z niezadowoleniem, nie zauważając żadnej żywej duszy. Westchnąłem zrezygnowany, kierując się w stronę miasta. Zerknąłem na Nico, uśmiechając się delikatnie na spokój widoczny na jego twarzy. Uniosłem gwałtownie głowę, słysząc nadjeżdżających jeźdźców. Stanąłem w miejscu czekając. Gdy przede mną zatrzymała się trójka strażników prawie uśmiechnąłem się nie musząc dalej jechać. 

- Książę Xansoss? - zauważyłem, że na czele stał starszy mężczyzna, który powitał mnie z moją pierwszą wizyta na zamku. Posłałem mu delikatny uśmiech, kiwając głową. 

- Przepraszam, że tak bez uprzedzenia, ale to dość nagła sprawa. - wytłumaczyłem, potrząsając delikatnie Nico, którego platynowa czupryna rzucała się w oczy w ciemności. Chłopak zmarszczył nos, przekręcając się delikatnie z niezadowoleniem. - Nico, otwórz oczka...

Chłopak ziewnął prostując się. Przetarł oczy dłonią, przyglądając się strażnikom. 

- Coś się stało?

- Problemy. Muszę prosić, byś wziął ze sobą Nicolasa. Jest człowiekiem. - wytłumaczyłem i wyciągnąłem dwie koperty podając je mężczyźnie. Jasnowłosy chłopak patrzył to na mnie, to na obcych strażników, a w jego oczach błyszczała niepewność i strach. Objąłem go pocieszająco jednym ramieniem. - Listy są do księcia Connora i króla.

- Dobrze - westchnął strażnik, schodząc z konia i przyglądając się granatowookiemu. Ten nie wyglądał jakby miał zamiar zmienić miejsce. Nieufnie wpatrywał się w mężczyznę, który nie wykonał najmniejszego ruchu w jego stronę, jakby rozumiejąc jego zachowanie. 

- Nico, proszę zaufaj im. Tu będziesz bezpieczniejszy niż w Xansoss. - szepnąłem mu do ucha. 

- Ale odwiedzisz mnie? Nie zostawisz mnie tu?

- Gdy tylko będę mógł, wrócę po ciebie. - obiecałem, patrząc mu w oczy. Nico przytulił się do mnie, a następnie z pomocą strażnika wszedł na ciemno gniadego konia. 

- Nazywam się Edward Vien.

Kiwnąłem głową, posyłając Nicolasowi pokrzepiające spojrzenie. Z cichym pożegnaniem zawróciłem, kierując się prosto na granice lasu. Czułem niechęć i obawę przed powrotem do zamku, wiedząc, że ojciec będzie jeszcze bardziej wściekły, a nie mając świadków jest skłonny do rękoczynów. Westchnąłem, dziecięcy strach przed ojcem rywalizował ze zmęczeniem, gdy popędziłem Shiro między drzewa.

*******************************************************
[poprawione i zmienione]

sobota, 28 stycznia 2017

Rozdział 7

Connor

Po obiedzie przeszedłem  się na krótki spacer po ogrodzie, odwiedzając przy okazji Armagedona razem z moim wilkiem. Nie widząc nigdzie któregoś z wampirów do towarzystwa poszedłem do mojego zakurzonego azylu. Przy książce i kawie, o którą poprosiłem służkę mijały mi spokojnie minuty. 

Pogrążony w tekście nawet nie zauważyłem jak do pomieszczenia żwawym krokiem wszedł Jon. Dopiero gdy mężczyzna chrząknął cicho, uniosłem z zaskoczeniem wzrok. Posłałem mu przepraszające spojrzenie, przymykając książkę, ale trzymając palec w miejscu, w którym skończyłem. Jon nie zdążył jednak nic powiedzieć, ponieważ do pomieszczenia wszedł Marcus. Wampir rozejrzał się z zaciekawieniem, zatrzymując swój rozbawiony wzrok na pobladłym strażniku, który nie wydawał się zbyt pewny siebie w jego obecności.

- Witaj, książę. - przywitał się, podchodząc bliżej mnie. Jego spojrzenie kolejny raz działało na mnie niemal hipnotyzująco. Czułem się jakby ten mnie prześwietlał, a jego wzrok mógł dosięgnąć mojej duszy, było to na równi fascynujące co i przerażające. Spróbowałem  jednak nie okazać swojej niepewności i posłałem mu delikatny uśmiech, wskazując mu fotel naprzeciwko mnie. - Szukałem cię.

- Tak? Coś się stało? - spytałem zainteresowany, na co pokręcił głową. 

- Po prostu brak towarzystwa. Ładnie tu masz.

Marcus usiadł na krześle naprzeciwko mnie, dalej lustrując wzrokiem każdy detal pomieszczenia. Odłożyłem książkę na jeden ze zgrabnych stosików na końcu stołu. Spojrzenie mężczyzny skończyło analizować pomieszczenie i skupiło się ponownie na mnie, jego szare tęczówki były bez wyrazu, ale nie była to obojętność, bardziej spokój. Nie umiałem zerwać tego kontaktu wzrokowego, miał on w sobie coś co przyprawiało mnie o dreszcz niepokoju.

- Co się takiego wydarzyło, że cierpisz na brak towarzystwa? - zapytałem, przerywając cisze, która między nami zapadła po jego słowach.

- Astrel został wezwany na dywanik do króla, Olli stwierdzi rano, że nie potrzebuje niańki, a Devon i Charlie bawią się w jego cienie, by nie wpadł w kłopoty, próbując być niezależnym.

- Do mojego ojca? Po coś konkretnego? - zaciekawiony przyglądałem się mężczyźnie.

- Musiałbyś zapytać któregoś z nich. - oznajmił z rozbawieniem w oczach.

Kiwnąłem głową, przeciągając się. Wstałem, spoglądając na stojącego przy drzwiach Jona. 

- Nadal jest tak zimno na zewnątrz?  - spytałem.

- Lepiej niż wczoraj jednak nadal zimno - powiedział. - Ciemno już jest, nie wychodź na dwór Connor.

- Jakoś mnie dzisiaj nie ciągnie na ten mróz. - odpowiedziałem, posyłając mu uspokajający uśmiech. Ciemnowłosy kiwnął głową, wyraźnie przyjmując moje słowa z ulgą w oczach. Marcus przyglądał się nam z zainteresowaniem. 

- To może do salonu przy kominku z kawą? - spojrzałem tym razem na Marcusa. Wampir wstał z gracją podchodząc bliżej mnie, Jon drgnął, przyglądając się czujnie każdemu jego najmniejszemu ruchowi. Westchnąłem, lekko zirytowany tą nieufnością. Gdyby Marcus chciał mi zrobić krzywdę to ani ja, ani żaden inny nie umiałby go powstrzymać, miałem świadomość, że wampiry potrafiły więcej, o wiele więcej niż ludzie. - Connor? 

- Przepraszam, zamyśliłem się. - mruknąłem. Wampir posłał mi uśmiech, idąc ze mną do drzwi. 

Zaprowadziłem go do jednego z przytulniejszych saloników, był jednym z mniejszych i zazwyczaj nikt z niego nie korzystał. Na jednej ze ścian wisiał przepiękny arras ukazujący rzekę Shin i wiosenny krajobraz. Jak byłem mały byłem nim oczarowany, na równi z innymi dziełami tego typu każdy ich szczegół był taki realistyczny, precyzyjnie wykonany. Duży kominek zapewniał przyjemne ciepło, a wiszący nad nim obraz ukazywał mnie wraz z rodzicami i małą Lilianną.

- Byłeś uroczym dzieckiem. - skomentował Marcus, siadając na jednym z foteli.

- Trochę nadpobudliwy, szybko denerwujący się, ciekawski, irytującym i męczącym... - zacząłem wymieniać na co srebrzystooki zaśmiał się. Poprosiłem jednego ze strażników, by zaczepił jakąś służkę, by przyniosła nam jakąś przekąskę i wspomnianą przez wampira kawę.

- W porównaniu z młodym wampirem, w którym zaczynają się budzić instynkty to byłeś aniołkiem.

- Trudno mnie porównywać do kogoś związanego z wampirami.

Marcus uśmiechnął się, kiwając lekko głową. Byłem ciekawy czy opowie mi coś więcej o swoim gatunku. Chciałem wiedzieć czy to co pisało w książkach było prawdą, ale chciałem też wiedzieć więcej. Miałem milion pytań, ale jakoś brakowało mi odwagi, by je od tak zadać. 

- Twoja ciekawska dusza się odzywa. Mów, chętnie odpowiem na twoje pytania.

- Ja nie... - westchnąłem pokonany, widząc wszystkowiedzący wzrok mężczyzny. Rozejrzałem się chcąc zyskać na czasie, by zastanowić się o co zapytać. Nagle każde pytanie wydawało się głupie i zbyt banalne, nie chciałem zostać źle odebrany więc musiałem sobie wszystko ułożyć w głowie. Napotkałem wesołe spojrzenie Marcusa i od razu nasunęło mi się pierwsze zapytanie. - Twoje oczy... czemu czuję się tak dziwnie... jak w transie?

-To coś podobnego do cechy przechodzącej w rodzinie. Pozwala mi to na rożne sposoby dowiedzieć się o osobie, z którą utrzymuje kontakt wzrokowy.

- Więc to prawda, że każdy z was ma kontakt z magiczną energią? - zapytałem, próbując nie czuć się nieswojo, gdy ten na mnie patrzył. Nie wiedziałem co już o mnie wiedział i właściwie obawiałem się tego co mógł ze mnie "wyczytać".  Jasnowłosy parsknął śmiechem, kręcąc głową.

- Wyczuwamy energię otaczającą niezwykłe stworzenia, ale nie mamy kontaktu z magią. Nasze dary nie są magią, to talenty ściśle związane z naszym kodem genetycznym. Dlatego nie każdy przemieniony człowiek je posiada, im czystszą krew ma wampir, który go zmienia tym większe prawdopodobieństwo, że będzie go miał.

- Jak staje się przemienionym? - spytałem ciekaw tego tematu.

- Człowiek pozbawiony konkretnej ilości krwi, zapada w pewnego rodzaju śpiączkę. Jeśli wypije wampirzą krew, jego organizm zaczyna ulegać minimalnym zmianą, w tym etapie rozstrzyga się czy jest się na tyle silnym, by przejść przemianę. Między wampirem, a człowiekiem powstaje wtedy też niezwykła więź, którą zerwać może tylko śmierć jednego z nich. Podobne psychiczne powiązanie ma nasz król i wszyscy jego poddani o "tej samej krwi".

- Połączenie emocjonalne? - dopytałem się. - Polega to na przykład na uspokojeniu?

- Można tak powiedzieć. W mniejszym stopniu odczuwają emocje drugiego, nigdy nie wiadomo jak silna będzie więź i jak ją wykorzystają. To dość skomplikowana sprawa.

- Zastanawia mnie jeszcze parę spraw, ale jedna z ciekawszych jest... kiedy udaje się wam zacząć całkowicie panować nad sobą? Chodzi mi...

- Wiem o co - uśmiechnął się na co byłem wdzięczny. - Z tym jest różnie  Connie. Są osoby, które przeżyły szał krwi i nawet w dość młodym wieku, nie odczuwają już potrzeby, by jej posmakować. Znajdą się te osoby, które są bardziej podatne na nią, zazwyczaj musimy znaleźć coś co pozwoli zachować nam chociaż resztki świadomości, by nie zabić.

- A jak... - moje kolejne pytanie zostało przerwane przez dziecięcy głosik.

- Connie! Pobaw się ze mną! - zawołał chłopczyk prawie wskakując mi na kolana z rozbiegu. - Marcuś pouczysz mnie później?

- Więc teraz jestem wart twojej uwagi, mały książę? - zapytał Marcus, unosząc pytająco brew. Powaga na jego twarzy zbiła z tropu Olivera, który spojrzał na niego wielkimi oczami, a następnie zerknął na mnie, jakby nie wiedząc co zrobić.  

- Idź go przytul i przeproś - szepnąłem do ucha młodego wampirka. Blondynek prawie rzucił się na Marcusa, który najwyraźniej próbował zachować powagę, zdradzały go jednak oczy, w których pojawiły się wesołe iskierki. Chłopiec owinął ramiona wokół jego szyi, szepcząc ciche przeprosiny. Srebrzystooki przez chwilę trwał w bezruchu, szybko jednak objął małego wstając i okręcając się z nim radośnie wokół własnej osi.

- Wybaczam, smyku.

Uśmiechnąłem się na ten widok. Było to dość rozczulające. Dopiłem powoli kawę myśląc o wszystkim i o niczym.

* * *

Oliver z uśmiechem usiadł obok mnie przy stole. Rozejrzałem się ze zdziwieniem zauważając, że na kolacji są wszyscy oprócz mojego ojca i Astrela. Poczułem ogarniający mnie niepokój, a jeśli coś się stało i któryś z nich zrobił krzywdę drugiemu? W głowie pojawiły mi się najczarniejsze scenariusze, które pogłębiły się gdy do jadalni wszedł mój ojciec. Na jego twarzy widniało podejrzane zadowolenie i minimalny uśmiech. Czekałem chwilę, ale Astrel się nie zjawił.

Spojrzałem na mężczyznę, który spokojnie się przywitał i usiadł u szczytu stołu. Jakby nigdy nic zaczął jeść posiłek. Przyglądałem mu się przez cały czas, nie tknąłem jedzenia, zbyt pochłonięty próbą zwrócenia uwagi pewnej osoby, która miała odpowiedź na dręczące mnie pytanie: Gdzie jest Astrel? 

Spojrzenie szarych oczu ojca skoncentrowało się wreszcie na mnie. Nie wydawał się on przez dłuższy moment rozumieć mojego upartego wzroku, który ani na chwilę nie oderwał się od niego. Uniósł brew, a w jego oczach widziałem ciekawość.

- Jest u siebie. - mruknął cicho i odprawił mnie ruchem dłoni. Przypominało to bardzo gest jakim się odgania natrętnego owada. Zmrużyłem oczy, wstając z lekkim pośpiechem. Z cichym "dobranoc" w stronę zebranych opuściłem pomieszczenie. Starałem się iść w miarę spokojnym krokiem, pomimo uczucia niepokoju. Droga do pokoju wampira wydawała się wić przez wszystkie korytarze zamku.

Nie kłopotałem się czymś takim jak pukanie, po prostu wszedłem do środka i stanąłem jak sparaliżowany widząc czarnowłosego, który przyssał się do szyi jednej ze służek. Kobieta o ciemnych włosach obejmowała go ramionami, przyciągając bliżej siebie. Nie wydawała się przerażona, nawet nie zarejestrowała mojego wejścia. Za to mężczyzna odsunął się od niej i spojrzał mi prosto w oczy. Ze zdziwieniem zarejestrowałem, że są w swojej zwyczajowej barwie.

Jak zahipnotyzowany wpatrywałem się jak ten przejeżdża czubkiem języka po śladzie ugryzienia ani na chwilę nie spuszczając ze mnie wzroku.

- Astrel? - spojrzałem na niego zaskoczony. Chłopak odsunął się od kobiet, która wpatrywała się w niego przez chwilę, a następnie na mnie, lekko się rumieniąc, gdy napotkała mój wzrok. Wampir ze spokojem podał jej małe pudełeczko, wyglądało jak zwykła maść.

- Dziękuję, odpocznij teraz i posmaruj tym ślad. Zniknie szybciej. - na jego twarzy gościł mały uśmiech, gdy odwrócił się w moją stronę. Przyjrzał mi się, a jego osoba wydawała się niezwykle odprężona. - Coś się stało?

- Martwiłem się - mruknąłem cicho pod nosem. Czułem się skrępowany pod badawczym spojrzeniem Astela i zaciekawionej służki. Kobieta najwyraźniej uznawszy, że to prywatne sprawy, pożegnała się cicho i opuściła pokój zamykając za sobą drzwi.

- To urocze, jak chcesz możesz sprawdzić czy nie mam zranień na ciele. - powiedział, rozpościerając ramiona jakby zapraszał mnie do uścisku. Przewróciłem oczami, uśmiechając się delikatnie. Nie mniej uderzyłem go lekko, zasłużył tym swoim spokojnym zachowaniem, gdy ja się naprawdę o niego martwiłem.

- Podejrzane było gdy mój ojciec wrócił do jadalni z uśmiechem na twarzy bez ciebie - powiedziałem, przytulając go. Chyba od zawsze lubiłem się przytulać. Astrel cicho się zaśmiał, otaczając mnie ramionami, czułem się bezpiecznie w jego uścisku.

- Rozmawialiśmy o sytuacji obu państw i wpływie jaki może mieć na nie sojusz. - odpowiedział.

- I? - popędziłem go ciekaw jak zareagował mój ojciec. Pisnąłem, gdy czarnowłosy uniósł mnie, okręcając się ze mną na środku pokoju. Objąłem go mocniej, nie chcąc wylądować na ziemie. Cichy głosik jednak mówił mi, że Astrel by mnie nie puścił. Wierzyłem, że zależy mu w jakiś sposób na moim bezpieczeństwie, miał sposobność napić się mojej krwi, ale bał się, że mnie skrzywdzi, sam tak powiedział, a więc to musiało coś znaczyć. Spojrzałem na niego, gdy postawił mnie w końcu na podłodze, zakręciło mi się lekko w głowie, więc oparłem się o szeroko uśmiechniętego mężczyznę.

- Stwierdził, że wolałby bym to ja był na tronie Xansoss. - powiedział z rozbawieniem na twarzy. - Wyjaśniłem mu, nasz pomysł i był dumny z ciebie. Wyraził się jasno, że oparcie sojuszu na handlu było rozsądnym posunięciem i dość sprytnym.

- Pieniądze dużo znaczą w tak dużych krajach - odparłem. - A góry w Ashidee mają jedne z największych złóż kamieni szlachetnych.

- Wiem, Connie. Denerwujecie mojego ojca, wiesz ma kompleks bycia najlepszym, a to że zwykli ludzie mają możliwe, że więcej niż on doprowadza go do szewskiej pasji. - oznajmił. Nie wydawał się przejęty zachowaniem swojego ojca. Właściwie zawsze mówił o nim z dziwnym chłodem w głosie. Przyjrzałem się chłopakowi, który oparł się o komodę i wpatrywał we mnie.

- Nie przepadasz za nim zbyt, czyż nie? - spytałem. Astrel skrzywił się, odwracając się w stronę okna i przyglądając się obrazowi widocznemu za nim. Dopiero po chwili odwrócił się z cichym westchnieniem. Wydawał się wahać czy mi odpowiedzieć. Milczałem, dając mu czas na zastanowienie się co mi ujawni i czy w ogóle to zrobi. Byłem ciekaw, ale nie zamierzałem na niego naciskać.

- Nie ma osoby, która bardziej zasługiwała by na moją nienawiść niż mój ojciec.

Zmarszczyłem brwi. Nie sądziłem, że król Xansoss mógłby być aż tak zły. 

- Przepraszam.

- Nie masz za co. - odpowiedział z uśmiechem, który nie sięgał jego oczu, które teraz wydawały się ciemniejsze niż zazwyczaj. Pozbawione tej iskierki szczęścia. Miałem ochotę się uderzyć za zaczęcie tego tematu. Między nami zapadła cisza, która mi ciążyła, myślałem gorączkowo jak ją przerwać, gdy Astrel uśmiechnął się łobuzersko i odezwał się, nie odrywając ode mnie oczu. - Z drugiej strony, gdyby nie jego pragnienie władzy siedziałbym na jego miejscu i nie spotkał ciebie, więc jednak coś mu się udało.

- Może masz rację - powiedziałem, posyłając mu nieśmiały uśmiech.

- Ja zawsze mam rację. - oznajmił, puszczając mi oczko. Prychnąłem, ale nim zdążyłem go poprawić, odezwał się mój brzuch, który oznajmił swoje niezadowolenie z powodu ominięcia kolacji. Zarumieniłem się, słysząc śmiech chłopka, ale po chwili dołączyłem do niego. - Chodź mój mały obrońco. 

Szatyn przyciągnął mnie do siebie, na co na moich policzkach ukazały się piekące rumieńce. Astrel nie przejmując się tym wyciągnął mnie na korytarz, prowadząc w sobie tylko znanym kierunku i celu. Nie przeszkadzało mi chodzenie w ten sposób, ale wolałem nie ryzykować, że wpadniemy na kogoś z mojej rodziny, gdy przytulam się do chłopaka.

Gdy znaleźliśmy się w kuchni, w której trwał wieczorny rozgardiasz zatrzymałem się zaskoczony. Astrel za to wskazał mi stolik, a sam podszedł do jednego z kucharzy. Chwilę rozmawiali, a następnie mężczyzna ze śmiechem spojrzał na mnie i wskazał coś czarnowłosemu. Ten zniknął mi z oczu, a gdy w końcu wrócił do mnie, położył przede mną tacę,  na której oprócz dzbanka z herbatą i dużego kawałka ciasta znajdował się mały talerzyk z kanapkami.

- Smacznego. - oznajmił z wesołym uśmiechem i usiadł naprzeciwko mnie.

- Dziękuję - powiedziałem radośnie. Od razu skupiłem się na kawałku ciasta, biorąc duży jego kawałek do ust. Mruknąłem z zadowoleniem, czując słodki smak rozpływający się na języku. Uderzyłem dłoń Astrela, który próbował mi podkraść kawałek smakołyku.

- Ludzie są dziwni. - skomentował, upijając łyk herbaty. Uśmiechnąłem się delikatnie i z pełnymi ustami pokiwałem głową. Czarnowłosy przewrócił oczami, przyglądając mi się w ciszy. Po tym chaotycznym posiłku urządziliśmy sobie mały spacer po zamku. Patrząc na mrok panujący na zewnątrz odczuwałem dziwny smutek, wiedziałem, że już jutro chłopak odjedzie.

Zaprowadziłem go do zimowego ogrodu matki, widząc podziw w jego oczach uśmiechnąłem się delikatnie.

- Co tam książątka? 

Podskoczyłem zaskoczony na głos przy uchu. Uderzyłem osobę stojącą za sobą. Szybko jednak zostałem unieruchomiony, z wykręconą ręką. Stęknąłem, zerkając z pod wpadających mi do oczu włosów na chichoczącego w najlepsze Astrela. Odetchnąłem z ulgą, gdy uścisk się poluźnił i mogłem się odsunąć od trzymającej mnie osoby. Zmrużyłem ze złością oczy i uderzyłem wesołego księcia Xansoss, chłopak zamiast się uspokoić, przyciągnął mnie do siebie, śmiejąc się głośniej.

- Idioci - prychnąłem na nich zły. Czarnowłosy mężczyzna o ciemnych oczach uśmiechnął się szeroko, nieprzejęty obelgą. Za to Astrel puścił mnie i posłał mi obrażone spojrzenie. Nic nie mówiąc odszedł między kwieciste krzaki.

- Oj, chyba uraziłeś jego osóbkę... - skomentował ciemnooki, zerkając na sylwetkę oddalającego się księcia.

- Jak się nazywasz? - spytałem. Czarnowłosy mężczyzna z błyszczącymi oczami złożył mi mały ukłon. Ubrany był w czarne spodnie oraz tego samego koloru koszulę, był przystojny w dość mroczny i pociągający sposób. Zganiłem się w myślach, kolejny raz zauważając jak bardzo koncentruje się na jego wyglądzie, kategoryzując go i podporządkowując swoim upodobaniom. To nie tak powinno być, nie powinienem myśleć w ten sposób o mężczyznach.

- Devon.

- Connor. 

Powiedziałem do mężczyzny i odwróciłem się, spoglądając na Astrela.

- Obraziłeś się?

Zamiast odpowiedzi dostałem naburmuszoną minę i wymowne spojrzenie, chłopak przypominał teraz bardziej dziecko niż wysoko postawionego wampira. Uśmiechnąłem się z rozbawieniem na tą zmianę, wydawało mi się to takie ludzkie. Wróciłem spojrzeniem do Devona, który z zaciekawieniem wodził wzrokiem między mną, a Astrelem, który wodził dłonią po tafli wody w jednym z małych stawów pełnych małych rybek. W jego oczach błyszczało rozbawieniem, które w całości podzielałem.

- Długo się obrażasz? Asi?

- Jestem nieśmiertelny... - odparł, a jego strażnik parsknął śmiechem. Puścił mi oczko i ruszył do wyjścia. Podszedłem bliżej czarnowłosego, patrząc ja ten tworzy na powierzchni wody cienką warstwę lodu. Zadrżałem, czując bijący od Astrela chłód.

- Niesamowite - skomentowałem talent chłopaka. Czarnowłosy drgnął, zerkając na mnie i wszystko nagle wróciło do normalności, nie było śladu po lodowej powierzchni, a temperatura wokół niego nie przyprawiała już o drgawki. - Potrafisz tak dłużej? Zamrażasz tylko wodę? Jakie jeszcze masz talenty?

- Gdyby poświęcił więcej czasu na doskonalenie tego, potrafiłbym nawet zabić dzięki żywiołom. Jest to dość męczące, gdy się nie ćwiczy, więc nie korzystam z tego daru za długo. 

- Czemu? Mógłbyś dzięki temu osiągnąć...! 

- Przestań Connor.

Westchnąłem, kiwając niemrawo głową. Nie rozumiałem o co mu chodzi, mógłby tyle zrobić dzięki temu darowi, wiele osób mogło tylko pomarzyć o czymś takim, a on to miał na wyciągnięcie ręki. Nie miałem pojęcia, czemu on reaguje tak, jakby było jakieś niebezpieczeństwo w tym. Przecież nie zamierzałem mówić o niczym złym.

- Nie miałem niczego złego na myśli... - mruknąłem, wycofując się z ogrodu.

* * *

Zszedłem po kamiennych schodach, przyglądając się postaciom już stojącym u podnóża schodów. Starając się nie okazywać emocji, które odczuwałem, stanąłem obok mamy, która powitała mnie delikatnym uśmiechem od razu poprawiając mi włosy i kołnierz. Ponad jej ramieniem zauważyłem, że mój ojciec żegna się z Astrelem. Czarnowłosy ze spokojem, wpatrywał się w niego, jakby nie zauważając mojego przyjścia.

Nagle zostałem objęty w biodrach przez blondyna, który wydawał się stracić swój uśmiech. Odsunąłem go tylko po to, by klęknąć i również go objąć. Oliver zacieśnił na mnie swój uścisk, ukrywając twarz w zagłębieniu mojej szyi.

- Odwiedzę cię kiedyś Oliś - powiedziałem cicho, czując pieczenie w oczach.

- I tak będę tęsknić... - wymamrotał lekko załamującym się głosem. Musiałem mu przyznać rację. Uniosłem wzrok, gdy Astrel skończył się żegnać z moją matką i stanął parę kroków za swoim młodszym bratem. Zamrugałem, nie chcąc by niechciane łzy zamazały mi obraz i pokazały jak bardzo się przywiązałem do tej dwójki. 

- Nie lubię pożegnań - westchnąłem, podchodząc do młodego mężczyzny. Czarnowłosy posłał mi blady uśmiech.

- Nie żegnamy się, mówimy sobie do zobaczenia. - poprawił mnie z miną filozofa.

Uśmiechnąłem się, przyciągając go do siebie przytulając z całej siły. Nie obchodziło mnie co sobie wszyscy pomyślą, potrzebowałem tego i chciałem. Ramiona wyższego objęły mnie szczelnie, zamykając mnie w bezpiecznym kokonie. Wtuliłem się w niego, chcąc pozostać w tej pozycji jak najdłużej, wiedziałem jednak, że to się nie uda, a Astrel za chwilę odjedzie.

Usłyszałem chrząkniecie jednego z strażników szatyna, na co prawie prychnąłem. Odsunąłem się od niego, przybierając postawę godną następcy tronu.

- Do zobaczenia, Astrel. - powiedziałem. Bursztynowooki puścił mi oczko składając mi lekki ukłon, gdy się wyprostował nic nie szło odczytać z jego twarzy. Wpatrywałem się jak pomaga Oliverowi zająć miejsce w siodle, następnie wskakując za nim. Machnął na swoich strażników, a ci ruszyli przodem, mężczyzna uchwycił mój wzrok, nim skierował się za nimi. Westchnąłem, stojąc w miejscu i patrząc jak znikają mi z oczu.

*********************************************************
[poprawione i zmienione] 

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Rozdział 5

Connor

- Ja również, choć nie spodziewałem się, że twój ojciec się zgodzi - odpowiedział mój ojciec z zadziwiającym jak na niego spokojem. - To był pomysł mojego syna, więc chciałbym oddać jemu tą sprawę. Oczywiście ostatnie zdanie będę miał ja oraz Valdeir. - dopowiedział, przyglądając się Astrelowi z nad kielicha.

Czarnowłosy uśmiechnął się delikatnie, kiwając głową w zrozumieniu. Spojrzał na mnie z uprzejmym zainteresowaniem. Miałem ochotę zaśmiać się na tą uprzejmą otoczkę, którą wokół siebie wytworzył. Byłem zaciekawiony wampirem od samego początku. Zastanawiałem się po podaniu listu dla jego ojca czy chłopak będzie ze mną współpracował; jeśli można tak to nazwać. Jego przyjazd był dla mnie jak paliwo napędzające moją nadzieję na zmiany. Chciałbym już wiedzieć jak to się potoczy.

Uchwyciłem wzrok Lili, która wodziła wzrokiem między mną, a Astrelem, który albo tego nie zauważył, albo grzecznie ignorował jej spojrzenie. Miałem ochotę przewrócić oczami, ale wiedziałem, że naraziłbym się na reprymendę mamy. Następca tronu nie wywraca oczami i nie obraża osób, które nie rozumieją jego wizji intelektualnych, przypomniałem sobie jeden z jej monologów. Spojrzałem na nią, a ta wydawała się zainteresowana naszymi gośćmi. Jej wzrok krążył między nimi, oceniająco. Najbardziej chyba jednak interesował ją najmniejszy z mężczyzn, mały blondynek, który dwukolorowymi oczami rozglądał się po sali.

- Z pewnością jesteście zmęczeni po podróży. Może Connor pokaże wam pokoje gościnne? - wzrok matki natychmiast skierował się na mnie. Kiwnąłem głową, nie mając nic przeciwko temu. Wstałem wraz z wampirami. Astrel skłonił się z szacunkiem chyląc głowę przed moim ojcem, wiedziałem, że tym zachowaniem zdobywa u niego punkty.

- Dobrej nocy, królu... panie. - skinął mojej matce i Liliannie, która uśmiechnęła się delikatnie. Po tym grzecznym pożegnaniu wyszliśmy z jadalni. Wampiry milczały, czarnowłosy szedł obok mnie trzymając dłoń blondyna. Nie wiedziałem co powiedzieć, więc szliśmy w ciszy.

- Tęskniłeś? - usłyszałem ciche pytanie.

Spojrzałem na niego z lekkim zaskoczeniem.

- Byłem jedynie ciekaw czy twój ojciec się zgodzi... - powiedziałem. - A ty? Tęskniłeś?

- Oczywiście, brakowało mi kogoś kto tak jak ty rzucał się z uśmiechem w szczęki lwa albo wampirów. - odparł po chwili ciszy. Byłem zaskoczony błyskiem irytacji w jego oczach po moich słowach, jednak jego wyraz twarzy szybko się zmienił i znów wydawał się oazą spokoju z delikatnym uśmiechem.

- Przesadzasz. Przecież nie zrobiłeś mi krzywdy. W dodatku same kłopoty by były gdybyś mnie zabił - odpowiedziałem mu. - Każdy z Was ma osobne pokoje. Cały ten korytarz jest do waszej dyspozycji.

- Wojna, która zakończyłby się wygraną mojego ojca i wyrżnięciem twojej rodziny na oczach waszych ludzi. Zaczęli by od dzieci, potem królowa, a na końcu król, by widział jak powoli wszystko traci. Połowa waszych ludzi, by zginęła, a druga stała się naszymi niewolnikami. Zwykłymi zabawkami do znękania. - spojrzałem na niego czując dreszcz strachu na widok obojętności na jego twarzy, gdy o tym mówił. Jakby nie widział w tym nic złego, jakby śmierć była nic nieznaczącym problemem. Wpatrywałem się w niego dopiero po chwili zauważając, że stanąłem w miejscu. - Tak, by się to skończyło, gdybym cię wtedy zabił. 

Przełknąłem ślinę, czując suchość w ustach. Nie chciałem wierzyć, że takie coś mogłoby się stać. Poprawiłem ruchem dłoni włosy, próbując je zaczesać do tyłu z marnym skutkiem. Zerknąłem na przyglądających się nam mężczyzn, czując się dość niepewnie, choć żaden z nich nie wydawał się agresywnie czy nawet negatywnie do mnie nastawiony. Spojrzałem prosto w oczy Astrela, który westchnął.

- Przepraszam. Niepotrzebnie to mówiłem. - mruknął i wydawał się lekko zażenowany.

- Nic się nie stało. Taka prawda - odpowiedziałem. - Wasze pokoje...

Zatrzymaliśmy się na jednym z krótszych korytarzy. Znajdowało się na nim sześć pokoi z małymi salonami i łazienkami. Na końcu korytarza było także wejście do wspólnego salonu. Trójka mężczyzn z krótkim "dobranoc" rozeszła się po pokojach, biorąc ze sobą małego blondyna. Przystąpiłem z nogi na nogę, zastanawiając się czy nie powinienem się oddalić. Czarnowłosy chwycił delikatnie mój podbródek i złożył na moim policzku chłodny pocałunek.

- Dobranoc, książę. - szepnął do mojego ucha.

Przez chwilę myślałem, że to tylko jakiś wybryk mojej wyobraźni. Stałem w miejscu, nie potrafiąc się nawet ruszyć. Gdy tylko czarnowłosy schował się za drzwiami swojej sypialni dotknąłem jak w transie policzka, na którym chłopak złożył mi pocałunek. Zachowanie wampira wprawiało mnie w zakłopotanie. Kłamałbym jednak mówiąc, że podchodziłem do tego całkiem obojętnie. Jego osoba przyprawiała mnie o dość dziwne reakcje. W mojej głowie pojawiła się myśl, że chciałbym poczuć jego wargi na swoich ustach. Skarciłem się w myślach za to wyobrażenie. Nie powinienem nawet o takich rzeczach teraz myśleć.

Ruszyłem szybszym krokiem do swojego pokoju. Potrzebowałem snu, by móc sobie ułożyć w głowie odczucia do pewnego księcia o bursztynowych oczach. Zaabsorbowany swoimi myślami nie zauważyłem nawet kiedy dotarłem do swojego pokoju. Zdziwiłem się, widząc siedzącą na łóżku Lili. Brunetka miała już na sobie piżamę i ciepły szlafrok z drogiego materiału. Uśmiechnęła się radośnie na mój widok.

- Nie mówiłeś, że jest aż tak przystojny, braciszku. - rzuciła na wstępie, gdy tylko drzwi się za mną zamknęły. Uchyliłem usta, patrząc na nią wielkimi oczami. Moja siostra najwyraźniej uznała moją reakcję za przekomiczną i zaśmiała się, przytulając do jednej z wielu poduszek.

- Co tu wspominać... - mruknąłem, zaglądając do szafy po ubrania do przebrania się.

- Coś ty taki przygaszony? Ugryzło cię coś? - zapytała, posłałem jej ostre spojrzenie. Nie powinna żartować na tego typu temat, szczególnie, że jeśli ktoś przypadkiem by źle zrozumiał i doniósł ojcu to nasi goście mogli by mieć kłopoty.

- Odłóżmy ten temat na później, dobrze? - spojrzałem na nią. Lilianna westchnęła, odłożyła poduszkę i wstała z mojego łóżka. Opatuliła się puszystym materiałem szlafroka, patrząc na mnie z delikatnym uśmiechem.

- Śpij dobrze, Connie. - posłała mi buziaka i opuściła mój pokój. Wpatrywałem się przez chwilę w zamknięte drzwi, a następnie biorąc piżamę, skierowałem się do łazienki.

* * *

Pierwszy raz obudziłem się tak wcześnie. Słońce dopiero powoli wychodziło zza gór. Siedziałem przy oknie dość długi czas, jednak nadal miałem dwie godziny do śniadania. Pchnięty jakimś impulsem przebrałem się, idąc do pokoju zajętego przez szatyna.

Zapukałem, a nie słysząc odpowiedzi nacisnąłem powoli klamkę zaglądając do środka. W pokoju panował półmrok rozjaśniany pierwszymi promieniami słońca, które wpadały przez jedno z dużych okiem pokoju. Spojrzałem w stronę łóżka, czarnowłosy leżał przytulony do jednej z poduszek. Wpatrywałem się w niego oczarowany jego uroczym wyglądem, gdy spał. Podskoczyłem przestraszony, gdy ten przewrócił się na drugi bok spychając przy okazji poduszkę.

- Co robisz? - usłyszałem za sobą dziecięcy głos.

Odwróciłem się natychmiast. Uśmiechnąłem się na widok chłopczyka, który przyjechał razem z wampirami. W końcu miałem okazje go poznać.

- Chciałem porozmawiać z Astrelem, jednak on śpi; a ty co tu robisz? - schyliłem się, by być wysokości wzroku blondyna. Chłopiec posłał mi oceniające spojrzenie, po chwili jednak wydymając z niezadowoleniem policzki. Wskazał jedną ręką na łóżko.

- Obudziłem się i zaczęło mi się nudzić, więc chciałem się pobawić z Asim, ale on wciąż śpi. - oznajmił nieszczęśliwym głosem.

- Mam ten sam problem. Jestem Connor - podałem mu dłoń. Mały blondyn potrząsnął nią z szerokim uśmiechem, rozświetlającym jego dwukolorowe oczy.

- Oliver Xansoss. - przedstawił się z dumą unosząc główkę.

Więc to był brat Astrela? Nie wiedziałem, że ma rodzeństwo. Nawet nie przypuszczałem tego.

- Więc może ty Oliver przejdziesz się ze mną na spacer?

- Tylko się nie zabijcie. - mruknął Astrel. Zerknąłem na niego zaskoczony, a ten wpatrywał się w nas zaspanym wzrokiem. Prześlizgnąłem wzrokiem po jego ciele, zauważając, że chłopak spał w samych spodniach.

- Raczej lwów nie mam w ogrodzie - uśmiechnąłem się do szatyna.

- Zwierząt obawiałbym się najmniej. - odpowiedział, przeciągając się jak małe dziecko. Widząc czarny tusz na jego piersi, skoncentrowałem wzrok na jego piersi, przyglądając się tatuażowi. Szatyn chrząknął znacząco, na co lekko się zarumieniłem.

- Przepraszam... - mruknąłem pod nosem.

- Mu się to podoba. - szepnął blondyn, który po chwili dostał poduszką i lekko zaskoczony wpadł na mnie. Udało mi się go utrzymać na nogach i samemu nie spotkać się z podłogą. Spojrzałem z zaskoczeniem na Astrela, który był delikatnie zarumieniony.

Nie mogłem nic na to poradzić, że na moje usta wpłynął malutki uśmiech. Widok księcia Xansoss zarumienionego był dość ciekawy. Chłopak przez chwilę utrzymywał kontakt wzrokowy, a następnie wstał, znikając w łazience wraz z ubraniem, które wyciągnął ze stojącej tu komody. Zerknąłem na chichoczącego Olivera, który pociągnął mnie w stronę pustego łóżka.

- Poczekamy na niego. - oznajmił, wesoło machając nogami. - Pierwszy raz widzę by tak reagował...

- Oliver! - parsknąłem śmiechem, widząc jak z łazienki wybiega w łomoczącej koszuli wampirzy książę. Mężczyzna piorunował wzrokiem swojego brata, który próbował się za mną ukryć, niewinnie trzepocząc rzęsami.

- Ubierz się książę. Świeże powietrze dobrze ci zrobi - zachichotałem. Jego mordujące spojrzenie przeniosło się na mnie, posłałem mu szeroki uśmiech, na co szatyn westchnął i zapiął koszulę. Ubrany był w czarne spodnie, które wydawały się idealnie przylegać do jego nóg i ciemno niebieską koszulę. Zarzucił na ramiona jeszcze ciepłą pelerynę i skinął nam głową.

- Zamierzacie iść w takich strojach na to zimno?

- No to po drodze odwiedzimy nasze pokoje - powiedziałem, uśmiechając się do Olliego. Astrel przewrócił oczami, puszczając nas przodem. Uśmiechnąłem się delikatnie, idąc za jego bratem do jednego z pokoi. Chłopiec zniknął w nim, a my zostaliśmy na korytarzu. Spojrzałem na wampira, który wydał z siebie przeciągłe ziewnięcie.

- Nie wyspany? - spytałem. Bursztynowe spojrzenie skoncentrowało się na mnie, Astrel uśmiechnął się minimalnie kręcąc głową.

- Wampiry nie potrzebują dużo snu, chyba że zostały ciężko ranne. Wtedy czas się wydłuża, by nasze ciało mogło się zregenerować jak najlepiej. Oczywiście pomaga w tym też świeża krew. - odpowiedział, przeczesując włosy i próbując je ułożyć. Przyglądałem się jego poczynaniom z rozbawieniem. Gdy najwyraźniej uznał efekt za zadowalający, posłał mi wesoły uśmiech i wzruszył ramionami. - Lubię sen, wyobraźnia pokazuje nam wtedy niezwykłe rzeczy. Wampirzy sen jednak jest dość kruchy, chyba że zapadniemy w śpiączkę, gdy utracimy dużą ilość krwi, wtedy trudno nas wybudzić, czasami jest to nawet śmiertelne. 

- To jest coś podobnego do ludzkiej śpiączki? - spytałem zaciekawiony. Czarnowłosy przez chwilę wydawał się nad tym zastanawiać, nim jednak zdążył odpowiedzieć jego młodszy brat wybiegł ze swojej tymczasowej sypialni. Z radością wskoczył w ramiona Astela, który tylko przewrócił oczami, upewniając się, że on nie upadnie.

- Można powiedzieć, że wygląda to podobnie, ale nie jest to to samo. - zakończył ten temat.

- To teraz idziemy do Conniego! - uśmiechnąłem się na entuzjazm blondynka. Drogę do mojego pokoju pokonaliśmy w ciszy wypełnionej głosem Olivera, który wydawał się pełen energii i nie przypominał wystraszonego dziecka z wczoraj. Wziąłem szybko z szafy ciepłą pelerynę i wyszedłem do tej dwójki od razu kierując się w stronę schodów.Wzrok strażników uważnie śledził nasze ruchy, pierwszy raz widziałem u nich tak skupione wyrazy twarzy.

Zatrzymałem się na chwilę, gdy wyszliśmy na zewnątrz. Pomimo świecącego słońca, chłód, który bił od śniegu przyprawiał mnie o dreszcze. Rozejrzałem się po zaśnieżonym krajobrazie.

- Dzisiaj po obiedzie porozmawiamy o tych wszystkich sprawach sojuszu - powiedziałem do wampira, kierując się w stronę ogrodu. Astrel szedł za mną, po chwili opuszczając Olivera na śnieg. Młodszy radośnie przebiegł obok mnie, znikając w jednej z zasp śnieżnych z głośnym śmiechem.

Parsknąłem śmiechem, gdy chłopczyk wyskoczył ze śniegu i złapał mnie razem z Astrelem i ciągnąc w śnieg. Czarnowłosy nie podzielał naszej radości wstał, otrzepując się i pomagając mi wrócić do pionu. Posłałem mu szeroki uśmiech, na co ten przewrócił oczami, strzepując z mojego ciała śnieg.

- Będziesz chory od takiego wpadania w zaspy.

- Ile razy w dzieciństwie się nie takie rzeczy robiło i nie byłem chory - powiedziałem wesoło. Parsknąłem śmiechem, gdy ten z kamiennym wyrazem twarzy pchnął mnie z powrotem w śnieg. Usiadłem, strzepując z włosów śnieg i patrząc na jego oddalającą się w stronę fontanny sylwetkę.

Spojrzałem na Olivera, który już szykował w dłoniach śnieżkę. W ostatnim momencie uniknąłem jej wstając i zaczynając się wygłupiać z chłopczykiem. Rzucaliśmy się śniegiem, ganiając po nim jak wariaci. nie pamiętam kiedy ostatni raz się tak beztrosko bawiłem. Wreszcie zmęczeni i przemarznięci podeszliśmy do przyglądającego nam się Astrela.

- Lepiej wam? - zapytał z rozbawieniem w głosie, omiatając wzrokiem nasze sylwetki.

- Czemu nie chcesz się z nami bawić? - spytał młodziak, opierając się o szatyna. Ten przeczesał jego włosy, pozbywając się z nich śniegu. Usiadłem na murku zamarzniętej fontanny. Miałem sentyment do tego miejsca. Właśnie tu co roku moja mama dawała mi urodzinowy prezent, to tu mój ojciec dał mi pierwszy miecz, to tu dowiedziałem się, że będę mieć siostrzyczkę. Drzewa, krzewy, murki wszytko było pięknie otulone białym puchem.

- Przyglądanie się waszej szalejącej dwójce jest ciekawsze. - odparł z uśmiechem i oparł podbródek na ramieniu blondyna.

- Gorąca czekolada? - spytałem, wstając. Oliver spojrzał na mnie z szerokim uśmiechem na twarzy, jego starszy brat zaśmiał się cicho. Chłopiec chwycił moją dłoń i pociągnął w stronę zamku nawet nie przejmując się własnym bratem. Byłem zaskoczony jego siłą, domyślałem się, że to ze względu na geny nie mniej wciąż byłem pod wrażeniem. Sapnąłem zaskoczony, gdy wpadliśmy na kogoś.

Silne ramię przytrzymało mnie w pionie, a do moich uszu dotarł cichy chichot. Uniosłem głowę zerkając prosto w srebrzyste tęczówki jednego ze strażników Astrela. Mężczyzna uśmiechał się, patrząc z rozbawieniem to na mnie to na małego księcia, który nie wydawał się zadowolony, że ktoś stanął mu na drodze do gorącej czekolady.

- Marcus, przesuń się - prychnął chłopczyk niczym rozzłoszczony kot. Jasnowłosy się jednak nie przejął z łatwością biorąc go na ręce, nie tracąc ani na moment uśmiechu. Przyglądałem im się w ciszy. - Marucuś! - krzyknął, owijając się wokół niego.

- Oliś? - odparł z przekrzywiając głowę. Zerknął na mnie puszczając mi oczko. Czułem się zahipnotyzowany jego spojrzeniem, jednak uczucie to zniknęło, gdy zamrugałem, a do naszej grupki podszedł Astrel. - Królewiczu...

- Nie prowokuj mnie. - odparł szatyn.

- Tylko się przywitałem - uśmiechnął się, puszczając młodego wampirka. - Gdzie pędzicie?

- Connor, zaproponował małemu gorącą czekoladę. - odparł i spojrzał na swojego brata, który już chwycił moją dłoń i powoli zaczął się ze mną oddalać. Czarnowłosy uniósł brew z powagą na twarzy.  Nic nie mogłem poradzić na to, że nie mogłem odmówić temu smykowi i stać w miejscu. Po prostu rozumiałem w jakimś stopniu jego zachowanie, sam przecież kiedyś byłem dzieckiem, które uwielbiało wszystko co słodkie.

- Owinął go sobie wokół palca - zaśmiał się strażnik, na co spojrzałem na niego krzywo. Ten nie wydawał się przejęty moim wzrokiem wciąż z rozbawieniem patrząc to na mnie, to na zadowolonego Olivera, który był już coraz bliżej drzwi.

- Kiedyś ci kły wypadną od pochłanianej ilości cukru. - skomentował Astrel, wpatrując się świdrującym wzrokiem w blondyna, który spojrzał na niego z przerażeniem. Marcus zaśmiał się.

- Powiem mamie! - oznajmił chłopiec. Parsknąłem śmiechem, uznając że ich dwójka jest niezłą rozrywką w takiej sytuacji. Czarnowłosy wydawał się nieprzejęty jego odpowiedzią pochylił się w jego stronę, a na jego usta wpłyną niebezpieczny uśmiech.

- Wtedy ja jej powiem jak pozbyłeś się wazonu pra-babki.

- A ty zepsułeś obraz wujka! - wygiął w śmieszny sposób wargi. Astrel spojrzał na niego morderczym wzrokiem, wyprostował się nie odrywając spojrzenia od młodszego.

- Byłeś tam, mogłeś mnie powstrzymać.

- Jestem za mały, by zatrzymać oszalałego brata. - syknął ze złością. Czarnowłosy westchnął, kiwając głową.

Przypominało mi to kłótnie z Lilianą gdy była młodsza. Potrafiliśmy się pokłócić o wszystko. Kończyło się to albo zniszczeniem czegoś, albo całodniowym milczeniem, którejś ze stron. Zawsze staraliśmy się jednak utrzymywać nasze utarczki między sobą, by nie narażać się na monologi rodziców.

- Trochę zimno jest na dworze. Przełóżmy wasze potyczki na później - powiedziałem, ciągnąc Astrela i Olivera do środka. Skierowałem się od razu do kuchni, dopiero w połowie drogi orientując się, że wciąż trzymam dłoń czarnowłosego, a temu nie wydaje się to przeszkadzać. Oblizałem wargi, próbując się nie zarumienić. Zerkałem na nasze dłonie i na twarz mężczyzny szukając czegoś, w którymś momencie uchwyciłem rozbawiony wzrok Marcusa. To było dziwne jak jego wzrok na mnie działał. Patrząc się w jego srebrne oczy prawie stanąłem w miejscu. Puściłem braci Xansoss.

Uśmiech srebrzystookiego poszerzył się, a następnie odwrócił ode mnie wzrok. To było dziwne, pomyślałem. Otworzyłem drzwi do kuchni, znajdujący się tam służący skinęli nam głowami, szybko jednak nas zignorowali, wracając do swoich obowiązków.

- Książę? W czym mogę służyć? - spojrzałem na jednego z kucharzy, który wpatrywał się w nas z uśmiechem, choć gdy zerkał na moich towarzyszy wydawał się lekko przerażony. Oliver nie dbając o nic podbiegł do stołu, na którym stał piękny dwuwarstwowy tort z wiórkami czekolady na kremowej masie.

- Oliver, nie przynoś mi wstydu... - jęknął Astrel, w jednej chwili pojawiając się obok niego. Uchyliłem usta z zaskoczenia, przecież przed sekundą stał obok mnie! A teraz jakby nigdy nic rugał blondyna, który zerkał na ciasto.

- Cztery kubki gorącej czekolady jeśli mogę prosić - uśmiechnąłem się do kucharza. Ten kiwnął głową, kierując się między blaty. Jeden z podkuchennych wskazał nam stolik, przy którym usiedliśmy. Zerknąłem na rodzeństwo, które miało chyba poważną rozmowę. Przysunąłem się bliżej i parsknąłem śmiechem.

- ... zrób ciasteczka!

- Będziesz gruby jak dalej będziesz tyle słodyczy jadł.

- Ciasteczka. - jęknął Oliver, patrząc na Astrela wielkimi oczami. Ten pstryknął go w nos, kręcąc głową w cichej odmowie.

- Chcesz zrobić ciasteczka? - spytałem, na co oczka wampirka radośnie zaiskrzyły się. - No to zrobimy.

- Connor... - wzruszyłem ramionami, uśmiechając się radośnie na minę Astrela. Wstałem zrzucając z ramion pelerynę i podwijając rękawy koszuli. Wraz z małym wampirem podszedłem do jednego ze służących prosząc o potrzebne składniki i przepis. Ten z zaskoczeniem potaknął i zniknął. Najwyraźniej przyszły król piekący ciasteczka nie był normalnym widokiem. W czasie naszej pracy kuchnia powoli pustoszała. Wszyscy wynosili przygotowane potrawy do jadalni, by przygotować śniadanie.

- Oliś podasz mi cukier? Jest w tym szklanym słoiku - wskazałem na blat mieszając ciasto w misce. Chłopczyk szybko kiwnął główką, idąc po wskazany przedmiot. Uśmiechnąłem się, dodając do miski kawałki czekolady. Zerknąłem na rozmawiających przy stole mężczyzn.

Odwróciłem się słysząc dźwięk rozbijającego się szkła. Oliver uniósł na mnie wzrok i zobaczyłem jak powoli zaczyna mu drgać dolna warga, a w oczach pojawiają się łzy. Usiadł na ziemi między odłamkami szkła zaczynając szlochać. Wpatrywałem się w niego, nie mając pojęcia co zrobić. Na szczęście jego brat ostrożnie wziął go na ręce, sprawdzając co sobie zrobił. Chłopczyk uspokoił się po chwili, Astrel podał go Marcusowi.

- Opatrz mu te kolana i dłonie. - polecił, na co mężczyzna kiwnął głową ciaśniej obejmując pociągającego nosem malca. Czarnowłosy cmoknął go w czoło z pocieszającym uśmiechem. - Głowa do góry, słoneczko.

Gdy ich dwójka wyszła, nam zostało tylko ogarnąć powstały bałagan. Wysłałem Astrela po zmiotkę do składzika na końcu pomieszczenia, samemu klękając, by pozbierać większe kawałki szkła na jedną kupkę. Poczułem pieczenie na palcu. Spojrzałem się na dłoń, na której widniała czerwona linia. Mruknąłem zły na swój pech, przykładając palec do ust.

- Connor... - spojrzałem w górę, słysząc delikatną barwę głosu wampira. Zmarszczyłem brwi, widząc jego spojrzenie, które powoli ciemniało. Jego klatka piersiowa unosiła się jakby z trudem, gdy w bezruchu wpatrywał się we mnie.

- Astrel? - poczułem lekką panikę, wstając.

- Żadnych gwałtownych ruchów. - oznajmił, a jego wzrok skoncentrował się na mojej dłoni. Zerknąłem w dół, patrząc jak z czubka mojego palca skapuje krew. Cofnąłem się, patrząc z przerażeniem na wampira. Każda cząstka we mnie wrzeszczała bym uciekał stąd jak najszybciej.

Cofając się, napotkałem za swoimi plecami ścianę. Sapnąłem zaskoczony, gdy szatyn stanął naprzeciw mnie. Widziałem plamki szkarłatu w jego bursztynowych oczach i końcówki kłów, delikatnie naciskających na jego dolną wargę. Zadrżałem, czując jak chłodne palce oplatają mój nadgarstek. Jak w transie wpatrywałem się w mężczyznę, który jak zahipnotyzowany wpatrywał się w krew powoli spływającą po mojej dłoni.

Wyrwałem swój nadgarstek z rąk wampira, próbując uciec z kuchni. Jęknąłem z bólu, gdy chłopak mało delikatnie pchnął mnie na ścianę ze złością w szkarłatnych ślepiach. Nie przypominał teraz tego spokojnego mężczyzny z przed paru minut. Poczułem jak w moich oczach zbierają się łzy bezradności.

- Astrel... - sapnąłem wystraszony, gdy moja dłoń znalazła się przy jego ustach. Chłopak nie reagował, czubkiem języka przejechał po ranie, zlizując każdą krople krwi. Drżałem, czekając aż znudzi mu się i ugryzie mnie. Byłem przerażony, gdy odsunął moją dłoń od swoich ust i przybliżył się do mnie, zamknąłem oczy nie chcąc na niego patrzeć. Czekałem na ugryzienie, ale jedyne co poczułem to usta wampira na swoich.  Ze zdziwienia otworzyłem usta co chłopak natychmiast wykorzystał pogłębiając pocałunek. Próbowałem go odepchnąć, na co złapał moje ręce i przycisnął do ściany. Warknąłem zły, gryząc go w język.

Mężczyzna odskoczył ode mnie w jednej chwili, a jego oczy wracały powoli do swojej naturalnej barwy. Westchnąłem z ulgą, opierając się o ścianę. Astrel wpatrywał się we mnie w milczeniu, oblizał swoje wargi, oddychając przez usta i cofając się jeszcze dalej.

- Przepraszam. - skrzywił się, szybko wychodząc z kuchni.

Poczułem jak emocje uchodzą ze mnie, a moje nogi stają się jak z waty. Usiadłem na podłodze patrząc się na czubki swoich butów. Serce biło mi wciąż jak oszalałe, ten mały wypadek mógł tak wiele zmienić. Zastanawiałem się, co powstrzymało wampira od ugryzienia mnie.

- Connor? Wszystko w porządku? - do kuchni wszedł brązowowłosy mężczyzna. Pokręciłem głową, wskazując na swoją dłoń i szkło z cukrem brudzące podłogę. Strażnik nie zadając mi więcej pytań pomógł mi się podnieść i posadził na jednym z krzeseł. Podał mi szmatkę każąc przycisnąć do rany, a następnie wyszedł szybkim krokiem.

Gdy wrócił miał ze sobą małą apteczkę. Sprawnie opatrzył mi ranę, a gdy skończył zrobił mi herbatę i każąc służbie sprzątnąć zaprowadził mnie do mojego pokoju.

- Jesteś strasznie blady. Wezwać lekarza? - spojrzał na mnie zmartwiony na co przytuliłem się mocniej do poduszki na łóżku.

- Nie trzeba. Po prostu... się wystraszyłem.

Mężczyzna towarzyszył mi przez dłuższy czas. Posłał strażnika, by powiadomił moich rodziców, że nie zejdę na śniadanie. Jego cicha osoba była moim cichym wsparciem. Powoli się uspokajałem, strach wyparował, a została ciekawość. Dlaczego mnie nie ugryzł, gdy miał okazje? Widziałem jego pożądliwy wzrok, więc czemu...

- Jon? - wzrok mężczyzny spoczął na mnie. - Przyniesiesz mi coś do jedzenia?

Strażnik kiwnął głową, wychodząc z pokoju. Przez szparę niezamkniętych drzwi wszedł do sypialni mój wilkor. Uśmiechnąłem się słabo, głaszcząc zwierze, które zajęło obok mnie miejsce. Xell trącił mój policzek zimnym nosem, domagając się więcej pieszczot z mojej strony. Przytuliłem się do zwierzęcia, przeczesując palcami jego długą sierść.

Wilkor szczeknął z zadowoleniem, kładąc się obok mnie. Gładziłem jego białe jak śnieg futro, na nowo pogrążając się w myślach. Tym razem jednak skupiłem się na warunkach sojuszu, które miałem omówić po obiedzie z Astrelem. 

- Connie? - spojrzałem na drzwi, z których dochodził dziecięcy głosik. 

- Co tam Olliś?

Blondwłosy podszedł bliżej przyglądając się Xellowi z fascynacją. Uśmiechnąłem się delikatnie, wilkor nie wyczuwając w nim zagrożenia wciąż leżał spokojnie. Chłopiec uniósł wzrok na mnie, a w jego oczach błysnęło zmartwienie. 

- Źle się czujesz? 

- Nie, a czemu bym miał? - spytałem chłopczyka. Myśląc nad tym, nie okłamałem go. Strach zniknął a rana była mała. Chłopiec wspiął się na moje łóżko, przyglądając się mojej twarzy z  dziecięcą nadgorliwością.

- Leżysz w łóżku, a słońce już wstało... Myślałem, że coś się stało i to dlatego Asi jest taki nerwowy... ale nie mów mu, że ci to mówię. On nie lubi okazywać słabości...

- Lubię leżeć z Xellem - uśmiechnąłem się. Oliver kiwnął głową, zerkając na zwierzę, które uniosło łeb, słysząc swoje imię. Jasnowłosy wydawał się oczarowany zwierzęciem, które z zaciekawieniem zaczęło go obwąchiwać. Pokój wypełnił głośny, dziecięcy śmiech. Wilkor zapiszczał radośnie, liżąc policzek chłopaka. Xell obudził znów w sobie instynkt rodzicielski?

Przyglądałem się im z uśmiechem, dopiero po chwili zauważyłem Jona, który wrócił z tacą z jedzeniem. Mężczyzna wydawał się zaskoczony widząc dziecko, które prawie zniknęło pod wilkorem, który chciał się z nim bawić.

- Oliver Xansoss, Jonathan Dover - przedstawiłem ich sobie. Chłopiec pomachał strażnikowi, drapiąc Xella za uszami. Mężczyzna uśmiechnął się i postawił na szafce nocnej tacę, którą przyniósł. Mój brzuch wydał z siebie dźwięk aprobaty, na co Ollie zachichotał. - Dziękuję - posłem uśmiech mężczyźnie.

- Żyję, aby służyć. - odpowiedział z błyskiem rozbawienia w oczach. Zmrużyłem oczy, mając ochotę go poprawić. Ten jednak wycofał się z pokoju, zostawiając mnie z chłopcem i wilkorem. Zabrałem się za kanapki, przyglądając się zabawie tej dwójki.

* * *

Spojrzałem na wielki zegar stojący w rogu z irytacją. Obiad skończył się godzinę temu, a Astrel obiecał być tu półgodziny po posiłku. Zacisnąłem wargi z niezadowoleniem, jeśli to było jego odpowiedzią na to co stało się w kuchni, to bardzo dojrzale się zachowywał. Zamknąłem gwałtownie czytaną przed chwilą książkę i z trzaskiem położyłem ją na drewnianym blacie biurka. 

- Twoja złość aż parzy moje zmysły. - usłyszałem spokojny głos, dochodzący od strony wejścia. Po chwili pojawił się książę od siedmiu boleści.

- Pół godziny spóźnienia - mruknąłem niczym sam Nathaniel Ashidee. Czarnowłosy zajął miejsce naprzeciwko mnie, nawet nie przepraszając za swoje zachowanie. Zacisnąłem palce na meblu, by przypadkiem nie rzucić czymś w niego lub samemu nie pokazać mu swojego niezadowolenia z tego powodu. - Jeśli nie chcesz rozmawiać ze mną to po prostu mogłeś tu nie przychodzić.

- Wybacz, nie spóźniłem się, by zrobić ci na złość. Zatrzymała mnie pewna młoda dama z mnóstwem pytań. Teraz jednak jestem cały twój. - oznajmił. I rozparł się wygodnie w fotelu. 

Westchnąłem, czując na sobie wzrok szatyna. 

- Zacznijmy może od początku? - spojrzałem na niego, poprawiając się na fotelu. Szatyn kiwnął twierdząco głową i zamyślił się, opierając swoją brodę na dłoni. Ze skupieniem wpatrywał się we mnie.

- Podstawą sojuszu uczynimy umowy handlowe. Co dalej wymyśliłeś?

- Udostępnienie wszystkich szlaków górskich obu krajom.

Czarnowłosy zamyślił się, a po chwili nachylił się i wziął czystą kartkę oraz pióro. Wpatrywałem się jak szybko pisze, zapełniając puste pole schludnym pismem. Byłem ciekaw co też wymyślił, ten z wyraźnym zadowoleniem przesunął papier w moją stronę. Spojrzałem na stronę z uśmiechem. Chłopak po prostu rozwinął nasze podpunkty dodając parę własnych propozycji i zostawiając miejsce na dopisanie poszczególnych zmian.

- Ostrzeżcie również swoich ludzi, że kłusownictwo jest karane w Xansoss. - oznajmił cicho.

- Sądzę że większość punktów trzeba im powiedzieć - powiedziałem. - Oli mówił, że byłeś dość zdenerwowany po tym jak wyszedłeś z kuchni...

- Mała papla... - mruknął, prostując się i posyłając mi poważne spojrzenie. - Nie lubię tracić kontroli nad sobą.

-Nie ugryzłeś mnie, choć miałeś idealną okazję do tego... Dlaczego?

- Nie chciałem cię skrzywdzić, choć masz racje miałem idealną okazję by to zrobić i chciałem tego.

Oparłem się o biurko nie wiedząc co powiedzieć. Miałem mnóstwo pytań w głowie, ale wydawały mi się teraz wręcz dziecinne. Wpatrywałem się w jego bursztynowe oczy. W myślach stwierdziłem, że są naprawdę ładne. Przygryzłem wnętrze policzka. Odkąd go spotkałem miałem myśli niegodne następcy tronu. Co by powiedział mój ojciec na to?

 **************************************************
[poprawione i rozwinięte]

niedziela, 22 stycznia 2017

Rozdział 4

ASTERL

Obróciłem kopertę w dłoni, patrząc na chłopaka w zastanawianiu. Czy naprawdę wierzył, że ten sojusz jest dobrą drogą? Cała jego postawa i spojrzenie wyrażało determinacje, nie wątpiłem, że jeśli ja nie wziąłbym listu to on byłby gotowy zanieść go i własnoręcznie wręczyć mojemu ojcu. Ciekawy człowiek, pomyślałem z delikatnym uśmiechem.

- Dobrze. Przekażę mu ten list.

Niebieskooki uśmiechnął się, a jego oczy błysnęły nadzieją.

- Do zobaczenia Astrel - powiedział, odpychając się delikatnie od ściany i kierując się w stronę drzwi. - Myślę, że szybko się znów zobaczymy.

- Żebyś się nie zdziwił, księżniczko... - mruknąłem, patrząc jak znika za drzwiami, a następnie odjeżdża na swoim koniu. Odsunąłem się od okna, patrząc ponownie na kremową kopertę z pieczęcią królestwa Ashidee i jego władcy. Pokręciłem głową, sojusz z nimi był czymś nierealnym jeśli brało się pod uwagę historię obu rodzin królewskich i nienawiść między nimi. Ojciec był zbyt dumny, by pierwszemu wyciągnąć dłoń, zastanawiałem się jak się to wszystko rozegra.

Czas na zmiany...

* * *

Przekroczyłem bramę oddzielającą podzamcze i tereny, na których mieszkali bogaci obywatele. Spojrzałem na strażników stojących tu na straży, ci kiwnęli mi głowami, by następnie zignorować. Z maską obojętności spojrzałem na widoczny już stąd zarys zamku z jasnoszarych kamieni. Wyglądał przepięknie na tle popołudniowego nieba, rozjaśniany promieniami słońca. Prawdziwa siedziba godna króla, zasadniczym pytaniem było czy władca był godny. Westchnąłem, kierując się prosto w stronę zamczyska. Ignorując pozdrawiających mnie ludzi i wampiry.

Chciałem jak najszybciej dostarczyć ojcu kopertę i oddalić się, by przypadkiem nie być ofiarą jego furii. Wolałem w takich sytuacjach być poza jego zasięgiem, by nie stracić przypadkiem, którejś części ciała.

Wspiąłem się po schodach, prowadzących do masywnych drzwi wejściowych, które otworzyłem jednym pchnięciem. Strażnicy na mój widok drgnęli, prawie się uśmiechnąłem. Zapewne myśleli, że jak zawsze wrócę dopiero w nocy, a tu takie zaskoczenie ich książę powrócił w świetle dziennym. Skierowałem swoje kroki do części zamku, w której spędzał czas mój ojciec. Pełno tam było sal z bronią, pomieszczeń do obrad i przesłuchań. Łatwo było stamtąd przejść do zachodniego skrzydła, w którym znajdowały się kwatery służy oraz pokoje gościnne od lat stojące puste.
Zapukałem w ciemne drzwi gabinetu i nie czekając na zaproszenie wszedłem do środka. Rozejrzałem się czujnie, ale w starym pomieszczeniu oprócz mojego ojca nie było nikogo. Mężczyzna podniósł na mnie swoje ciemne oczy, patrząc na mnie z naganą, gdy stanąłem przed nim. Wyciągnąłem zza pazuchy kopertę i pokazałem mu ją, następnie kładąc ją przed nim. Mroczne spojrzenie przeniosło się z mojej osoby, na nią. Dopiero po chwili podniósł ją, obracając w dłoniach. Zatrzymał się z zaskoczeniem, patrząc na pieczęć. Uniósł głowę i spojrzał na mnie ostrym wzrokiem.

- Skąd to masz?

- Spotkałem posłańca w lesie i z dobroci serca go wyręczyłem. - odparłem z łatwością kłamiąc. Moje własne kłamstwo zakuło mnie w uszy, ale po minie ojca widać było, że mi uwierzył. Posłał mi złośliwe spojrzenie wraz z uśmiechem, który przypominał w jego wykonaniu grymas złości.
Przyglądałem się mu starając się odczytać co mu siedzi w głowie, ten za to wpatrywał się w kremową kopertę ze szkarłatną pieczęcią, jakby ta miała go zaraz zaatakować. Wiedziałem, że nie otworzy jej przy mnie, ponieważ on nie ufał nikomu, nawet własnemu synowi. Wolał utrzymywać takie rzeczy w tajemnicy w obawie, że ktoś może wykorzystać jakiś strzępek informacji przeciw niemu.

 - Czytałeś? - parsknąłem śmiechem na to głupie pytanie. Jemu chyba jednak nie było do śmiechu, wpatrywał się we mnie najwyraźniej oczekując szybkiej odpowiedzi. Przewróciłem oczami, wskazując nienaruszoną woskową pieczęć.

- Nie ma pojęcia co zawiera ten list i szczerze mnie to nie obchodzi, w końcu to ty jesteś królem.

- Astrel, nie zaczynaj kłótni. - syknął, ukazując kły. W jego oczach irytacja mieszała się ze złością. Wpatrywałem się w niego nieprzejęty tym pokazem agresji. Myślał, że się przestraszę? Nie byłem już dzieckiem, by podniesiony głos i błyskanie uzębieniem, na mnie działało.

- Ja nic nie zaczynam, ojcze. - odparłem oficjalnie. Skinąłem mu głową i nim zdążył mnie zatrzymać opuściłem jego gabinet.

Zszedłem na niższe poziomy zamku, a bardziej do jego podziemi, gdzie oprócz lochów i sal tortur, które znajdowały się tu od zawsze, wybudowano również duże sale, gdzie przebywali strażnicy. Kiedyś były tam ich kwatery, teraz pokoje były zamknięte i prawie puste. Jako mały chłopiec uwielbiałem się tu zakradać i odkrywać nowe pomieszczenia. Parę razy przyłapano mnie co kończyło się karą i wściekłością mojego ojca. Nie umiał on jednak sprawić bym nie powtórzył tego typu występków. Byłem ciekawskim dzieckiem, niesłuchającym ciągłych monologów ojca na temat godnego zachowania. Teraz jednak nikt nie miał śmiałości zwrócić mi uwagę, że nie powinienem się zapuszczać w te rejony zamku.

Uśmiechnąłem się, widząc jasną czuprynę starszego ode mnie mężczyzny. Jego ruchy były szybkie i pełne precyzji. Każde cięcie ostrze miecz, wydawało się zostawiać w powietrzu smugę. Chwilę przyglądałem się mu, stojąc w wejściu. Patrzenie na Marcusa skupionego całkowicie na tym co robił było czymś fascynującym. Gdy otrząsnąłem się z tego oczarowania jego osobą, podszedłem bliżej i biorąc jeden z mieczy wiszących na ścianie, zaatakowałem go. Ten z łatwością uniknął cięcia i z uśmiechem zamachnął się na mnie ostrzem, przy okazji próbując podciąć mi nogi.

- Myślałem, że będziesz tam tylko stać i się do mnie ślinić.

- Śnij dalej, kochanie. - parsknąłem śmiechem, odskakując w tył. Sapnąłem, gdy mężczyzna uderzył mnie dłonią w szczękę. Skrzywiłem się, czując własną krew na wargach.

- Gdzie ostatnio zniknąłeś? Aż w moim serduszku pojawiło się coś na kształt zmartwienia. - uśmiechnął się wrednie. Uniosłem brew, schylając się, by nie stracić głowy. Marcus nie bawił się w delikatność, atakując z pełną mocą, jakby próbując mnie zabić. Uśmiechnąłem się, kopiąc go z całą siłą jaką mogłem w sobie znaleźć. Mężczyzna poleciał do tyłu, uderzając w ścianę, nie puszczając jednak broni i próbując mnie uderzyć pomimo małej rany na głowie.

- Marco, ty nie masz serca. Sam mi to powtarzasz. - powiedziałem z uśmiechem.

- No dobrze, załóżmy, że to serduszko to serco-podobne-coś - odpowiedział, wyciągając płynnym ruchem sztylet zza pasa i rzucając nim we mnie. Zaśmiałem się z jego słów, przy okazji cudem unikając ostrza, które mimo wszystko drasnęło moje udo. Spojrzałem na krew powoli wypływającą z rany, szarooki wykorzystał to podcinając mnie i przyciskając czubek miecza do mojej piersi.

- W lesie, byłem w naszej chatce.

- A cóż tam robiłeś książę? - pochylił się nade mną z uśmiechem. Spróbowałem się poruszyć, nie chcąc leżeć całkowicie odsłonięty, gdy wampir przyciskał broń do mojego ciała. Czułem się jak zagrożone zwierzę. Marcus jednak nie pozwolił mi na nic, naciskając mocniej, delikatnie nacinając moją skórę.

- Ratowałem niewinne istoty?

- To istnieją takie? - spojrzał na mnie. Udałem zastanowienie, nie miałem ochoty wspominać o młodym księciu Ashidee, szczególnie w obawie, że jakimś sposobem dotrze to do ojca. Mogłem być pewien, że on nie byłby szczęśliwy, że uratowałem człowiekowi życie.

- Zajączki? Te są chyba niewinne... - mruknąłem z delikatnym uśmiechem, na widok miny przyjaciela.

- Ale z ciebie żartowniś - pokręcił głową, puszczając mnie. Potarłem miejsce zranienia, czując mrowienie towarzyszące regeneracji. Usiadłem, następnie wstając. Starłem rękawem krew z ust, uśmiechając się delikatnie. Porcelanowo białą twarz Marcusa szpeciła teraz cienka stróżka krwi i zabarwione nią pasmo włosów. - Chodźmy krwawa księżniczko... Może na kawkę? I lody?

Przewróciłem oczami, idąc za nim. Humorki tego mężczyzny dorównywały moim. Raz mógł być bezwzględnym wojownikiem, a następnie wesołym chłopcem, rzucającym się na ulubione łakocie.
W kuchni unikając pytań, przeszliśmy na tyły pomieszczenia i spokojnie rozmawiając przygotowaliśmy sobie poczęstunek. Usiedliśmy przy małym stoliku koło okna wychodzącego na wschodni dziedziniec.

* * *

Poczułem jak materac na łóżku obok mnie ugina się. Cichy, dziecięcy głosik próbował mnie wyrwać ze snu. Odwróciłem się na drugi bok, zatapiając się w poduszkach. Zmrużyłem oczy, słysząc obok ucha wołanie.

- Asi! - westchnąłem, otwierając oczy i przyglądając się chłopczykowi. - Wreszcie... Wstawaj...

Jego mała rączka cały czas poruszała moim ramieniem. Zamknąłem z powrotem oczy, chcąc wrócić do spokojnego snu.

- Daj mi spać diabełku - wymamrotałem, przytulając się do jednej z poduszek. - Pomęcz Marcusa.

Usłyszałem ciche narzekanie Olivera. Mały wydawał się nieszczęśliwy, że go ignoruje i odprawiam. Uszczypnął mnie w policzek na co podskoczyłem zaskoczony. Skrzywiłem się na pieczenie. Usiadłem w końcu na łóżku, patrząc ze złością na blondyna, który szczerzył się radośnie, oczywiście udając niewiniątko.

- Tata chce z tobą porozmawiać. Wyglądał na niezadowolonego - powiedział, kładąc się obok mnie.

- Oli on ma taki wyraz twarzy. Nic tego nie zmieni - odpowiedziałem przyciągając dziesięciolatka do siebie. Wbiłem delikatnie palce w jego brzuch, na co zaśmiał się głośno. - Co ty na to byśmy później potrenowali?

Chłopczyk radośnie pokiwał główką, uśmiechając się.

-Marcuś pokazał mi fajną sztuczkę! Nauczę cię! -oznajmił entuzjastycznie. Jego dwu kolorowe oczka zamigotały radością. Rozkopałem jego i tak sterczące, blond włosy. Był on moim małym promyczkiem szczęścia w tym ponurym zamku. Martwiłem się o niego. Nie chciałem by ojciec zranił go tak jak mnie w dzieciństwie. Starałem się trzymać Olivera jak najdalej od niego.

Posłałem mu lekki uśmiech wstając razem z nim.

- Później Oli pokażesz mi ją, a teraz twój braciszek musi zmierzyć się z niezadowoleniem ojca. - powiedziałem, przeciągając się. Założyłem na siebie czarne, dopasowane spodnie oraz białą koszulę. Posłałem chłopczykowi uśmiech i wyszedłem z sypialni.

Blondynek dotrzymywał mi towarzystwa aż do drzwi gabinetu ojca, następnie pobiegł w jedynie jemu znane miejsce. Uśmiechnąłem się, patrząc na jego znikającą na końcu korytarza sylwetkę malca. Podskoczyłem nerwowo, czując czyjąś dłoń na ramieniu. Odwróciłem się gwałtownie przypierając tą osobę do ściany. Nie łatwo było zaskoczyć wampira, trzeba było być niezwykle sprytnym i wyszkolonym, by w taki sposób podkraść się i nie zostać przyłapanym aż do momentu, w którym się nie ujawni. Spojrzałem z irytacją na szczerzącego się radośnie Marcusa.

- Idioto, nie mam czasu na twoje zabawy. - syknąłem, zerkając na strażnika przy drzwiach gabinetu. Nigdy nie czułem się tu swobodnie wiedząc z jaką lojalnością niektórzy służą ojcu.

- Trochę rozrywki ci nie zaszkodzi - uśmiechnął się. - Poczekam na ciebie.

Warknąłem ze złością, puszczając go i poprawiając swój strój. Zaciskając wargi w prostą linie, podszedłem i pukając wszedłem do środka. Starszy ode mnie mężczyzna siedział przy swoim uporządkowanym biurku, stukając piórem w pergamin. Po moim wejściu nie podniósł głowy, wciąż poświęcając swoją uwagę tekstowi przed sobą. Z cichym westchnieniem zająłem miejsce w fotelu przed nim, przyglądając się jego dumnej sylwetce i ostrym rysą twarzy. Miałem ochotę się skrzywić, gdy przypominałem sobie, że wyglądam podobnie.

Te same, wysokie kości policzkowe, które wręcz krzyczały o szlacheckim pochodzeniu. Prawie taka sama linia szczęki i ten sam kolor włosów; kruczoczarny. U niego pokryty już delikatną siwizną, a u mnie delikatnie kręcące się na końcach. Wolałem doszukiwać się w sobie podobieństwa do matki niż niego.

- Chciałeś mnie widzieć? - odezwałem się wreszcie, przerywając panującą między nami cisze. Dłoń zielonookiego zatrzymała się, a ten w końcu uniósł swój wzrok i zlustrował mnie spojrzeniem. Wydawał się coś analizować, po cichu zastanawiając się czy jestem godny poznania skrawka jego tajemnicy. Wpatrywałem się w niego z obojętnością, czekając.

- Inaczej by cię tu nie było. - powiedział, dopisując coś na pergaminie. Przewróciłem oczami, czekając aż wytłumaczy powód dla którego tu przybyłem. - Ci ludzie... - skrzywił się ze złości. - ... chcą sojuszu. Nathaniel i ten jego synalek...

- I w związku z tym? - zapytałem, nie mając pojęcia do czego dąży mój ojciec.

- Chcą byś ty przyjechał do Ashidee omówić warunki sojuszu. - powiedział, stukając palcami w biurko. - Cholerni, plugawi...

- Oszczędź mi kolejnego monologu o tym jak bardzo ludzie są kłamliwi, okropni i źli - przerwałem mu, na co spiorunował mnie wzrokiem. Nie przejęty tym, zerwałem kontakt wzrokowy, udając, że spoglądam na swoje dłonie. Byłem zaskoczony, że list wskazuje bezpośrednio na mnie, chociaż był to bezpieczny krok ze strony Connora. Uniosłem głowę, orientując się, że ojciec cały czas mi się przygląda. - Przyjmiesz ofertę czy wyślesz im odmowę?

- Ciekawi mnie ich przekupstwo, więc chcę to wykorzystać - powiedział. - Jednak mam zastrzeżenia byś ty tam akurat jechał.

- Miałbyś zastrzeżenia do każdego, ojcze. Masz jednak zapewne świadomość, że jestem jedną z niewielu osób, która będzie miała pewność co do ich intencji. - odparłem ze spokojem. Byłem zaciekawiony jakie to obiekcje przeciwko mnie ma, ale aktualnie wolałem nie drążyć tego tematu. Wolałem go powoli przekonywać, by mnie puścił. 

- Może masz rację... - mruknął pod nosem.

Spojrzałem się na niego zaskoczony, a na moje usta wpłynął uśmiech.

- Powtórzysz? Chyba się przesłyszałem.

- Nie pozwalaj sobie, dzieciaku. - warknął mężczyzna, wracając najwyraźniej do swojego starego "Ja". Nie sprawiło to jednak, że pozbył się mojego uśmiechu. Może jednak jest dla niego nadzieja? Nie oczekiwałem od niego wiele, ale mała, zauważalna zmiana w jego uosobieniu była by czymś przyjemnym dla wszystkich. Odgoniłem natrętne myśli i skupiłem się ponownie na naszej rozmowie.

- Wezmę ze sobą swoich stałych strażników. Wyruszymy jutro popołudniu do zmierzchu powinniśmy dotrzeć do Ashidee. Mogę także wziąć ze sobą Oliego...

- Nie pozwalam. A jak was zaatakują?

Czyżby odkrył co to znaczy 'martwić się'? Jeszcze parę takich wypowiedzi, a nie będę umiał na niego spojrzeć tak krytycznie jak do tej pory, pomyślałem. Nie sądziłem jednak, że zostaniemy zaatakowani, ludzie nie mogli być tak głupi, by myśleć, że dadzą nam radę. Zamyśliłem się nad tą kwestią i dopiero znaczące chrząknięcie, przywróciło mnie do rzeczywistości.

- Ryzyko ataku jest znikome, nie mniej chyba nie sądzisz, że dam go skrzywdzić zwykłym ludziom?

- A jeśli ci się nie uda? - spojrzał na mnie, a następnie na leżący pergamin na biurku. Warknąłem zirytowany, jak dla mnie większym zagrożeniem dla mojego małego diabełka był nasz ojciec niż ludzie.

- Jak się nie uda to ich krew zabarwi strumienie leśne szkarłatem.

- Może zostaniesz poetą? - na jego twarzy pojawił się uśmiech, który wyglądał jak grymas złości. Posłałem mu pełne kpiny spojrzenie.

- Bezpieczne dla ciebie, wtedy na pewno zapomnę o wciąż czekającej na mnie koronie.

- Nie zaczynaj znów - warknął. Wyprostowałem się na swoim miejscu, posyłając mu pogardliwe spojrzenie, które wydawało się go wkurzyć jeszcze bardziej. On nienawidził braku szacunku do jego osoby, pragnął go tak samo jak bezgranicznej i wiecznej władzy.

- Oj tam, masz rację. Parę lat wte czy wewte, kto by na to zwracał uwagę.

- Wynoś się stąd! - krzyknął wściekły, podnosząc się ze swojego miejsca. Spojrzałem na niego z uniesioną brwią, po chwili zaczynając się śmiać.

- Prawda w oczy kole tatusiu? - mężczyzna z furią w oczach sięgnął przez biurko i przyciągnął mnie za koszulę do siebie. Sapnąłem z zaskoczenia, gdy mój brzuch zderzył się z krawędzią mebla.

- Astrel, nie pozwalaj sobie - warknął, łapiąc za moją twarz i wbijając w nią pazury, bym patrzył mu prosto w płonące furią oczy. - A teraz wynoś się stąd. Nie będę trzeci raz powtarzał.

- Jak sobie życzysz, panie. - wycedziłem, wyrywając się z jego uścisku i podchodząc do drzwi. Otworzyłem je gwałtownie, następnie trzaskając nimi, by dać upust swojej złości. Czułem ciepłą krew na twarzy, powoli spływającą za kołnierz. Nienawidziłem tego, że obrażenia zadane z jego ręki nie goiły się tak jak normalnie. Największy tyran musiał dostać dar, który tylko bardziej pomagał mu w nękaniu innych.

Spojrzałem pierw na strażnika, który wydawał się rozważać chęć ucieczki, gdy napotkał mój wzrok, posłałem mu drapieżny uśmiech, ukazujący moje kły. Pozwoliłem swojej mocy zacisnąć się na nim, po chwili jednak tracąc nim zainteresowanie. Stalowe spojrzenie Marcusa wyrażało zmartwienie, pociągnął mnie w głąb korytarza, z dala od niechcianych spojrzeń i chwycił mój podbródek, przyglądając się ranką.

- Uwierzysz, gdy powiem, że nie boli? - zapytałem, chcąc się odsunąć od niego.

- Nie? - spojrzał na mnie, prowadząc mnie prosto do mojego pokoju. Nie protestowałem, wiedziałem, że z Marcusem nie wygram, a co dopiero, gdy ten jest zmartwiony. Czasami potrafił być niezwykle uciążliwy, gdy zaczynał mi matkować przy najmniejszym zranieniu. Posłałem mężczyźnie uspokajający uśmiech, gdy pchnął mnie na łóżko, a sam zniknął w łazience i wrócił z mokrą ściereczką i środkiem odkażającym. Zaśmiałem się.

- Nie przesadzasz, to tylko małe ranki nie umrę od nich.

- A chcesz by szybciej się zagoiły? - spytał, przykładając do mojej twarzy szmatkę. Syknąłem, prawie odskakując od niego, ten jednak najwyraźniej spodziewał się tej reakcji, przytrzymał mnie w miejscu. Wydąłem obrażony wargi, próbując się odsunąć, by nie czuć drażniącego nozdrza zapachu i szczypiącego uczucia, które wypalało mi każdą z ranek na policzku.

- Marcus... - jęknąłem płaczliwie.

- Już kończę słońce - westchnął, odsuwając się. Opadłem na plecy, pociągając dramatycznie nosem i próbując opanować chęć potarcia ranek, które wciąż piekły. Zacisnąłem zęby, próbując myśleć o czymś innym, na szczęście usłyszałem burczenie w swoim brzuchu na co poderwałem się, siadając na łóżku, a starszy mężczyzna zachichotał.

- Chce krew... - mruknąłem, jakże odkrywczo. Metabolizm wampirów nie potrzebował niczego innego, moglibyśmy przetrwać nie jedząc nic i pijąc tylko krew, oczywiście w większych ilościach. Normalne jedzenie dawało nam pewien komfort psychiczny oraz pomagało wytrzymać dłużej bez krwi.

- Od kogo tym razem wybredna księżniczko? - spytał mnie z uśmiechem. Moja podświadomość ukazała mi pewną błękitnooką postać, której chętnie bym spróbował na każdej płaszczyźnie. Oblizałem wargi z lekką irytacją z powodu, że ta konkretna osoba jest po za moim zasięgiem. Dla własnego dobra powinienem przestać myśleć o nim w ten sposób.

- Obojętnie, chcę tylko krew.

Marcus spojrzał na mnie podejrzliwie aż westchnął i wzruszył ramionami. 

- Zaraz wracam. - powiedział. Patrzyłem jak wychodzi, a przez drzwi wślizguje się Izis, uśmiechnąłem się do niej, a ta wskoczyła na moje łóżko, najwyraźniej uznając, że pora na drzemkę. Wplotłem palce w jej miękkie futro, a moje myśli wróciły do młodego księcia Ashidee. Wbrew pozorom nie rzuciłem się na niego, gdy miałem okazję. Nie spróbowałem jego krwi, choć teraz wręcz mnie nosiło na myśl, by jej posmakować. Sama jej woń kolejny raz otumaniała mój umysł. Niczym zakazany owoc, który chciałem posiadać na własność. Po moim ciele przeszedł dreszcz. Już jutro go zobaczę. 

Położyłem się, posyłając uśmiech Iz. Ta ziewnęła, ukazując imponujące ostre zębiska drapieżnika. Położyła łeb koło mojej szyi, drażniąc ją delikatnym oddechem i chłodnym nosem. Zaśmiałem się na to uczucie, a kocica jakby w irytacji pacnęła mnie łapą. Jej wąsiki zaczęły mnie łaskotać w szyję, więc odsunąłem się.

Po chwili do pokoju wszedł Marcus i jakiś chłopak. Był dość młody i najwidoczniej nowy. Na twarzy wampira pojawił się uśmiech. Puścił mi oczko, wychodząc. Młody chłopak spojrzał na mnie nerwowo przygryzając wargę. Uznałem to za dość urocze w jego wykonaniu. Jasnowłosy stał koło drzwi najwidoczniej nie wiedząc co zrobić. Jego krucha postura mnie przyciągała tak samo jak duże ciemno niebieskie oczy. Bicie jego serca wydawało się rozbrzmiewać w całym pokoju.
Usiadłem, wyciągając w jego stronę dłoń.

- Jesteś nowy w tym wszystkim?

- Od niecałego tygodnia Panie - odpowiedział, podchodząc nieśmiało.

- Nie jestem twoim panem. Mów mi Astrel, gdy jesteśmy sami. - oznajmiłem, wstając. Jego strach wręcz mnie osaczał, westchnąłem dotykając jego policzka. Chłopak uchylił wargi w zaskoczeniu. Posłałem mu delikatny uśmiech.

- Tak nie wypada... 

- Już dawno przestałem myśleć co wypada, a co nie - powiedziałem, składając pocałunek na jego chłodnych ustach. Ten próbował lekko niezdarnie odpowiadać na moje ruchy, widać, że nie miał w tym za bardzo wprawy. Objąłem go, przyciągając bliżej siebie. Miałem ochotę uśmiechnąć się, gdy ten niepewnie splótł dłonie na moim karku. Usiadłem z chłopakiem na łóżku, na co Iz od razu uciekła od nas. Rozpiąłem jego koszule, zsuwając ją z jego ramion i ciesząc się nagą skórą pod palcami.
Odsunąłem się od niego na chwilę, by mógł złapać oddech. Czułem narastające podniecenie, ale nie zamierzałem się śpieszyć, nie chciałem skrzywdzić istoty, która z szybko bijącym sercem, przysunęła się bliżej mojego ciała.

- Ja nigdy... - powiedział cicho, na co przerwałem mu dotykając jego ust kciukiem.

- Spokojnie. - posłałem mu uspokajające spojrzenie. Granatowooki kiwnął głową, rozpoczynając z własnej woli kolejny pocałunek. Wplotłem jedną dłoń w jego jedwabiście miękkie włosy, a drugą gładząc odkryte ciało. Wargi młodszego naparły na mnie z większą pewnością, gdy górę nad strachem przed nieznanym wzięło pragnienie drugiej osoby.

Drobne dłonie chłopaka zaczęły odpinać guziki mojej koszuli. Po chwili opadła ona na ziemię obok koszuli granatowookiego. Obróciłem nas tak, że chłopak opadł na materac z sapnięciem zaskoczenia. Posłałem mu psotny uśmiech, schodząc pocałunkami na jego szyję i niżej. Drażniłem jego skórę kłami, zachwycając się jego reakcjami.

Sprawnie pozbyłem się jego spodni razem z bielizną. Moje dłonie zadziornie krążyły po ciele chłopaka. Wróciłem ustami do jego szyi. Nie potrafiłem się już powstrzymać. Wbiłem się w skórę na szyi granatowookiego. Jego palce zacisnęły się na moich ramionach, a serce zabiło ze strachem. Czułem ogarniające mnie szczęście, gdy jego krew wypełniała moje usta. Chłopak wkrótce jęknął, przyciągając mnie bliżej siebie. Jedna z moich dłoni pogładziła jego ciało, zatrzymując się biodrze. 

Moje spodnie poszły w niepamięć za pomocą dłoni chłopaka. Jego ciekawskie ręce zatrzymały się na bokserkach. Liznąłem krwawe ranki na jego szyi, czując jak ten z niepewnością pozbawia mnie bielizny, odsunąłem się na chwilę od niego odrzucając je na ziemie i sięgając do szafki nocnej po fiolkę z nawilżaczem. 

Wylałem trochę cieczy na moje palce przykładając jeden z nich do wejścia chłopaka. Jasnowłosy spojrzał na mnie wielkimi, przerażonymi oczami, próbując cofnąć swoje biodra z dala ode mnie. Uniosłem brew, patrząc na niego z delikatnym rozbawieniem. Złożyłem pocałunek na jego biodrze, wyznaczając mokry ślaczek w górę jego ciała. Czując, że się rozluźnia zacząłem go delikatnie rozciągać, próbując mu sprawić jak najwięcej przyjemności już na początku.

* * *

Odwróciłem się w stronę śpiącej postaci, zapinając koszulę. Młody chłopak skulił się na środku łóżka, owijając kołdrą jak zbroją. Uśmiechnąłem się delikatnie, gdy Izis na nowo rozgościła się na pościeli, tym razem jednak obok jasnowłosego, który odsypiał męczący wieczór. Przeciągnąłem się i zerknąłem w pionowe lustro, następnie po prostu wychodząc z pokoju. Chwile później dołączył do mnie niezwykle wesoły Marcus.

- Ten człowiek... ostrzeż wszystkich, że jest na moją wyłączność. Mu nie musisz o tym wspominać.

- Spodobał ci się?  -znaczące spojrzenie Marcusa zirytowało mnie. - Wiedziałem, że wpadnie w twoje gusta.

Uderzyłem go w głowę czym wywołałem śmiech u wampira. Pokręciłem głową, w duchu śmiejąc się. Pod zaciekawionym wzrokiem przyjaciela uśmiechnąłem się delikatnie, skręcając w korytarz, który prowadził w stronę schodów.

- Jutro popołudniu wyjeżdżamy na parę dni do Ashidee. Zaproponowali sojusz na który, cudem, mój ojciec się zgodził - powiedziałem. - Przekaż to Devonowi i Charliemu.

- Jak sobie życzysz, panie. - oznajmił śpiewnie Marcus, przewróciłem oczami.

- Co ty taki radosny? - spytałem.

Mężczyzna spojrzał na mnie z uśmiechem, a następnie rozkopał mi włosy. Westchnąłem, poprawiając je, by nie wyglądać jak jakieś straszydło. Szarooki wydawał się rozbawiony było to dość zastanawiające.

- A czemu by nie?

Pokręciłem głową naprawdę nie rozumiejąc zachowania starszego mężczyzny. Wyprostowałem się przed wejściem do jadalni.

- Ktoś jeszcze jedzie z nami oprócz Charliego i Devusia? - spytał. Ledwo zauważalnie kiwnąłem głową, podchodząc do stołu, przy którym już siedzieli moi rodzice z Oliverem, który ciągle coś mówił. Uśmiechnąłem się na ten widok. Z daleka mogliśmy wyglądać jak szczęśliwa rodzina, dopiero gdy podeszło się bliżej widziało się rysy na tym kolorowym obrazku.

- Słyszałam, że chcesz wziąć ze sobą Olliego do Ashidee - uśmiechnęła się moja matka. Mały chłopczyk pokiwał radośnie główką. Usiadłem obok niego, a służący od razu nalał mi mojej ulubionej herbaty. Kiwnąłem mu głową, dziękując i spojrzałem na kobietę, która radośnie wpatrywała się w swoje dzieci.

- Będzie to dla niego kształcące. I dobrze mu zrobi poznanie tego co może być jego... zgubą. Nieprawdaż ojcze? - zapytałem, upijając łyk słodkiej herbaty.

- Jesteś odpowiedzialny za niego, Astrel. Nie zostawiaj go nigdzie samego. - powiedział poważnie. Miałem ochotę się uśmiechnąć na jego słowa. Musiałem jednak zachować maskę opanowania, więc pozwoliłem sobie tylko na lekkie uniesienie kącików ust.

- Będę jego cieniem. - obiecałem, puszczając młodszemu oczko. Ten wydął policzki najwyraźniej nieszczęśliwy, że dyskutujemy o nim jakby go tu nie było. Kobieta o bursztynowych oczach cmoknęła go w policzek, matczynym gestem poprawiając przydługie kosmyki, wpadające mu do oczu.

- O której wyjeżdżacie? - spytała się kobieta. Wzruszyłem ramionami, ale widząc jej wzrok wiedziałem, że muszę powiedzieć coś więcej.

- Po obiedzie. Mam nadzieje dotrzeć do Ashidee przed zmierzchem.

- Wybrałeś straż?

- Tak, mamo. Nie musisz się martwić, za parę dni znowu będziemy w domu. - oznajmiłem uspokajająco. Ta jednak nie przestała posyłać mi zmartwionych spojrzeń.

Uśmiechnęła się już spokojniej i zajęła się jedzeniem. W czasie posiłku nie prowadziliśmy już więcej rozmów. Każdy zajął się sobą i swoimi myślami. Zacząłem się zastanawiać jak może potoczyć się spotkanie z królem Ashidee. Jak wielkie ryzyko kryje się za wycieczką na terytorium wroga. Za parę miesięcy Connor przejmie władzę swojego ojca, byłem ciekaw jak rozegra wtedy sprawę sojuszu. Nie wyobrażałem sobie, by wesoło gawędził z moim ojcem przy herbatce.

- O czym książątko tak myśli? - usłyszałem przy uchu głos Marcusa. Odwróciłem głowę w jego stronę tak, że nasze nosy prawie się stykały, uśmiechnąłem się do niego złośliwie.

- Na pewno nie o tobie.

- A o kim? - spytał. Posłałem mu tajemniczy uśmiech i odwróciłem głowę w stronę rodziców. Mama posłała mi pytające spojrzenie, nie próbując nawet udawać, że nie podsłuchiwała. Za to ojciec niby od niechcenia nawiązał ze mną kontakt wzrokowy.

- Nie o kim, a o czym. - widziałem błysk w oczach mężczyzny, który wciąż się we mnie wpatrywał. - Nadszedł czas zmian.

Mężczyzna posłał mi puste spojrzenie. Nie potrafiłem odgadnąć co zaprząta teraz jego myśli. Po chwili to zignorowałem, wracając do śniadania. Po posiłku z Oliverem skierowałem się do ogrodu, chłopiec radośnie pokazał mi sztuczkę, której nauczył go Marcus, który oczywiście twierdził, że jest niewinny. Przeczył temu jednak szeroki uśmiech, gdy patrzył jak mały tworzy wokół siebie kręgi z żywiołów. Wyglądało to pięknie, a szczęście błyszczące w oczach Olivera było wspaniałe. Czułem się jak dumny ojciec patrząc na jego osiągnięcia.

- Potworku bądź gotowy już przed obiadem - powiedziałem do niego, gdy razem wracaliśmy do środka. Blondyn kiwnął posłusznie głową i chwilę później odbiegł w boczny korytarz. Przyglądałem się mu i jednemu ze strażników, który w ciszy za nim podążał, by go chronić. Byłem spokojniejszy wiedząc, że jest to jeden z moich ludzi.

* * *

Zatrzymaliśmy się na przeciwko ogromnego zamku z białego kamienia. Zachodzące słońce odbijało się od tafli jeziora Shin. Niesamowity widok dopełniały cudownie zadbane ogrody oraz ciemne pnącza wspinające się po ścianach zamku.

Spojrzałem wrogo na strażników, którzy pojawili się i od razu wycelowali w nas broń. Oliver skulił się na swoim miejscu patrząc wielkimi przerażonymi oczami na nich. Pociągnąłem nosem, krzywiąc się na wszechogarniający zapach ludzi. Było to przytłaczające, te wszystkie bijące serca i pulsująca w żyłach krew. Oblizałem wargi, widząc jak każdy strażnik zaczyna zerkać na mnie nerwowo, posłałem im uśmiech ukazujący kły na co wydawali się spanikować.

- Jaki jest powód waszego wtargnięcia na teren zamku? - podszedł do nas najstarszy mężczyzna. Zeskoczyłem z konia, przeciągając się lekko, a następnie wyciągając z kieszeni płaszcza list od tutejszego króla z zaproszeniem do negocjacji. Kopertę wyciągnąłem w stronę strażnika.
Gdy on zapoznawał się z treścią wiadomości, ja pomogłem Oliverowi zeskoczyć na ziemię. Chłopiec ukrył się za mną, podejrzliwe zerkając na mężczyzn.

- W takim razie zaprowadzę panów do króla - powiedział spokojnie, spoglądając na młodszych strażników. - Zawołać stajennych.

Zostawiając konie wraz z bagażami, ruszyliśmy za nim. Olli chwycił moją dłoń wciąż niepewnie krocząc obok mnie i rozglądając się płochliwie wokół. Ścisnąłem uspokajająco jego palce. Samemu również przyglądając się mijanym korytarzom. Zamek był utrzymany w jasnych odcieniach brązu, szarości. Zostaliśmy zaproszeni do jadalni gdzie siedziała rodzina Ashidee. Głową rodziny wstała, kiwając nam głową.

- Usiądźcie.

Zająłem miejsce obok Connora, przyglądając się jego rodzinie i strażnikom, których nagle było więcej w pomieszczeniu. Posłałem uśmiech Marcusowi, który wraz z trójką przyjaciół podszedł do naszych gospodarzy z małymi podarkami. Królowa uśmiechnęła się z zainteresowaniem przyglądając koli z białego złota z diamentów i szafirów. Swoje zainteresowanie jednak poświęciłem bardziej Connorowi i jego ojcu, którzy dostali bliźniacze miecze, na ich klingach znajdowały się pasujące do siebie sentencje.

- Mam nadzieję na owocną współpracę. - mruknąłem, dziękując cicho służącemu, który podał mi kielich z winem.

*****************************************************
[poprawiona i rozszerzona, zmieniona wersja]