ASTREL
Zerknąłem przez ramię na niknące już w oddali wieże zamku Ashidee. Zatrzymałem się, patrząc na idealnie stąd widoczne miasto i zamarzniętą rzekę Shin. Blond czupryna Olivera poruszyła się, gdy ten spojrzał w górę smutnymi oczami. Objąłem go ramieniem, opierając podbródek na jego ramieniu. Chrząknięcie sprawiło, że się wyprostowałem patrząc na Marcusa, który posyłał mi kpiące spojrzenie.
- Czy ludzki księciuniu przypadł do twoich gustów, paniczu? Czy może ma za małe kompetencje do tego? Chociaż widząc twój wyraz twarzy śmiem stwierdzić, że jeszcze nie przedstawił ci swoich kompetencji - zakończył z uśmieszkiem na twarzy, a mnie świerzbiła ręka by mu go brutalnie zetrzeć. Nie byłem jakoś skory do żartów na ten temat.
- Odwiedzimy go prawda? Odwiedzimy Conniego?
-Jasne, smyku. - mruknąłem, nie do końca pewien swoich słów. Pociągnąłem za wodze i pokierowałem swojego konia w stronę drogi znikającej między drzewami lasu, który oddzielał oba królestwa. Droga zajęła nam dłużej niż ostatnio przez to że nie miałem ochoty się spieszyć do domu. Mijając pola Xansoss miałem ochotę się zatrzymać i położy na nienaruszonym puchu. Ale jestem Księciem i nie mogę, bo to poniżej mojej godności, pomyślałem z goryczą i pośpieszyłem swojego konia.
W mieście panował popołudniowy ruch, wszyscy zerkali na nas z ciekawością, kłaniając się, gdy rozpoznawali mnie i Olivera, który przysypiał oparty o mnie. Zignorowałem ich jak zawsze, nienawidząc tego szacunku, do kogoś kogo nawet nie znali osobiście. Nic nie zrobiłem dla nich by zasłużyć na takie zachowanie.
- Nie krzyw się tak książę, bo ci zostanie - usłyszałem głos mężczyzny. Zerknąłem na Charliego, który posyłał mi pocieszające spojrzenie. Westchnąłem, zdobywając się na sztuczny uśmiech, który miejmy nadzieje nie wyglądał jak kolejny grymas.
- Już wiadomo czemu mój ojciec ma taki niezadowolony wyraz twarzy przez cały czas.
Charlie zaśmiał sie na co Olie uśmiechnął się.
- Tata ma zawsze krzywy wyraz twarzy - powiedział chłopczyk, próbując naśladować mimikę naszego ojca. Zachichotałem, mijając strażników stojących przy bramie, która oddzielała miasto i główny dziedziniec zamku.
Gdy tylko zeszliśmy z koni przy ogromnych, drewnianych drzwiach pojawiła się kobieta z zimowej pelerynie i długiej, ciemno zielonej sukni.
- Astrel! Oliver! - posłała nam matczyny uśmiech. Jej lekko kręcone włosy luźno opadały na jej plecy, okalając jej twarz delikatnymi lokami. Uśmiechnąłem się, patrząc w jej bursztynowe oczy, gdy ta ściskała blondyna, który z szerokim uśmiechem wtulił się w matkę. - I jak tam słoneczka moje było w Ashidee? - spojrzała na nas.
Oliver od razu zaczął mówić wszystko co mu ślina przyniosła na język. Uśmiechnąłem się z rozbawieniem, całując matkę w policzek. Kobieta chwyciła moją dłoń i wręcz siłą zatrzymała w miejscu, najwyraźniej wiedząc, że zamierzam gdzieś zniknąć. Pokręciłem głową z rozbawieniem. Jasnooka zaprowadziła nas w stronę jednego ze swoich saloników, wciąż słuchając relacji młodszego syna. Rozejrzałem się po pomieszczeniu i z przyzwyczajenia rozpaliłem w kominku nim zrobił to któryś ze służących.
- ...no i Astrel polubił Conniego... Bardzo! - uśmiechnął się blondynek, na co spojrzałem na niego zaskoczony. Matczyne spojrzenie od razu z radosnymi iskierkami spoczęło na mnie. Czułem się jak mały chłopiec, który coś przeskrobał, a ona się tylko w ciszy czeka aż pęknę i wszystko jej wyśpiewam.
- Przesadza. - odparłem w swojej obronie, ku oburzeniu Olivera. Najwyraźniej nie podobało mu się, że zarzucam mu kłamstwo.
- Mamo to prawda - powiedział chłopiec, kładąc swoje dłonie na biodrach. - On kłamie, a sam by się popłakał, gdy żegnał Conniego...
- To ja wiem kto kłamie, młody. I jeśli dobrze pamiętam to ty byłeś na skraju płaczu. - odparłem, patrząc na niego i chcąc zakończyć ten temat.
- Mam dziesięć lat! - pisnął w swojej obronie.
- To nic nie tłumaczy...
- Chłopcy. - nagana w głosie matki była łatwa do wychwycenia. Uniosłem dłonie, odchylając się na fotelu i zerkając na obrażonego Olivera, który usiadł obok niej na sofie. Kobieta objęła go delikatnie, gładząc jego ramię. Jej spojrzenie jednak cały czas skanowało moją osobę. Posłała mi mały uśmiech, a w jej oczach błysnęła złośliwość. - Jestem waszą matką i wiem, gdy coś się dzieje z uczuciami, któregoś z was.
- Nic się z moimi uczuciami nie dzieje, mamo - mruknąłem, czując, że zaraz stracę moje całkowite opanowanie i zacznę się rumienić jak głupi. Wejście służki z tacą, na której leżał talerzyk ciasteczek i dzbanek z herbatą. Kobieta w ciszy podała każdemu z nas pełną filiżankę, a następnie z dygnięciem wyszła z pomieszczenia. Uśmiechnąłem się delikatnie, czując delikatny zapach mojej ulubionej herbaty.
- Mów sobie co chcesz mój drogi, a ja i tak wiem swoje.
Wywróciłem oczami, na co mama szczypnęła mój policzek mocą. Na ten gest prawie wylałem sobie herbatę na kolana. Spojrzałem na nią, powstrzymując się od wyrzucenia z siebie paru bardzo dosadnych słów. Kobieta może i była niezwykle szczupła i wyglądała jakby najmniejszy powiew wiatru mógłby jej zrobić krzywdę, ale potrafiła o siebie zadbać i w dość mało subtelny sposób postawić na swoim. Wiedziałem, że próba przeklinania przy niej skończyłaby się dość boleśnie dla mnie.
- A jak sprawa, po którą tam pojechaliście? - spytała, przerywając ciszę.
- Do zatwierdzenia przez ojca. Jeśli on podpisze, to wszystko będzie już gotowe do wprowadzenia w życie.
- Gratuluje. - uśmiechnęła się. Kiwnąłem głową, upijając łyk herbaty. Miałem nadzieje, że nie będzie problemów z zakończeniem sprawy sojuszu. Im szybciej zostanie uznany przez nas, tym łatwiej będzie wprowadzać pewne zmiany. - Ojciec teraz jest zajęty rozmową z jakimś człowiekiem, więc mu nie przeszkadzaj. Myślę, że po kolacji możesz z nim o tym porozmawiać.
- I popsuć sobie humor przed snem? - mruknąłem, kobieta posłała mi pełne nagany spojrzenie. Nie próbowałem nawet udawać skruszonego swoimi słowami. Wraz z jasnooką po prostu przemilczeliśmy to, by nie zaczynać kolejny raz burzliwej rozmowy o ojcu.
Kopnąłem Cassio, szybko odskakując przed ostrzem Ian'a. Obaj współpracowali ze sobą najwyraźniej chcąc mi zrobić dość poważną krzywdę. Fiołkowe oczy, bruneta radośnie się iskrzyły pomimo krwawej smugi na policzku. Kucnąłem szybko unikając rzuconego we mnie sztyletu.
- Chcesz wydłubać moje piękne oczka? - spytałem, uderzając Cas'a w brzuch. Mężczyzna zaśmiał się, próbując podciąć mi nogi. Gdy podskoczyłem, by tego uniknąć poczułem bolesne kopnięcie, które posłało mnie prosto na ścianę. Z ciężkim oddechem, spróbowałem usiąść prosto i zignorować ból głowy i stróżkę krwi spływającą ze skroni.
- Ian, ty brutalu - fiołkowooki uderzył w głowę mężczyznę, podchodząc do mnie. - Żyjesz? A może mam ci już wybrać ładną trumnę?
- Jestem za wspaniały, by tak szybko umierać. - oznajmiłem, ciągnąc go w dół. Przycisnąłem go do podłogi, w ostatniej chwyciłem jego własny sztylet przyciskając go do jego szyi.
- I tak się traktuje miłe osoby?! - lamentował. Posłałem mu delikatny uśmiech, opierając się o niego, gdy zakręciło mi się w głowie. Mogłem jakoś za amortyzować to uderzenie w ścianę głową. Wziąłem parę głębokich oddechów.
- Nic ci nie zrobiłem... - mruknąłem w jego klatkę piersiową.
- Mdlejesz? - poczułem dźgnięcie palcem między moje żebra. Spojrzałem pół przytomnie na Ian'a. Czerwonowłosy wydawał się zmartwiony, w czasie gdy Cas usiadł, obejmując mnie, gdy się zachwiałem.
- Następnym razem omijam ściany.
- Następnym razem wstawiamy coś miękkiego na ściany - powiedział Ian. Kiwnąłem głową i syknąłem na Cassio, który ścierając z mojej twarzy krew, podrażnił rankę, która powstała po uderzeniu. Mężczyzna nie wydawał się jednak przejęty moim niezadowoleniem.
- Twoja koszula trochę ucierpiała - powiedział ciemnowłosy. Zerknąłem na materiał, który teraz był marną imitacją ubrania. Westchnąłem, przytulając się do Cassio, który zachichotał, gdy dmuchnąłem w jego szyje. Uśmiechnąłem się blado na to zachowanie. - Słyszałem, że byłeś u naszych drogich sąsiadów. Jak tam w zamku Ashidee?
- Tak samo jak tu, tylko bardziej ludzko. - odparłem, kąsając lekko jego szyje na co podskoczył z jakże męskim piskiem. Odchyliłem się z szerokim uśmiechem, słysząc w tle śmiech Ian'a.
- Ktoś warty uwagi? - spytał czerwonowłosy. Zrobiłem zamyśloną minę, bawiąc się przydługimi kosmykami włosów Cassio.
- Mojej uwagi czy twojej? - zapytałem, odchylając się do tyłu, by spojrzeć na Ian'a. Mężczyzna opierał się o ścianę z rozbawieniem w błękitnych oczach.
- Obojętnie - powiedział.
- Tak, jest tam osoba warta uwagi.
Na usta mężczyzn pojawiły się takie same uśmiechy. We dwoje wyglądali na śmiertelny duet. Nie chciał bym być ich wrogiem.
- Opowiadaj - powiedział czerwonowłosy, siadając obok nas. Spojrzałem to na jednego to na drugiego, prawie wybuchając śmiechem na ciekawość, która od nich promieniowała. Nie wiedziałem ile im powiedzieć, by nie pomyśleli sobie za dużo.
- Myślę o osobie, która jest prowodyrem sojuszu między Xansoss, a Ashidee. - powiedziałem z delikatnym uśmiechem. Ian zmarszczył brwi i wymienił spojrzenia z Cassio.
- Czy ty mówisz o księciu Ashidee?
- Nasze mroczne książątko zainteresowało się człowiekiem! - fiołkowe oczy mojego przyjaciela błyszczały radośnie, gdy wpatrywał się we mnie z wyczekiwaniem, jakby oczekiwał opisu jakiejś szalonej przygody.
- Jedyny normalny i skory do rozmowy ze mną - powiedziałem. Mężczyźni zaczęli się śmiać, na co pokręciłem rozbawiony głową. Jako, że czułem się już lepiej wstałem i przeciągnąłem się. Wciąż odczuwałem skutki uderzenia w ścianę, ale najwyraźniej regeneracja powoli sobie z tym radziła.
- Nie miałeś iść do Pana wspaniałego władcy? - spojrzałem na Cassio. Ten to czasami wiedział więcej niż by ktoś pomyślał. Fiołkowooki nie raz okazywał się skarbnicą informacji. Westchnąłem na samą myśl, by spotkać się z ojcem.
- Cassio, może zabierzesz mnie na jedną z tych swoich wycieczek? Byle z dala od mojego ojca.
- Na razie nic nie szykuje specjalnego. Może gdy skończą się mrozy wymyślę coś ciekawego. Ian chętny jak zawsze?
Czerwonowłosy skinął głową z szerokim uśmiechem na ustach. Oni obaj uwielbiali swoje podróże, aż ciekawiło mnie co się podczas nich działo. Zazwyczaj porzucałem myśl o udziale w tego typu wyprawach, ale coraz bardziej mnie do tego ciągnęło. Oprócz obawy o Olivera, nic mnie nie trzymało w Xansoss. Ojciec jasno się wyraził, że nie przejmę władzy dopóki on będzie wśród żywych. Z jednej strony byłem z tego zadowolony. Miałem spokój, nie musiałem się przejmować bzdurami koronacji. Z drugiej strony mój ojciec nie zasługiwał na tron. Był tyranem. Chciałbym pomóc poddanym.
Mam nadzieje, że ten sojusz przyczyni się do zmiany na lepsze. Nie obraziłbym się nawet, gdyby mój ojciec nagle doznał olśnienia i stał się mniej egoistycznym władcą. To była jedyna forma pomocy jaką mogłem zaoferować ludziom, próba sojuszu i rozluźnienie praw, które panowały w Xansoss.
Czerwonowłosy pstryknął mnie palcami w nos, na co odskoczyłem zaskoczony. Spojrzałem na obu nieprzytomnym wzrokiem, tak się zamyśliłem, że nie miałem pojęcia czy o coś mnie pytali, czy na jaki temat zeszła ich rozmowa.
- Pełen uroku... - wymamrotał Ian. Posłałem mu oburzone spojrzenie, ignorując podśmiewającego się fiołkowookiego. W końcu ruszyłem do mahoniowych drzwi żegnając się z Cassio i Ianem. I czując się jakbym szedł na ścięcie, skierowałem się korytarzami do gabinetu ojca. Strażnik stojący przed nim skinął mi głową i cicho pukając, otworzył mi drzwi.
- Jak ty się prezentujesz, synu...
- Nie miałem czasu się przebrać. - mruknąłem, wzruszając ramionami i siadając na fotelu stojącym przed biurkiem.
- Kiedy wróciłeś? - spytał, wracając wzrokiem do książki, którą czytał popijając herbatą. Przewróciłem oczami na tą jawną ignorancję. Rozejrzałem się po pomieszczeniu, szukając możliwych zmian.
- W porze obiadowej, miałeś ponoć ważne spotkanie, więc kazano mi poczekać do kolacji.
Kiwnął spokojnie głową z cichym pomrukiem. Spojrzał na mnie nagle jakby przypominając sobie po co w ogóle tu przyszedłem.
- Jak sprawy tego sojuszu? - prawie wypluł to pytanie. Czasami nie miałem pojęcia co nim kieruje. Powstrzymałem się od skrzywienia, które sprawiło by że mielibyśmy podobne wyrazy twarzy, z dwojga innych powodów. Spojrzenie mężczyzny wydawało się mnie prześwietlać, zamknąłem swój umysł woląc, by nie odkrył nic z tego co wydarzyło się w Ashidee, oprócz paru suchych faktów.
- Brakuje tylko twojego podpisu.
- Masz przy sobie pergamin z tą umową? - jego ciemne oczy nadal spoglądały na mnie oceniająco. Pochyliłem się do przodu ze sztucznym uśmiechem i wyciągnąłem dłoń z elegancko złożonym pergaminem.
- Wstąpiłem po niego do pokoju. - położyłem dokument przed ojcem, wstając. - W razie problemów, przyślij po mnie czy coś.
- Wątpię bym potrzebował twojej pomocy w złożeniu podpisu - powiedział, biorąc do rąk pergamin. Ugryzłem się w język, żeby mu nie dogryźć. Z zaciśniętymi wargami skinąłem głową i skierowałem się do wyjścia. W małym proteście do traktowania mnie w taki sposób, trzasnąłem drzwiami gabinetu.
Szybkim krokiem pełnym wściekłości na głupotę ojca szedłem prosto do swojego azylu. Jednej z zapomnianych wież tego zamku. Lubiłem tam przebywać, wiedząc, że nikt nie miał pojęcia gdzie się ukryłem. Klnąc w myślach na króla, nie zauważyłem samotnej postaci, która stała tyłem do mnie. Dopiero gdy prawie upadliśmy, spojrzałem na zaskoczonego i lekko przerażonego chłopaka.
- Pan... Astel... - ciemno błękitne tęczówki błysnęły, a w moje oczy rzucił się fioletowy siniak. Syknąłem, czując jeszcze większą wściekłość. Ktoś śmiał zranić moją własność.
- Kto ci to zrobił? - spytałem, dotykając delikatnie jego policzka. Chłopak zbladł na to jedno pytanie i pokręcił gwałtownie głową. Widziałem jak w jego oczach pojawia się strach.
- To nic. Zasłużyłem...
- To ja o tym zadecyduje. - warknąłem, obnażając kły. Widząc jednak jeszcze większe przerażenie na twarzy chłopaka, wziąłem uspokajające wdechy. - Kto ci to zrobił...?
- Nicolas - powiedział nieśmiało.
- Więc Nico, kto ci to zrobił?
Jasnowłosy chłopak odsunął się ode mnie, podnosząc dłoń do zapewne bolącego miejsca. Przyglądałem mu się, czekając na jego odpowiedź. Ten jednak nie wydawał się zbyt chętny do wydania swojego kata. Westchnąłem, chwytając jego podbródek, by spojrzał mi prosto w oczy.
- Kto to zrobił? - zapytałem spokojnym głosem, patrząc jak opór chłopaka słabnie i poddaje się mojej mocy.
- Nadworny archiwista... - powiedział cicho. Człowiek ojca, oczywiście. Są przyzwyczajeni, że biorą co chcą i kiedy chcą, bez względu na wszystko, czując się bezkarnym przez współpracę z królem. Pociągnąłem chłopaka za sobą, zmieniając kierunek swojej wcześniejszej wędrówki, na zamkowe archiwum. Byłem wściekły i zamierzałem dobitnie uświadomić mężczyznę jak i potencjalnych oprawców, że to co uznałem za moje, jest tylko i wyłącznie moją własnością.
Poczułem jak ciało chłopaka zaczyna stawiać mi opór. Spojrzałem na niego i zobaczyłem panikę w oczach. Staliśmy już przed drzwiami do archiwum.
- Ja nie chcę tam iść... - szarpnął dłoń z mojego uścisku. Zatrzymałem się, nie wiedząc co zrobić. Może to i lepiej, że nie zobaczy tego co zrobię. Uśmiechnąłem się delikatnie gładząc dłoń Nico i przywołując najbliższego strażnika.
- Odprowadź go do mojej komnaty. Jeśli coś mu się stanie, przypłacisz to życiem. Jasne?
- Dobrze, panie - powiedział i razem z chłopakiem ruszyli przez korytarz do wskazanego przeze mnie miejsca. Wpatrywałem się w nich do momentu aż nie zniknęli mi z oczu. Pozwalając wściekłości mnie prowadzić otworzyłem drzwi schodząc schodkami na niższe poziomy zamku, prosto do archiwum.
Przeszedłem między regałami pełnymi papierów i różnych zwojów, prosto do oświetlonego miejsca, gdzie przy biurkach siedziała siódemka mężczyzn. Wszyscy podnieśli wzrok, gdy stanąłem za jednym z nich, wpatrując się morderczo w resztę.
- Carrlo, chyba musimy porozmawiać... na osobności. - końcówkę zdania podkreśliłem ukazując kły. Jego towarzysze jak jedne mąż wstali i pędem opuścili pomieszczenie. Uśmiechnąłem się z zadowoleniem, odwracając siwowłosego wampira w swoją stronę.
- O czym chciałeś tak pilnie porozmawiać Astrel? - spojrzał na mnie, a jego maska obojętności jeszcze bardziej mnie napędziła do zrobienia mu krzywdy. Podniosłem go do pionu, rzucając nim o ścianę. Mężczyzna z jękiem osunął się na podłogę, z uczuciem satysfakcji podszedłem do niego, kucając, by spojrzeć mu prosto w oczy.
- Nie przypominam sobie byśmy byli na "ty".
- Na nic więcej nie zasługujesz - prychnął. Posłałem mu obojętne spojrzenie, jeśli myślał, że te słowa wytrącą mnie z równowagi to był głupcem. Nie był pierwszą osobą, która słowami próbowała kupić sobie wygraną. Wpatrywałem się w jego tęczówki, powoli wkradając się do jego umysłu. Było do przewidzenia, że był pewny siebie ze względu na mojego ojca. Bez problemu dostałem się do jego wspomnień i zacząłem je przeszukiwać. Rozszerzyłem szeroko oczy na widok Nicolasa w głowie mężczyzny.
Poczekałem do końca tego okropnego widoku, czując budzącą się we mnie furię. Gdy zerwałem kontakt z umysłem mężczyzny, moja dłoń ścisnęła jego gardło przyciskając go do ściany. W jego nagle przerażonym spojrzeniu widziałem swoje własne odbicie. Wpatrywałem się w jego powoli siniejącą z braku powietrza twarz, czekając do ostatniej chwili, dopiero gdy prawie mdlał z braku tlenu puściłem go.
- Jak śmiałeś tknąć moją własność ty nic nie warty śmieciu? - syknąłem, nie powstrzymując swojej mocy od ujawnienia się. Wściekłość, którą czułem względem mężczyzny sprawiała, że zapominałem o zdrowym rozsądku, koncentrując się na myśli o zrobieniu mu jak największej krzywdy. Uderzyłem do z całej siły w klatkę piersiową. Słyszałem dźwięk łamanych kości i głośny krzyk mężczyzny. - Zabiłbym Cię teraz, jednak nie jestem potworem jak mój ojciec - warknąłem, dociskając butem twarz mężczyzny do podłogi.
- Jesteś nikim przy swoim ojcu... - wystękał z trudem. Uśmiechnąłem się z kipną, nie przejęty tym marnym przytykiem. Przewróciłem go na plecy, wyjmując ukryty wcześniej sztylet i opierając się kolanem o jego klatkę piersiową, pochyliłem się nad nim.
- Tknij jeszcze raz coś co do mnie należy, a zobaczymy jak pomysłowy potrafię być w mordowaniu istot prawie nieśmiertelnych. - powiedziałem ze spokojem, na koniec wbijając ostrze w jego ramię na co szarpnął się gwałtownie, a przez jego twarz przebiegł grymas bólu.
- I mam sobie odpuścić tą dziwkę? - powiedział z trudem spokojnie. Moje opanowanie poszło w niepamięć po tym jakże subtelnym komentarzu. Raz po raz okładałem mężczyznę po twarzy, nie przejmując się coraz większą ilością krwi. Szkarłatna mgiełka furii, przysłoniła mi rozsądek, chciałem jednego. Śmierci tego mężczyzny.
- Astrel. - silne ramiona odciągnęły mnie od ledwo oddychającego wampira. Warknąłem, odwracając głowę w stronę trzymających mnie przyjaciół. Szarpnąłem się wściekle, ale ci z trudem utrzymali mnie w miejscu.
- Puszczajcie mnie.
- Spokojnie Astrel - usłyszałem przy uchu głos Marcusa i poczułem jak cząstka jego mocy obejmuje mnie. Wbrew wszelkiej logice poczułem jak ogarnia mnie spokój, a cała wściekłość powoli znika, dając możliwość zastanowienia się czy aby na pewno dobrze postąpiłem. Wyrwałem się z ich uchwytu, kucając przy mężczyźnie, który wyglądał jakby umierał.
- Następnym razem umrzesz... Możesz trzymać mnie za słowo. - szepnąłem, przekręcając nóż i wyciągając go z razy, przy wtórze krzyku Carrlo. Posłałem mu ostatni zimny uśmiech, nim wstałem opuszczając pomieszczenie jakby nigdy nic się nie stało.
- Co zrobił, że zasłużył na taki los z twoich rączek Asi? - obok mnie pojawił się Cassio. Zacisnąłem pięści, zerkając w jego fiołkowe oczy.
- Zgwałcił osobę należącą do mnie.
W oczach mojego przyjaciela ukazało się współczucie i smutek.
- Gdzie tak osóbka jest?
- Moje komnaty. - odparłem, kierując się na schody, które prowadził prosto na korytarz, na którym znajdowała się moja sypialnia. Obaj mężczyźni w ciszy podążali za mną. Spojrzałem na swoje zakrwawione dłonie i przód koszuli, która wyglądała teraz jakby ktoś obryzgał ją krwią. - Marco, masz coś na siniaki?
- Pewnie tak - odparł. - Przynieść?
- Proszę. - odparłem, ściągając koszulę i wycierając w nią dłonie. I tak szła do wyrzucenia, więc nie robiło to większej różnicy. Marcus kiwną spokojnie głową i skręcił w inny korytarz. Spojrzałem na zamyślonego Cassio i poczułem ogarniające mnie zwątpienie. - Źle postąpiłem?
- Trochę przesadziłeś - powiedział. - Z drugiej strony za jego czyn jest kara śmierci.
- Ujdzie mu to płazem, nikt się nawet nie dowie o tym występku, a ten śmieć będzie tu wciąż pracował. Tylko dlatego, że dla mojego ojca ludzie są tylko zabawkami, z którymi można robić co się chce. Pewnie nawet nie zwraca uwagi na takie sprawy. - łatwo było wychwycić złość w moim głosie. Wziąłem głęboki wdech, wbijając sobie paznokcie we wnętrze dłoni, by dzięki bólowi rozjaśnić swój umysł i odgonić wściekłość, która wciąż mi towarzyszyła. Po chwili dołączył do nas Marcus niosąc maść i koszule. Podał mi obie rzeczy.
Założyłem przydużą koszulę, nie kłopocząc się zapinaniem jej. Z zaskoczeniem zarejestrowałem, że strażnik, któremu wcześniej groziłem stoi przed moją sypialnią. Zamrugałem, nie wiedząc o co chodzi, ten skłonił mi się, patrząc z lekką niepewnością na moich przyjaciół.
- Panie, chłopak w pańskim pokoju. Nikt go nie niepokoił. - oznajmił. Kiwnąłem lekko nieprzytomnie głową, nie rozumiejąc czemu mężczyzna po prostu nie odszedł, gdy już zaprowadził Nico do mojego pokoju. Wzruszyłem ramionami, wchodząc do swojego pokoju. Na moim łóżku siedział chłopak, wyglądając jakby miał się zaraz rozpłakać. Spojrzał na mnie wielkimi oczami, a gdy jego wzrok zarejestrował też Cassio i Marcusa spiął się z przerażeniem wpatrując się w naszą trójkę.
- Marcuś pomęcz swoją moc - powiedział fiołkowooki do mężczyzny. - Hej. Nic ci nie zrobimy. Jesteśmy przyjaciółmi Astrela. Nazywam się Cassio.
Jasnowłosy utkwił we mnie niepewne spojrzenie. Z delikatnym uśmiechem usiadłem obok niego, nie oczekując, że ten przysunie się bliżej mnie. Objąłem go, czując się winnym tego co mu się stało. Musnąłem ustami jego skroń, na co ten minimalnie się rozluźnił.
- Nicolas... - odpowiedział cicho chłopak, patrząc czujnie na fiołkowookiego. Poczułem jak Marcus wysłał w naszą stronę swoją cząstkę mocy, by uspokoić jasnowłosego. Ten wpatrywał się w niego jak zaczarowany, dopiero po chwili pokręcił głową i zerknął na mnie z niezrozumieniem w oczach. Posłałem mu pokrzepiający uśmiech, otwierając maść i starając się jak najdelikatniej wetrzeć ją w siny ślad na jego twarzy.
Po długich namowach Marcusa zgodziłem się w końcu pójść na obiad do jadalni. Udało mi się cudem uniknąć śniadania jednak już czułem, że matka nie jest zbyt zadowolona z tego. Wchodząc do pomieszczenia poczułem się jak zwierzę zamknięte w klatce. Bardzo ciasnej klatce. Z kolcami. Powoli usiadłem jak najdalej ojca który od samego początku wbijał we mnie wzrok. Choć utrzymywałem na twarzy maskę obojętności bałem się, że wszystkie emocje są widoczne w oczach. Na chrząknięcie ojca prawie podskoczyłem. Cisza w jadalni nie pomagała. W dodatku utkwione we mnie spojrzenia różnych lordów i generałów.
- Chciałbyś może mi o czymś powiedzieć? - głos ojca ociekał wściekłością. Spojrzałem na niego zabezpieczając swój umysł.
- Nie - odparłem stanowczym głosem.
- Astrel nie pogrywaj ze mną - podniósł ton głosu próbując chyba na mnie wywrzeć wrażenie. - Nie będę pozwalał na twoje ubzdurane wybryki w tym zamku. Carrlo przez ciebie prawie zginął. Zaatakowałeś go bezpodstawnie. Spójrz na mnie szczeniaku! - krzyknął, wstając i uderzając pięścią w stół.
- Za to co zrobił miałem pełne prawo go zabić. - odparłem wciąż nie nawiązując z nim kontaktu wzrokowego.
- Dziecku została odebrana zabawka? - jego krótkie parskniecie było dość przerażające. - Mam ci przypomnieć co się stało z tą twoją przyjaciółeczką?
Zacisnąłem szczęki, wstając i spoglądając na wściekłego mężczyznę. Jego płonące furią spojrzenie wydawało się mnie przeszywać i obmyślać najboleśniejszą karę za mój wybryk. Opanowując swoje emocje, posłałem mu kpiące spojrzenie. Zostało mi tylko udawać aroganckiego panicza, który pogardza wszystkim i wszystkimi.
- Nie mam zamiaru dzielić się swoim żywicielem z hołotom. Skoro ty nie musisz się swoim dzielić, a jest możliwość zaklepania sobie jednego z nich to czemu nie? Carrlo w dość niesmaczny sposób, wykorzystał moją własność. Zareagowałem tak samo, jak ty byś zareagował na moim miejscu.
- Śmiesz oczerniać teraz Carrlo przed nami wszystkimi? Myślałem, że lepiej Cię wychowałem. - warknął. Czyli teraz próbował grać dobrego ojca przed wszystkimi lordami, a ze mnie zrobić bachora? Przewróciłem oczami, a z moich ust wydobył się pogardliwy śmiech. Ciemnowłosy posłał mi ostrzegawcze spojrzenie, które jakoś nie przekonało mnie, by potulnie udawać skruszonego księcia.
- Pewnie będziesz ubolewał całe dnie nad moim nagannym zachowaniem. - powiedziałem rozbawiony i odsuwając krzesło, skierowałem się do wyjścia.
- Wracaj tu Astrel, ja jeszcze nie skończyłem! - krzyknął, na co posłałem mu tylko uśmiech i wyszedłem z pomieszczenia. Wiedziałem, że sprowadziłem na Nico poważne kłopoty, bo to przez niego mój ojciec będzie chciał się zemścić. Skrzywiłem się, kierując do swojej sypialni, gdzie chłopak przebywał od wczoraj.
Jasnowłosy siedział skulony na fotelu, stojącym koło okna. Podniósł wzrok z nad czytanej książki, gdy tylko wszedłem do pomieszczenia, witając mnie delikatnym uśmiechem. Sinika na jego twarzy wydawał się bledszy, ale wciąż był widoczny. Chłopak wydawał się tak kruchy i łatwy do skrzywdzenia. Jedyną gwarancją jego bezpieczeństwa było... Ashidee.
- Nico, pojedziesz na wycieczkę do mojego... przyjaciela. - mruknąłem, podchodząc do biurka i wyciągając pergamin, by napisać list do Connora i osobny do jego ojca. Korzystając z pieczęci rodowej, która za czasów ojca się zmieniła, zamknąłem oba w podpisanych kopertach.
- Na wycieczkę? - spojrzał na mnie, opierając się o parapet.
- Popełniłem błąd... przez który ty jesteś zagrożony. Jeśli masz być bezpieczny musisz opuścić Xansoss. - wytłumaczyłem, podchodząc bliżej niego. Widziałem narastającą panikę w jego oczach i byłem pewien, że chłopak domyśla się o czym mówię. Pogładziłem jego policzek, nie wiedząc jak mogę go pocieszyć, gdy wręcz rozkazuję mu opuścić rodzinne miasto. Pochyliłem się w jego stronę, zatrzymując się parę milimetrów od jego warg i wpatrując się w jego oczy. - Pojedziesz do Ashidee, Nico. - szepnąłem, muskając jego usta w delikatnym pocałunku.
- Ashidee? Masz tam przyjaciela? - spytał cicho. Posłałem mu mały uśmiech, samemu zastanawiając się czy nie przeceniam znajomości z Connorem. Nie mniej mogłem mieć tylko nadzieje, że pomogą skrzywdzonemu człowiekowi.
- Tak, odprowadzę cię do granicy. Ubieraj się, wybierz sobie coś ciepłego z mojej szafy.
- Powiesz mi do kogo jadę? - otworzył szafę wpatrując się w dość dużą ilość ubrań.
- Do księcia Ashidee. - odparłem, zakładając pelerynę i chowając do niej listy. Przeszukałem szuflady i warknąłem, nie znajdując tego czego chciałem. Z westchnięciem odwróciłem się do Nicolasa, który wpatrywał się we mnie z niedowierzaniem.
- Żartujesz? - spytał, owijając się jedna z moich zimowych peleryn. Posłałem mu rozbawione spojrzenie, wyciągając do niego rękę i wraz z nim opuszczając sypialnie. Przemieszczając się korytarzami, którymi zazwyczaj chodziła służba zeszliśmy na niższe poziomy zamku, a następnie do stajni, gdzie przygotowałem swojego konia. Uśmiechnąłem się, patrząc jak Nico delikatnie gładzi jego czekoladową sierść.
- Wskakuj, mały.
- Nie jestem aż taki niski - prychnął całkiem jak kot. Zachichotałem, pomagając mu usiąść w siodle i wyprowadzając ze stajni. Wskoczyłem zaraz za nim, chwytając wodze i pośpieszając Shiro. Musiałem jechać bocznymi drogami, by wzbudzać jak najmniej zainteresowania. Nico z zainteresowaniem przyglądał się mijanemu krajobrazowi.
Gdy dotarliśmy do krawędzi lasu zaczynało się już ściemniać. Nie byłem przekonany do myśli, by Nicolas podróżował samotnie w nocy. Pośpieszyłem Shiro, pragnąc jak najszybciej pokonaj jak najdłuższy dystans. Zatrzymaliśmy się tylko na chwilę, bym mógł zabrać z chatki ukrytą tam sakiewkę z pieniędzmi, którą wręczyłem chłopakowi. Ten zasnął nim dotarliśmy do granic, co jeszcze bardziej komplikowało sprawę jego dalszej podróży. Pociągnąłem nosem po opuszczeniu lasu, próbując uchwycić jakiś zapach. Miałem szczerą nadzieję na jakiś strażników.
Poruszałem się główną drogą z niezadowoleniem, nie zauważając żadnej żywej duszy. Westchnąłem zrezygnowany, kierując się w stronę miasta. Zerknąłem na Nico, uśmiechając się delikatnie na spokój widoczny na jego twarzy. Uniosłem gwałtownie głowę, słysząc nadjeżdżających jeźdźców. Stanąłem w miejscu czekając. Gdy przede mną zatrzymała się trójka strażników prawie uśmiechnąłem się nie musząc dalej jechać.
- Książę Xansoss? - zauważyłem, że na czele stał starszy mężczyzna, który powitał mnie z moją pierwszą wizyta na zamku. Posłałem mu delikatny uśmiech, kiwając głową.
- Przepraszam, że tak bez uprzedzenia, ale to dość nagła sprawa. - wytłumaczyłem, potrząsając delikatnie Nico, którego platynowa czupryna rzucała się w oczy w ciemności. Chłopak zmarszczył nos, przekręcając się delikatnie z niezadowoleniem. - Nico, otwórz oczka...
Chłopak ziewnął prostując się. Przetarł oczy dłonią, przyglądając się strażnikom.
- Coś się stało?
- Problemy. Muszę prosić, byś wziął ze sobą Nicolasa. Jest człowiekiem. - wytłumaczyłem i wyciągnąłem dwie koperty podając je mężczyźnie. Jasnowłosy chłopak patrzył to na mnie, to na obcych strażników, a w jego oczach błyszczała niepewność i strach. Objąłem go pocieszająco jednym ramieniem. - Listy są do księcia Connora i króla.
- Dobrze - westchnął strażnik, schodząc z konia i przyglądając się granatowookiemu. Ten nie wyglądał jakby miał zamiar zmienić miejsce. Nieufnie wpatrywał się w mężczyznę, który nie wykonał najmniejszego ruchu w jego stronę, jakby rozumiejąc jego zachowanie.
- Nico, proszę zaufaj im. Tu będziesz bezpieczniejszy niż w Xansoss. - szepnąłem mu do ucha.
- Ale odwiedzisz mnie? Nie zostawisz mnie tu?
- Gdy tylko będę mógł, wrócę po ciebie. - obiecałem, patrząc mu w oczy. Nico przytulił się do mnie, a następnie z pomocą strażnika wszedł na ciemno gniadego konia.
- Nazywam się Edward Vien.
Kiwnąłem głową, posyłając Nicolasowi pokrzepiające spojrzenie. Z cichym pożegnaniem zawróciłem, kierując się prosto na granice lasu. Czułem niechęć i obawę przed powrotem do zamku, wiedząc, że ojciec będzie jeszcze bardziej wściekły, a nie mając świadków jest skłonny do rękoczynów. Westchnąłem, dziecięcy strach przed ojcem rywalizował ze zmęczeniem, gdy popędziłem Shiro między drzewa.
- Czy ludzki księciuniu przypadł do twoich gustów, paniczu? Czy może ma za małe kompetencje do tego? Chociaż widząc twój wyraz twarzy śmiem stwierdzić, że jeszcze nie przedstawił ci swoich kompetencji - zakończył z uśmieszkiem na twarzy, a mnie świerzbiła ręka by mu go brutalnie zetrzeć. Nie byłem jakoś skory do żartów na ten temat.
- Odwiedzimy go prawda? Odwiedzimy Conniego?
-Jasne, smyku. - mruknąłem, nie do końca pewien swoich słów. Pociągnąłem za wodze i pokierowałem swojego konia w stronę drogi znikającej między drzewami lasu, który oddzielał oba królestwa. Droga zajęła nam dłużej niż ostatnio przez to że nie miałem ochoty się spieszyć do domu. Mijając pola Xansoss miałem ochotę się zatrzymać i położy na nienaruszonym puchu. Ale jestem Księciem i nie mogę, bo to poniżej mojej godności, pomyślałem z goryczą i pośpieszyłem swojego konia.
W mieście panował popołudniowy ruch, wszyscy zerkali na nas z ciekawością, kłaniając się, gdy rozpoznawali mnie i Olivera, który przysypiał oparty o mnie. Zignorowałem ich jak zawsze, nienawidząc tego szacunku, do kogoś kogo nawet nie znali osobiście. Nic nie zrobiłem dla nich by zasłużyć na takie zachowanie.
- Nie krzyw się tak książę, bo ci zostanie - usłyszałem głos mężczyzny. Zerknąłem na Charliego, który posyłał mi pocieszające spojrzenie. Westchnąłem, zdobywając się na sztuczny uśmiech, który miejmy nadzieje nie wyglądał jak kolejny grymas.
- Już wiadomo czemu mój ojciec ma taki niezadowolony wyraz twarzy przez cały czas.
Charlie zaśmiał sie na co Olie uśmiechnął się.
- Tata ma zawsze krzywy wyraz twarzy - powiedział chłopczyk, próbując naśladować mimikę naszego ojca. Zachichotałem, mijając strażników stojących przy bramie, która oddzielała miasto i główny dziedziniec zamku.
Gdy tylko zeszliśmy z koni przy ogromnych, drewnianych drzwiach pojawiła się kobieta z zimowej pelerynie i długiej, ciemno zielonej sukni.
- Astrel! Oliver! - posłała nam matczyny uśmiech. Jej lekko kręcone włosy luźno opadały na jej plecy, okalając jej twarz delikatnymi lokami. Uśmiechnąłem się, patrząc w jej bursztynowe oczy, gdy ta ściskała blondyna, który z szerokim uśmiechem wtulił się w matkę. - I jak tam słoneczka moje było w Ashidee? - spojrzała na nas.
Oliver od razu zaczął mówić wszystko co mu ślina przyniosła na język. Uśmiechnąłem się z rozbawieniem, całując matkę w policzek. Kobieta chwyciła moją dłoń i wręcz siłą zatrzymała w miejscu, najwyraźniej wiedząc, że zamierzam gdzieś zniknąć. Pokręciłem głową z rozbawieniem. Jasnooka zaprowadziła nas w stronę jednego ze swoich saloników, wciąż słuchając relacji młodszego syna. Rozejrzałem się po pomieszczeniu i z przyzwyczajenia rozpaliłem w kominku nim zrobił to któryś ze służących.
- ...no i Astrel polubił Conniego... Bardzo! - uśmiechnął się blondynek, na co spojrzałem na niego zaskoczony. Matczyne spojrzenie od razu z radosnymi iskierkami spoczęło na mnie. Czułem się jak mały chłopiec, który coś przeskrobał, a ona się tylko w ciszy czeka aż pęknę i wszystko jej wyśpiewam.
- Przesadza. - odparłem w swojej obronie, ku oburzeniu Olivera. Najwyraźniej nie podobało mu się, że zarzucam mu kłamstwo.
- Mamo to prawda - powiedział chłopiec, kładąc swoje dłonie na biodrach. - On kłamie, a sam by się popłakał, gdy żegnał Conniego...
- To ja wiem kto kłamie, młody. I jeśli dobrze pamiętam to ty byłeś na skraju płaczu. - odparłem, patrząc na niego i chcąc zakończyć ten temat.
- Mam dziesięć lat! - pisnął w swojej obronie.
- To nic nie tłumaczy...
- Chłopcy. - nagana w głosie matki była łatwa do wychwycenia. Uniosłem dłonie, odchylając się na fotelu i zerkając na obrażonego Olivera, który usiadł obok niej na sofie. Kobieta objęła go delikatnie, gładząc jego ramię. Jej spojrzenie jednak cały czas skanowało moją osobę. Posłała mi mały uśmiech, a w jej oczach błysnęła złośliwość. - Jestem waszą matką i wiem, gdy coś się dzieje z uczuciami, któregoś z was.
- Nic się z moimi uczuciami nie dzieje, mamo - mruknąłem, czując, że zaraz stracę moje całkowite opanowanie i zacznę się rumienić jak głupi. Wejście służki z tacą, na której leżał talerzyk ciasteczek i dzbanek z herbatą. Kobieta w ciszy podała każdemu z nas pełną filiżankę, a następnie z dygnięciem wyszła z pomieszczenia. Uśmiechnąłem się delikatnie, czując delikatny zapach mojej ulubionej herbaty.
- Mów sobie co chcesz mój drogi, a ja i tak wiem swoje.
Wywróciłem oczami, na co mama szczypnęła mój policzek mocą. Na ten gest prawie wylałem sobie herbatę na kolana. Spojrzałem na nią, powstrzymując się od wyrzucenia z siebie paru bardzo dosadnych słów. Kobieta może i była niezwykle szczupła i wyglądała jakby najmniejszy powiew wiatru mógłby jej zrobić krzywdę, ale potrafiła o siebie zadbać i w dość mało subtelny sposób postawić na swoim. Wiedziałem, że próba przeklinania przy niej skończyłaby się dość boleśnie dla mnie.
- A jak sprawa, po którą tam pojechaliście? - spytała, przerywając ciszę.
- Do zatwierdzenia przez ojca. Jeśli on podpisze, to wszystko będzie już gotowe do wprowadzenia w życie.
- Gratuluje. - uśmiechnęła się. Kiwnąłem głową, upijając łyk herbaty. Miałem nadzieje, że nie będzie problemów z zakończeniem sprawy sojuszu. Im szybciej zostanie uznany przez nas, tym łatwiej będzie wprowadzać pewne zmiany. - Ojciec teraz jest zajęty rozmową z jakimś człowiekiem, więc mu nie przeszkadzaj. Myślę, że po kolacji możesz z nim o tym porozmawiać.
- I popsuć sobie humor przed snem? - mruknąłem, kobieta posłała mi pełne nagany spojrzenie. Nie próbowałem nawet udawać skruszonego swoimi słowami. Wraz z jasnooką po prostu przemilczeliśmy to, by nie zaczynać kolejny raz burzliwej rozmowy o ojcu.
* * *
Kopnąłem Cassio, szybko odskakując przed ostrzem Ian'a. Obaj współpracowali ze sobą najwyraźniej chcąc mi zrobić dość poważną krzywdę. Fiołkowe oczy, bruneta radośnie się iskrzyły pomimo krwawej smugi na policzku. Kucnąłem szybko unikając rzuconego we mnie sztyletu.
- Chcesz wydłubać moje piękne oczka? - spytałem, uderzając Cas'a w brzuch. Mężczyzna zaśmiał się, próbując podciąć mi nogi. Gdy podskoczyłem, by tego uniknąć poczułem bolesne kopnięcie, które posłało mnie prosto na ścianę. Z ciężkim oddechem, spróbowałem usiąść prosto i zignorować ból głowy i stróżkę krwi spływającą ze skroni.
- Ian, ty brutalu - fiołkowooki uderzył w głowę mężczyznę, podchodząc do mnie. - Żyjesz? A może mam ci już wybrać ładną trumnę?
- Jestem za wspaniały, by tak szybko umierać. - oznajmiłem, ciągnąc go w dół. Przycisnąłem go do podłogi, w ostatniej chwyciłem jego własny sztylet przyciskając go do jego szyi.
- I tak się traktuje miłe osoby?! - lamentował. Posłałem mu delikatny uśmiech, opierając się o niego, gdy zakręciło mi się w głowie. Mogłem jakoś za amortyzować to uderzenie w ścianę głową. Wziąłem parę głębokich oddechów.
- Nic ci nie zrobiłem... - mruknąłem w jego klatkę piersiową.
- Mdlejesz? - poczułem dźgnięcie palcem między moje żebra. Spojrzałem pół przytomnie na Ian'a. Czerwonowłosy wydawał się zmartwiony, w czasie gdy Cas usiadł, obejmując mnie, gdy się zachwiałem.
- Następnym razem omijam ściany.
- Następnym razem wstawiamy coś miękkiego na ściany - powiedział Ian. Kiwnąłem głową i syknąłem na Cassio, który ścierając z mojej twarzy krew, podrażnił rankę, która powstała po uderzeniu. Mężczyzna nie wydawał się jednak przejęty moim niezadowoleniem.
- Twoja koszula trochę ucierpiała - powiedział ciemnowłosy. Zerknąłem na materiał, który teraz był marną imitacją ubrania. Westchnąłem, przytulając się do Cassio, który zachichotał, gdy dmuchnąłem w jego szyje. Uśmiechnąłem się blado na to zachowanie. - Słyszałem, że byłeś u naszych drogich sąsiadów. Jak tam w zamku Ashidee?
- Tak samo jak tu, tylko bardziej ludzko. - odparłem, kąsając lekko jego szyje na co podskoczył z jakże męskim piskiem. Odchyliłem się z szerokim uśmiechem, słysząc w tle śmiech Ian'a.
- Ktoś warty uwagi? - spytał czerwonowłosy. Zrobiłem zamyśloną minę, bawiąc się przydługimi kosmykami włosów Cassio.
- Mojej uwagi czy twojej? - zapytałem, odchylając się do tyłu, by spojrzeć na Ian'a. Mężczyzna opierał się o ścianę z rozbawieniem w błękitnych oczach.
- Obojętnie - powiedział.
- Tak, jest tam osoba warta uwagi.
Na usta mężczyzn pojawiły się takie same uśmiechy. We dwoje wyglądali na śmiertelny duet. Nie chciał bym być ich wrogiem.
- Opowiadaj - powiedział czerwonowłosy, siadając obok nas. Spojrzałem to na jednego to na drugiego, prawie wybuchając śmiechem na ciekawość, która od nich promieniowała. Nie wiedziałem ile im powiedzieć, by nie pomyśleli sobie za dużo.
- Myślę o osobie, która jest prowodyrem sojuszu między Xansoss, a Ashidee. - powiedziałem z delikatnym uśmiechem. Ian zmarszczył brwi i wymienił spojrzenia z Cassio.
- Czy ty mówisz o księciu Ashidee?
- Nasze mroczne książątko zainteresowało się człowiekiem! - fiołkowe oczy mojego przyjaciela błyszczały radośnie, gdy wpatrywał się we mnie z wyczekiwaniem, jakby oczekiwał opisu jakiejś szalonej przygody.
- Jedyny normalny i skory do rozmowy ze mną - powiedziałem. Mężczyźni zaczęli się śmiać, na co pokręciłem rozbawiony głową. Jako, że czułem się już lepiej wstałem i przeciągnąłem się. Wciąż odczuwałem skutki uderzenia w ścianę, ale najwyraźniej regeneracja powoli sobie z tym radziła.
- Nie miałeś iść do Pana wspaniałego władcy? - spojrzałem na Cassio. Ten to czasami wiedział więcej niż by ktoś pomyślał. Fiołkowooki nie raz okazywał się skarbnicą informacji. Westchnąłem na samą myśl, by spotkać się z ojcem.
- Cassio, może zabierzesz mnie na jedną z tych swoich wycieczek? Byle z dala od mojego ojca.
- Na razie nic nie szykuje specjalnego. Może gdy skończą się mrozy wymyślę coś ciekawego. Ian chętny jak zawsze?
Czerwonowłosy skinął głową z szerokim uśmiechem na ustach. Oni obaj uwielbiali swoje podróże, aż ciekawiło mnie co się podczas nich działo. Zazwyczaj porzucałem myśl o udziale w tego typu wyprawach, ale coraz bardziej mnie do tego ciągnęło. Oprócz obawy o Olivera, nic mnie nie trzymało w Xansoss. Ojciec jasno się wyraził, że nie przejmę władzy dopóki on będzie wśród żywych. Z jednej strony byłem z tego zadowolony. Miałem spokój, nie musiałem się przejmować bzdurami koronacji. Z drugiej strony mój ojciec nie zasługiwał na tron. Był tyranem. Chciałbym pomóc poddanym.
Mam nadzieje, że ten sojusz przyczyni się do zmiany na lepsze. Nie obraziłbym się nawet, gdyby mój ojciec nagle doznał olśnienia i stał się mniej egoistycznym władcą. To była jedyna forma pomocy jaką mogłem zaoferować ludziom, próba sojuszu i rozluźnienie praw, które panowały w Xansoss.
Czerwonowłosy pstryknął mnie palcami w nos, na co odskoczyłem zaskoczony. Spojrzałem na obu nieprzytomnym wzrokiem, tak się zamyśliłem, że nie miałem pojęcia czy o coś mnie pytali, czy na jaki temat zeszła ich rozmowa.
- Pełen uroku... - wymamrotał Ian. Posłałem mu oburzone spojrzenie, ignorując podśmiewającego się fiołkowookiego. W końcu ruszyłem do mahoniowych drzwi żegnając się z Cassio i Ianem. I czując się jakbym szedł na ścięcie, skierowałem się korytarzami do gabinetu ojca. Strażnik stojący przed nim skinął mi głową i cicho pukając, otworzył mi drzwi.
- Jak ty się prezentujesz, synu...
- Nie miałem czasu się przebrać. - mruknąłem, wzruszając ramionami i siadając na fotelu stojącym przed biurkiem.
- Kiedy wróciłeś? - spytał, wracając wzrokiem do książki, którą czytał popijając herbatą. Przewróciłem oczami na tą jawną ignorancję. Rozejrzałem się po pomieszczeniu, szukając możliwych zmian.
- W porze obiadowej, miałeś ponoć ważne spotkanie, więc kazano mi poczekać do kolacji.
Kiwnął spokojnie głową z cichym pomrukiem. Spojrzał na mnie nagle jakby przypominając sobie po co w ogóle tu przyszedłem.
- Jak sprawy tego sojuszu? - prawie wypluł to pytanie. Czasami nie miałem pojęcia co nim kieruje. Powstrzymałem się od skrzywienia, które sprawiło by że mielibyśmy podobne wyrazy twarzy, z dwojga innych powodów. Spojrzenie mężczyzny wydawało się mnie prześwietlać, zamknąłem swój umysł woląc, by nie odkrył nic z tego co wydarzyło się w Ashidee, oprócz paru suchych faktów.
- Brakuje tylko twojego podpisu.
- Masz przy sobie pergamin z tą umową? - jego ciemne oczy nadal spoglądały na mnie oceniająco. Pochyliłem się do przodu ze sztucznym uśmiechem i wyciągnąłem dłoń z elegancko złożonym pergaminem.
- Wstąpiłem po niego do pokoju. - położyłem dokument przed ojcem, wstając. - W razie problemów, przyślij po mnie czy coś.
- Wątpię bym potrzebował twojej pomocy w złożeniu podpisu - powiedział, biorąc do rąk pergamin. Ugryzłem się w język, żeby mu nie dogryźć. Z zaciśniętymi wargami skinąłem głową i skierowałem się do wyjścia. W małym proteście do traktowania mnie w taki sposób, trzasnąłem drzwiami gabinetu.
Szybkim krokiem pełnym wściekłości na głupotę ojca szedłem prosto do swojego azylu. Jednej z zapomnianych wież tego zamku. Lubiłem tam przebywać, wiedząc, że nikt nie miał pojęcia gdzie się ukryłem. Klnąc w myślach na króla, nie zauważyłem samotnej postaci, która stała tyłem do mnie. Dopiero gdy prawie upadliśmy, spojrzałem na zaskoczonego i lekko przerażonego chłopaka.
- Pan... Astel... - ciemno błękitne tęczówki błysnęły, a w moje oczy rzucił się fioletowy siniak. Syknąłem, czując jeszcze większą wściekłość. Ktoś śmiał zranić moją własność.
- Kto ci to zrobił? - spytałem, dotykając delikatnie jego policzka. Chłopak zbladł na to jedno pytanie i pokręcił gwałtownie głową. Widziałem jak w jego oczach pojawia się strach.
- To nic. Zasłużyłem...
- To ja o tym zadecyduje. - warknąłem, obnażając kły. Widząc jednak jeszcze większe przerażenie na twarzy chłopaka, wziąłem uspokajające wdechy. - Kto ci to zrobił...?
- Nicolas - powiedział nieśmiało.
- Więc Nico, kto ci to zrobił?
Jasnowłosy chłopak odsunął się ode mnie, podnosząc dłoń do zapewne bolącego miejsca. Przyglądałem mu się, czekając na jego odpowiedź. Ten jednak nie wydawał się zbyt chętny do wydania swojego kata. Westchnąłem, chwytając jego podbródek, by spojrzał mi prosto w oczy.
- Kto to zrobił? - zapytałem spokojnym głosem, patrząc jak opór chłopaka słabnie i poddaje się mojej mocy.
- Nadworny archiwista... - powiedział cicho. Człowiek ojca, oczywiście. Są przyzwyczajeni, że biorą co chcą i kiedy chcą, bez względu na wszystko, czując się bezkarnym przez współpracę z królem. Pociągnąłem chłopaka za sobą, zmieniając kierunek swojej wcześniejszej wędrówki, na zamkowe archiwum. Byłem wściekły i zamierzałem dobitnie uświadomić mężczyznę jak i potencjalnych oprawców, że to co uznałem za moje, jest tylko i wyłącznie moją własnością.
Poczułem jak ciało chłopaka zaczyna stawiać mi opór. Spojrzałem na niego i zobaczyłem panikę w oczach. Staliśmy już przed drzwiami do archiwum.
- Ja nie chcę tam iść... - szarpnął dłoń z mojego uścisku. Zatrzymałem się, nie wiedząc co zrobić. Może to i lepiej, że nie zobaczy tego co zrobię. Uśmiechnąłem się delikatnie gładząc dłoń Nico i przywołując najbliższego strażnika.
- Odprowadź go do mojej komnaty. Jeśli coś mu się stanie, przypłacisz to życiem. Jasne?
- Dobrze, panie - powiedział i razem z chłopakiem ruszyli przez korytarz do wskazanego przeze mnie miejsca. Wpatrywałem się w nich do momentu aż nie zniknęli mi z oczu. Pozwalając wściekłości mnie prowadzić otworzyłem drzwi schodząc schodkami na niższe poziomy zamku, prosto do archiwum.
Przeszedłem między regałami pełnymi papierów i różnych zwojów, prosto do oświetlonego miejsca, gdzie przy biurkach siedziała siódemka mężczyzn. Wszyscy podnieśli wzrok, gdy stanąłem za jednym z nich, wpatrując się morderczo w resztę.
- Carrlo, chyba musimy porozmawiać... na osobności. - końcówkę zdania podkreśliłem ukazując kły. Jego towarzysze jak jedne mąż wstali i pędem opuścili pomieszczenie. Uśmiechnąłem się z zadowoleniem, odwracając siwowłosego wampira w swoją stronę.
- O czym chciałeś tak pilnie porozmawiać Astrel? - spojrzał na mnie, a jego maska obojętności jeszcze bardziej mnie napędziła do zrobienia mu krzywdy. Podniosłem go do pionu, rzucając nim o ścianę. Mężczyzna z jękiem osunął się na podłogę, z uczuciem satysfakcji podszedłem do niego, kucając, by spojrzeć mu prosto w oczy.
- Nie przypominam sobie byśmy byli na "ty".
- Na nic więcej nie zasługujesz - prychnął. Posłałem mu obojętne spojrzenie, jeśli myślał, że te słowa wytrącą mnie z równowagi to był głupcem. Nie był pierwszą osobą, która słowami próbowała kupić sobie wygraną. Wpatrywałem się w jego tęczówki, powoli wkradając się do jego umysłu. Było do przewidzenia, że był pewny siebie ze względu na mojego ojca. Bez problemu dostałem się do jego wspomnień i zacząłem je przeszukiwać. Rozszerzyłem szeroko oczy na widok Nicolasa w głowie mężczyzny.
Poczekałem do końca tego okropnego widoku, czując budzącą się we mnie furię. Gdy zerwałem kontakt z umysłem mężczyzny, moja dłoń ścisnęła jego gardło przyciskając go do ściany. W jego nagle przerażonym spojrzeniu widziałem swoje własne odbicie. Wpatrywałem się w jego powoli siniejącą z braku powietrza twarz, czekając do ostatniej chwili, dopiero gdy prawie mdlał z braku tlenu puściłem go.
- Jak śmiałeś tknąć moją własność ty nic nie warty śmieciu? - syknąłem, nie powstrzymując swojej mocy od ujawnienia się. Wściekłość, którą czułem względem mężczyzny sprawiała, że zapominałem o zdrowym rozsądku, koncentrując się na myśli o zrobieniu mu jak największej krzywdy. Uderzyłem do z całej siły w klatkę piersiową. Słyszałem dźwięk łamanych kości i głośny krzyk mężczyzny. - Zabiłbym Cię teraz, jednak nie jestem potworem jak mój ojciec - warknąłem, dociskając butem twarz mężczyzny do podłogi.
- Jesteś nikim przy swoim ojcu... - wystękał z trudem. Uśmiechnąłem się z kipną, nie przejęty tym marnym przytykiem. Przewróciłem go na plecy, wyjmując ukryty wcześniej sztylet i opierając się kolanem o jego klatkę piersiową, pochyliłem się nad nim.
- Tknij jeszcze raz coś co do mnie należy, a zobaczymy jak pomysłowy potrafię być w mordowaniu istot prawie nieśmiertelnych. - powiedziałem ze spokojem, na koniec wbijając ostrze w jego ramię na co szarpnął się gwałtownie, a przez jego twarz przebiegł grymas bólu.
- I mam sobie odpuścić tą dziwkę? - powiedział z trudem spokojnie. Moje opanowanie poszło w niepamięć po tym jakże subtelnym komentarzu. Raz po raz okładałem mężczyznę po twarzy, nie przejmując się coraz większą ilością krwi. Szkarłatna mgiełka furii, przysłoniła mi rozsądek, chciałem jednego. Śmierci tego mężczyzny.
- Astrel. - silne ramiona odciągnęły mnie od ledwo oddychającego wampira. Warknąłem, odwracając głowę w stronę trzymających mnie przyjaciół. Szarpnąłem się wściekle, ale ci z trudem utrzymali mnie w miejscu.
- Puszczajcie mnie.
- Spokojnie Astrel - usłyszałem przy uchu głos Marcusa i poczułem jak cząstka jego mocy obejmuje mnie. Wbrew wszelkiej logice poczułem jak ogarnia mnie spokój, a cała wściekłość powoli znika, dając możliwość zastanowienia się czy aby na pewno dobrze postąpiłem. Wyrwałem się z ich uchwytu, kucając przy mężczyźnie, który wyglądał jakby umierał.
- Następnym razem umrzesz... Możesz trzymać mnie za słowo. - szepnąłem, przekręcając nóż i wyciągając go z razy, przy wtórze krzyku Carrlo. Posłałem mu ostatni zimny uśmiech, nim wstałem opuszczając pomieszczenie jakby nigdy nic się nie stało.
- Co zrobił, że zasłużył na taki los z twoich rączek Asi? - obok mnie pojawił się Cassio. Zacisnąłem pięści, zerkając w jego fiołkowe oczy.
- Zgwałcił osobę należącą do mnie.
W oczach mojego przyjaciela ukazało się współczucie i smutek.
- Gdzie tak osóbka jest?
- Moje komnaty. - odparłem, kierując się na schody, które prowadził prosto na korytarz, na którym znajdowała się moja sypialnia. Obaj mężczyźni w ciszy podążali za mną. Spojrzałem na swoje zakrwawione dłonie i przód koszuli, która wyglądała teraz jakby ktoś obryzgał ją krwią. - Marco, masz coś na siniaki?
- Pewnie tak - odparł. - Przynieść?
- Proszę. - odparłem, ściągając koszulę i wycierając w nią dłonie. I tak szła do wyrzucenia, więc nie robiło to większej różnicy. Marcus kiwną spokojnie głową i skręcił w inny korytarz. Spojrzałem na zamyślonego Cassio i poczułem ogarniające mnie zwątpienie. - Źle postąpiłem?
- Trochę przesadziłeś - powiedział. - Z drugiej strony za jego czyn jest kara śmierci.
- Ujdzie mu to płazem, nikt się nawet nie dowie o tym występku, a ten śmieć będzie tu wciąż pracował. Tylko dlatego, że dla mojego ojca ludzie są tylko zabawkami, z którymi można robić co się chce. Pewnie nawet nie zwraca uwagi na takie sprawy. - łatwo było wychwycić złość w moim głosie. Wziąłem głęboki wdech, wbijając sobie paznokcie we wnętrze dłoni, by dzięki bólowi rozjaśnić swój umysł i odgonić wściekłość, która wciąż mi towarzyszyła. Po chwili dołączył do nas Marcus niosąc maść i koszule. Podał mi obie rzeczy.
Założyłem przydużą koszulę, nie kłopocząc się zapinaniem jej. Z zaskoczeniem zarejestrowałem, że strażnik, któremu wcześniej groziłem stoi przed moją sypialnią. Zamrugałem, nie wiedząc o co chodzi, ten skłonił mi się, patrząc z lekką niepewnością na moich przyjaciół.
- Panie, chłopak w pańskim pokoju. Nikt go nie niepokoił. - oznajmił. Kiwnąłem lekko nieprzytomnie głową, nie rozumiejąc czemu mężczyzna po prostu nie odszedł, gdy już zaprowadził Nico do mojego pokoju. Wzruszyłem ramionami, wchodząc do swojego pokoju. Na moim łóżku siedział chłopak, wyglądając jakby miał się zaraz rozpłakać. Spojrzał na mnie wielkimi oczami, a gdy jego wzrok zarejestrował też Cassio i Marcusa spiął się z przerażeniem wpatrując się w naszą trójkę.
- Marcuś pomęcz swoją moc - powiedział fiołkowooki do mężczyzny. - Hej. Nic ci nie zrobimy. Jesteśmy przyjaciółmi Astrela. Nazywam się Cassio.
Jasnowłosy utkwił we mnie niepewne spojrzenie. Z delikatnym uśmiechem usiadłem obok niego, nie oczekując, że ten przysunie się bliżej mnie. Objąłem go, czując się winnym tego co mu się stało. Musnąłem ustami jego skroń, na co ten minimalnie się rozluźnił.
- Nicolas... - odpowiedział cicho chłopak, patrząc czujnie na fiołkowookiego. Poczułem jak Marcus wysłał w naszą stronę swoją cząstkę mocy, by uspokoić jasnowłosego. Ten wpatrywał się w niego jak zaczarowany, dopiero po chwili pokręcił głową i zerknął na mnie z niezrozumieniem w oczach. Posłałem mu pokrzepiający uśmiech, otwierając maść i starając się jak najdelikatniej wetrzeć ją w siny ślad na jego twarzy.
* * *
Po długich namowach Marcusa zgodziłem się w końcu pójść na obiad do jadalni. Udało mi się cudem uniknąć śniadania jednak już czułem, że matka nie jest zbyt zadowolona z tego. Wchodząc do pomieszczenia poczułem się jak zwierzę zamknięte w klatce. Bardzo ciasnej klatce. Z kolcami. Powoli usiadłem jak najdalej ojca który od samego początku wbijał we mnie wzrok. Choć utrzymywałem na twarzy maskę obojętności bałem się, że wszystkie emocje są widoczne w oczach. Na chrząknięcie ojca prawie podskoczyłem. Cisza w jadalni nie pomagała. W dodatku utkwione we mnie spojrzenia różnych lordów i generałów.
- Chciałbyś może mi o czymś powiedzieć? - głos ojca ociekał wściekłością. Spojrzałem na niego zabezpieczając swój umysł.
- Nie - odparłem stanowczym głosem.
- Astrel nie pogrywaj ze mną - podniósł ton głosu próbując chyba na mnie wywrzeć wrażenie. - Nie będę pozwalał na twoje ubzdurane wybryki w tym zamku. Carrlo przez ciebie prawie zginął. Zaatakowałeś go bezpodstawnie. Spójrz na mnie szczeniaku! - krzyknął, wstając i uderzając pięścią w stół.
- Za to co zrobił miałem pełne prawo go zabić. - odparłem wciąż nie nawiązując z nim kontaktu wzrokowego.
- Dziecku została odebrana zabawka? - jego krótkie parskniecie było dość przerażające. - Mam ci przypomnieć co się stało z tą twoją przyjaciółeczką?
Zacisnąłem szczęki, wstając i spoglądając na wściekłego mężczyznę. Jego płonące furią spojrzenie wydawało się mnie przeszywać i obmyślać najboleśniejszą karę za mój wybryk. Opanowując swoje emocje, posłałem mu kpiące spojrzenie. Zostało mi tylko udawać aroganckiego panicza, który pogardza wszystkim i wszystkimi.
- Nie mam zamiaru dzielić się swoim żywicielem z hołotom. Skoro ty nie musisz się swoim dzielić, a jest możliwość zaklepania sobie jednego z nich to czemu nie? Carrlo w dość niesmaczny sposób, wykorzystał moją własność. Zareagowałem tak samo, jak ty byś zareagował na moim miejscu.
- Śmiesz oczerniać teraz Carrlo przed nami wszystkimi? Myślałem, że lepiej Cię wychowałem. - warknął. Czyli teraz próbował grać dobrego ojca przed wszystkimi lordami, a ze mnie zrobić bachora? Przewróciłem oczami, a z moich ust wydobył się pogardliwy śmiech. Ciemnowłosy posłał mi ostrzegawcze spojrzenie, które jakoś nie przekonało mnie, by potulnie udawać skruszonego księcia.
- Pewnie będziesz ubolewał całe dnie nad moim nagannym zachowaniem. - powiedziałem rozbawiony i odsuwając krzesło, skierowałem się do wyjścia.
- Wracaj tu Astrel, ja jeszcze nie skończyłem! - krzyknął, na co posłałem mu tylko uśmiech i wyszedłem z pomieszczenia. Wiedziałem, że sprowadziłem na Nico poważne kłopoty, bo to przez niego mój ojciec będzie chciał się zemścić. Skrzywiłem się, kierując do swojej sypialni, gdzie chłopak przebywał od wczoraj.
Jasnowłosy siedział skulony na fotelu, stojącym koło okna. Podniósł wzrok z nad czytanej książki, gdy tylko wszedłem do pomieszczenia, witając mnie delikatnym uśmiechem. Sinika na jego twarzy wydawał się bledszy, ale wciąż był widoczny. Chłopak wydawał się tak kruchy i łatwy do skrzywdzenia. Jedyną gwarancją jego bezpieczeństwa było... Ashidee.
- Nico, pojedziesz na wycieczkę do mojego... przyjaciela. - mruknąłem, podchodząc do biurka i wyciągając pergamin, by napisać list do Connora i osobny do jego ojca. Korzystając z pieczęci rodowej, która za czasów ojca się zmieniła, zamknąłem oba w podpisanych kopertach.
- Na wycieczkę? - spojrzał na mnie, opierając się o parapet.
- Popełniłem błąd... przez który ty jesteś zagrożony. Jeśli masz być bezpieczny musisz opuścić Xansoss. - wytłumaczyłem, podchodząc bliżej niego. Widziałem narastającą panikę w jego oczach i byłem pewien, że chłopak domyśla się o czym mówię. Pogładziłem jego policzek, nie wiedząc jak mogę go pocieszyć, gdy wręcz rozkazuję mu opuścić rodzinne miasto. Pochyliłem się w jego stronę, zatrzymując się parę milimetrów od jego warg i wpatrując się w jego oczy. - Pojedziesz do Ashidee, Nico. - szepnąłem, muskając jego usta w delikatnym pocałunku.
- Ashidee? Masz tam przyjaciela? - spytał cicho. Posłałem mu mały uśmiech, samemu zastanawiając się czy nie przeceniam znajomości z Connorem. Nie mniej mogłem mieć tylko nadzieje, że pomogą skrzywdzonemu człowiekowi.
- Tak, odprowadzę cię do granicy. Ubieraj się, wybierz sobie coś ciepłego z mojej szafy.
- Powiesz mi do kogo jadę? - otworzył szafę wpatrując się w dość dużą ilość ubrań.
- Do księcia Ashidee. - odparłem, zakładając pelerynę i chowając do niej listy. Przeszukałem szuflady i warknąłem, nie znajdując tego czego chciałem. Z westchnięciem odwróciłem się do Nicolasa, który wpatrywał się we mnie z niedowierzaniem.
- Żartujesz? - spytał, owijając się jedna z moich zimowych peleryn. Posłałem mu rozbawione spojrzenie, wyciągając do niego rękę i wraz z nim opuszczając sypialnie. Przemieszczając się korytarzami, którymi zazwyczaj chodziła służba zeszliśmy na niższe poziomy zamku, a następnie do stajni, gdzie przygotowałem swojego konia. Uśmiechnąłem się, patrząc jak Nico delikatnie gładzi jego czekoladową sierść.
- Wskakuj, mały.
- Nie jestem aż taki niski - prychnął całkiem jak kot. Zachichotałem, pomagając mu usiąść w siodle i wyprowadzając ze stajni. Wskoczyłem zaraz za nim, chwytając wodze i pośpieszając Shiro. Musiałem jechać bocznymi drogami, by wzbudzać jak najmniej zainteresowania. Nico z zainteresowaniem przyglądał się mijanemu krajobrazowi.
Gdy dotarliśmy do krawędzi lasu zaczynało się już ściemniać. Nie byłem przekonany do myśli, by Nicolas podróżował samotnie w nocy. Pośpieszyłem Shiro, pragnąc jak najszybciej pokonaj jak najdłuższy dystans. Zatrzymaliśmy się tylko na chwilę, bym mógł zabrać z chatki ukrytą tam sakiewkę z pieniędzmi, którą wręczyłem chłopakowi. Ten zasnął nim dotarliśmy do granic, co jeszcze bardziej komplikowało sprawę jego dalszej podróży. Pociągnąłem nosem po opuszczeniu lasu, próbując uchwycić jakiś zapach. Miałem szczerą nadzieję na jakiś strażników.
Poruszałem się główną drogą z niezadowoleniem, nie zauważając żadnej żywej duszy. Westchnąłem zrezygnowany, kierując się w stronę miasta. Zerknąłem na Nico, uśmiechając się delikatnie na spokój widoczny na jego twarzy. Uniosłem gwałtownie głowę, słysząc nadjeżdżających jeźdźców. Stanąłem w miejscu czekając. Gdy przede mną zatrzymała się trójka strażników prawie uśmiechnąłem się nie musząc dalej jechać.
- Książę Xansoss? - zauważyłem, że na czele stał starszy mężczyzna, który powitał mnie z moją pierwszą wizyta na zamku. Posłałem mu delikatny uśmiech, kiwając głową.
- Przepraszam, że tak bez uprzedzenia, ale to dość nagła sprawa. - wytłumaczyłem, potrząsając delikatnie Nico, którego platynowa czupryna rzucała się w oczy w ciemności. Chłopak zmarszczył nos, przekręcając się delikatnie z niezadowoleniem. - Nico, otwórz oczka...
Chłopak ziewnął prostując się. Przetarł oczy dłonią, przyglądając się strażnikom.
- Coś się stało?
- Problemy. Muszę prosić, byś wziął ze sobą Nicolasa. Jest człowiekiem. - wytłumaczyłem i wyciągnąłem dwie koperty podając je mężczyźnie. Jasnowłosy chłopak patrzył to na mnie, to na obcych strażników, a w jego oczach błyszczała niepewność i strach. Objąłem go pocieszająco jednym ramieniem. - Listy są do księcia Connora i króla.
- Dobrze - westchnął strażnik, schodząc z konia i przyglądając się granatowookiemu. Ten nie wyglądał jakby miał zamiar zmienić miejsce. Nieufnie wpatrywał się w mężczyznę, który nie wykonał najmniejszego ruchu w jego stronę, jakby rozumiejąc jego zachowanie.
- Nico, proszę zaufaj im. Tu będziesz bezpieczniejszy niż w Xansoss. - szepnąłem mu do ucha.
- Ale odwiedzisz mnie? Nie zostawisz mnie tu?
- Gdy tylko będę mógł, wrócę po ciebie. - obiecałem, patrząc mu w oczy. Nico przytulił się do mnie, a następnie z pomocą strażnika wszedł na ciemno gniadego konia.
- Nazywam się Edward Vien.
Kiwnąłem głową, posyłając Nicolasowi pokrzepiające spojrzenie. Z cichym pożegnaniem zawróciłem, kierując się prosto na granice lasu. Czułem niechęć i obawę przed powrotem do zamku, wiedząc, że ojciec będzie jeszcze bardziej wściekły, a nie mając świadków jest skłonny do rękoczynów. Westchnąłem, dziecięcy strach przed ojcem rywalizował ze zmęczeniem, gdy popędziłem Shiro między drzewa.
*******************************************************
[poprawione i zmienione]