niedziela, 22 stycznia 2017

Rozdział 4

ASTERL

Obróciłem kopertę w dłoni, patrząc na chłopaka w zastanawianiu. Czy naprawdę wierzył, że ten sojusz jest dobrą drogą? Cała jego postawa i spojrzenie wyrażało determinacje, nie wątpiłem, że jeśli ja nie wziąłbym listu to on byłby gotowy zanieść go i własnoręcznie wręczyć mojemu ojcu. Ciekawy człowiek, pomyślałem z delikatnym uśmiechem.

- Dobrze. Przekażę mu ten list.

Niebieskooki uśmiechnął się, a jego oczy błysnęły nadzieją.

- Do zobaczenia Astrel - powiedział, odpychając się delikatnie od ściany i kierując się w stronę drzwi. - Myślę, że szybko się znów zobaczymy.

- Żebyś się nie zdziwił, księżniczko... - mruknąłem, patrząc jak znika za drzwiami, a następnie odjeżdża na swoim koniu. Odsunąłem się od okna, patrząc ponownie na kremową kopertę z pieczęcią królestwa Ashidee i jego władcy. Pokręciłem głową, sojusz z nimi był czymś nierealnym jeśli brało się pod uwagę historię obu rodzin królewskich i nienawiść między nimi. Ojciec był zbyt dumny, by pierwszemu wyciągnąć dłoń, zastanawiałem się jak się to wszystko rozegra.

Czas na zmiany...

* * *

Przekroczyłem bramę oddzielającą podzamcze i tereny, na których mieszkali bogaci obywatele. Spojrzałem na strażników stojących tu na straży, ci kiwnęli mi głowami, by następnie zignorować. Z maską obojętności spojrzałem na widoczny już stąd zarys zamku z jasnoszarych kamieni. Wyglądał przepięknie na tle popołudniowego nieba, rozjaśniany promieniami słońca. Prawdziwa siedziba godna króla, zasadniczym pytaniem było czy władca był godny. Westchnąłem, kierując się prosto w stronę zamczyska. Ignorując pozdrawiających mnie ludzi i wampiry.

Chciałem jak najszybciej dostarczyć ojcu kopertę i oddalić się, by przypadkiem nie być ofiarą jego furii. Wolałem w takich sytuacjach być poza jego zasięgiem, by nie stracić przypadkiem, którejś części ciała.

Wspiąłem się po schodach, prowadzących do masywnych drzwi wejściowych, które otworzyłem jednym pchnięciem. Strażnicy na mój widok drgnęli, prawie się uśmiechnąłem. Zapewne myśleli, że jak zawsze wrócę dopiero w nocy, a tu takie zaskoczenie ich książę powrócił w świetle dziennym. Skierowałem swoje kroki do części zamku, w której spędzał czas mój ojciec. Pełno tam było sal z bronią, pomieszczeń do obrad i przesłuchań. Łatwo było stamtąd przejść do zachodniego skrzydła, w którym znajdowały się kwatery służy oraz pokoje gościnne od lat stojące puste.
Zapukałem w ciemne drzwi gabinetu i nie czekając na zaproszenie wszedłem do środka. Rozejrzałem się czujnie, ale w starym pomieszczeniu oprócz mojego ojca nie było nikogo. Mężczyzna podniósł na mnie swoje ciemne oczy, patrząc na mnie z naganą, gdy stanąłem przed nim. Wyciągnąłem zza pazuchy kopertę i pokazałem mu ją, następnie kładąc ją przed nim. Mroczne spojrzenie przeniosło się z mojej osoby, na nią. Dopiero po chwili podniósł ją, obracając w dłoniach. Zatrzymał się z zaskoczeniem, patrząc na pieczęć. Uniósł głowę i spojrzał na mnie ostrym wzrokiem.

- Skąd to masz?

- Spotkałem posłańca w lesie i z dobroci serca go wyręczyłem. - odparłem z łatwością kłamiąc. Moje własne kłamstwo zakuło mnie w uszy, ale po minie ojca widać było, że mi uwierzył. Posłał mi złośliwe spojrzenie wraz z uśmiechem, który przypominał w jego wykonaniu grymas złości.
Przyglądałem się mu starając się odczytać co mu siedzi w głowie, ten za to wpatrywał się w kremową kopertę ze szkarłatną pieczęcią, jakby ta miała go zaraz zaatakować. Wiedziałem, że nie otworzy jej przy mnie, ponieważ on nie ufał nikomu, nawet własnemu synowi. Wolał utrzymywać takie rzeczy w tajemnicy w obawie, że ktoś może wykorzystać jakiś strzępek informacji przeciw niemu.

 - Czytałeś? - parsknąłem śmiechem na to głupie pytanie. Jemu chyba jednak nie było do śmiechu, wpatrywał się we mnie najwyraźniej oczekując szybkiej odpowiedzi. Przewróciłem oczami, wskazując nienaruszoną woskową pieczęć.

- Nie ma pojęcia co zawiera ten list i szczerze mnie to nie obchodzi, w końcu to ty jesteś królem.

- Astrel, nie zaczynaj kłótni. - syknął, ukazując kły. W jego oczach irytacja mieszała się ze złością. Wpatrywałem się w niego nieprzejęty tym pokazem agresji. Myślał, że się przestraszę? Nie byłem już dzieckiem, by podniesiony głos i błyskanie uzębieniem, na mnie działało.

- Ja nic nie zaczynam, ojcze. - odparłem oficjalnie. Skinąłem mu głową i nim zdążył mnie zatrzymać opuściłem jego gabinet.

Zszedłem na niższe poziomy zamku, a bardziej do jego podziemi, gdzie oprócz lochów i sal tortur, które znajdowały się tu od zawsze, wybudowano również duże sale, gdzie przebywali strażnicy. Kiedyś były tam ich kwatery, teraz pokoje były zamknięte i prawie puste. Jako mały chłopiec uwielbiałem się tu zakradać i odkrywać nowe pomieszczenia. Parę razy przyłapano mnie co kończyło się karą i wściekłością mojego ojca. Nie umiał on jednak sprawić bym nie powtórzył tego typu występków. Byłem ciekawskim dzieckiem, niesłuchającym ciągłych monologów ojca na temat godnego zachowania. Teraz jednak nikt nie miał śmiałości zwrócić mi uwagę, że nie powinienem się zapuszczać w te rejony zamku.

Uśmiechnąłem się, widząc jasną czuprynę starszego ode mnie mężczyzny. Jego ruchy były szybkie i pełne precyzji. Każde cięcie ostrze miecz, wydawało się zostawiać w powietrzu smugę. Chwilę przyglądałem się mu, stojąc w wejściu. Patrzenie na Marcusa skupionego całkowicie na tym co robił było czymś fascynującym. Gdy otrząsnąłem się z tego oczarowania jego osobą, podszedłem bliżej i biorąc jeden z mieczy wiszących na ścianie, zaatakowałem go. Ten z łatwością uniknął cięcia i z uśmiechem zamachnął się na mnie ostrzem, przy okazji próbując podciąć mi nogi.

- Myślałem, że będziesz tam tylko stać i się do mnie ślinić.

- Śnij dalej, kochanie. - parsknąłem śmiechem, odskakując w tył. Sapnąłem, gdy mężczyzna uderzył mnie dłonią w szczękę. Skrzywiłem się, czując własną krew na wargach.

- Gdzie ostatnio zniknąłeś? Aż w moim serduszku pojawiło się coś na kształt zmartwienia. - uśmiechnął się wrednie. Uniosłem brew, schylając się, by nie stracić głowy. Marcus nie bawił się w delikatność, atakując z pełną mocą, jakby próbując mnie zabić. Uśmiechnąłem się, kopiąc go z całą siłą jaką mogłem w sobie znaleźć. Mężczyzna poleciał do tyłu, uderzając w ścianę, nie puszczając jednak broni i próbując mnie uderzyć pomimo małej rany na głowie.

- Marco, ty nie masz serca. Sam mi to powtarzasz. - powiedziałem z uśmiechem.

- No dobrze, załóżmy, że to serduszko to serco-podobne-coś - odpowiedział, wyciągając płynnym ruchem sztylet zza pasa i rzucając nim we mnie. Zaśmiałem się z jego słów, przy okazji cudem unikając ostrza, które mimo wszystko drasnęło moje udo. Spojrzałem na krew powoli wypływającą z rany, szarooki wykorzystał to podcinając mnie i przyciskając czubek miecza do mojej piersi.

- W lesie, byłem w naszej chatce.

- A cóż tam robiłeś książę? - pochylił się nade mną z uśmiechem. Spróbowałem się poruszyć, nie chcąc leżeć całkowicie odsłonięty, gdy wampir przyciskał broń do mojego ciała. Czułem się jak zagrożone zwierzę. Marcus jednak nie pozwolił mi na nic, naciskając mocniej, delikatnie nacinając moją skórę.

- Ratowałem niewinne istoty?

- To istnieją takie? - spojrzał na mnie. Udałem zastanowienie, nie miałem ochoty wspominać o młodym księciu Ashidee, szczególnie w obawie, że jakimś sposobem dotrze to do ojca. Mogłem być pewien, że on nie byłby szczęśliwy, że uratowałem człowiekowi życie.

- Zajączki? Te są chyba niewinne... - mruknąłem z delikatnym uśmiechem, na widok miny przyjaciela.

- Ale z ciebie żartowniś - pokręcił głową, puszczając mnie. Potarłem miejsce zranienia, czując mrowienie towarzyszące regeneracji. Usiadłem, następnie wstając. Starłem rękawem krew z ust, uśmiechając się delikatnie. Porcelanowo białą twarz Marcusa szpeciła teraz cienka stróżka krwi i zabarwione nią pasmo włosów. - Chodźmy krwawa księżniczko... Może na kawkę? I lody?

Przewróciłem oczami, idąc za nim. Humorki tego mężczyzny dorównywały moim. Raz mógł być bezwzględnym wojownikiem, a następnie wesołym chłopcem, rzucającym się na ulubione łakocie.
W kuchni unikając pytań, przeszliśmy na tyły pomieszczenia i spokojnie rozmawiając przygotowaliśmy sobie poczęstunek. Usiedliśmy przy małym stoliku koło okna wychodzącego na wschodni dziedziniec.

* * *

Poczułem jak materac na łóżku obok mnie ugina się. Cichy, dziecięcy głosik próbował mnie wyrwać ze snu. Odwróciłem się na drugi bok, zatapiając się w poduszkach. Zmrużyłem oczy, słysząc obok ucha wołanie.

- Asi! - westchnąłem, otwierając oczy i przyglądając się chłopczykowi. - Wreszcie... Wstawaj...

Jego mała rączka cały czas poruszała moim ramieniem. Zamknąłem z powrotem oczy, chcąc wrócić do spokojnego snu.

- Daj mi spać diabełku - wymamrotałem, przytulając się do jednej z poduszek. - Pomęcz Marcusa.

Usłyszałem ciche narzekanie Olivera. Mały wydawał się nieszczęśliwy, że go ignoruje i odprawiam. Uszczypnął mnie w policzek na co podskoczyłem zaskoczony. Skrzywiłem się na pieczenie. Usiadłem w końcu na łóżku, patrząc ze złością na blondyna, który szczerzył się radośnie, oczywiście udając niewiniątko.

- Tata chce z tobą porozmawiać. Wyglądał na niezadowolonego - powiedział, kładąc się obok mnie.

- Oli on ma taki wyraz twarzy. Nic tego nie zmieni - odpowiedziałem przyciągając dziesięciolatka do siebie. Wbiłem delikatnie palce w jego brzuch, na co zaśmiał się głośno. - Co ty na to byśmy później potrenowali?

Chłopczyk radośnie pokiwał główką, uśmiechając się.

-Marcuś pokazał mi fajną sztuczkę! Nauczę cię! -oznajmił entuzjastycznie. Jego dwu kolorowe oczka zamigotały radością. Rozkopałem jego i tak sterczące, blond włosy. Był on moim małym promyczkiem szczęścia w tym ponurym zamku. Martwiłem się o niego. Nie chciałem by ojciec zranił go tak jak mnie w dzieciństwie. Starałem się trzymać Olivera jak najdalej od niego.

Posłałem mu lekki uśmiech wstając razem z nim.

- Później Oli pokażesz mi ją, a teraz twój braciszek musi zmierzyć się z niezadowoleniem ojca. - powiedziałem, przeciągając się. Założyłem na siebie czarne, dopasowane spodnie oraz białą koszulę. Posłałem chłopczykowi uśmiech i wyszedłem z sypialni.

Blondynek dotrzymywał mi towarzystwa aż do drzwi gabinetu ojca, następnie pobiegł w jedynie jemu znane miejsce. Uśmiechnąłem się, patrząc na jego znikającą na końcu korytarza sylwetkę malca. Podskoczyłem nerwowo, czując czyjąś dłoń na ramieniu. Odwróciłem się gwałtownie przypierając tą osobę do ściany. Nie łatwo było zaskoczyć wampira, trzeba było być niezwykle sprytnym i wyszkolonym, by w taki sposób podkraść się i nie zostać przyłapanym aż do momentu, w którym się nie ujawni. Spojrzałem z irytacją na szczerzącego się radośnie Marcusa.

- Idioto, nie mam czasu na twoje zabawy. - syknąłem, zerkając na strażnika przy drzwiach gabinetu. Nigdy nie czułem się tu swobodnie wiedząc z jaką lojalnością niektórzy służą ojcu.

- Trochę rozrywki ci nie zaszkodzi - uśmiechnął się. - Poczekam na ciebie.

Warknąłem ze złością, puszczając go i poprawiając swój strój. Zaciskając wargi w prostą linie, podszedłem i pukając wszedłem do środka. Starszy ode mnie mężczyzna siedział przy swoim uporządkowanym biurku, stukając piórem w pergamin. Po moim wejściu nie podniósł głowy, wciąż poświęcając swoją uwagę tekstowi przed sobą. Z cichym westchnieniem zająłem miejsce w fotelu przed nim, przyglądając się jego dumnej sylwetce i ostrym rysą twarzy. Miałem ochotę się skrzywić, gdy przypominałem sobie, że wyglądam podobnie.

Te same, wysokie kości policzkowe, które wręcz krzyczały o szlacheckim pochodzeniu. Prawie taka sama linia szczęki i ten sam kolor włosów; kruczoczarny. U niego pokryty już delikatną siwizną, a u mnie delikatnie kręcące się na końcach. Wolałem doszukiwać się w sobie podobieństwa do matki niż niego.

- Chciałeś mnie widzieć? - odezwałem się wreszcie, przerywając panującą między nami cisze. Dłoń zielonookiego zatrzymała się, a ten w końcu uniósł swój wzrok i zlustrował mnie spojrzeniem. Wydawał się coś analizować, po cichu zastanawiając się czy jestem godny poznania skrawka jego tajemnicy. Wpatrywałem się w niego z obojętnością, czekając.

- Inaczej by cię tu nie było. - powiedział, dopisując coś na pergaminie. Przewróciłem oczami, czekając aż wytłumaczy powód dla którego tu przybyłem. - Ci ludzie... - skrzywił się ze złości. - ... chcą sojuszu. Nathaniel i ten jego synalek...

- I w związku z tym? - zapytałem, nie mając pojęcia do czego dąży mój ojciec.

- Chcą byś ty przyjechał do Ashidee omówić warunki sojuszu. - powiedział, stukając palcami w biurko. - Cholerni, plugawi...

- Oszczędź mi kolejnego monologu o tym jak bardzo ludzie są kłamliwi, okropni i źli - przerwałem mu, na co spiorunował mnie wzrokiem. Nie przejęty tym, zerwałem kontakt wzrokowy, udając, że spoglądam na swoje dłonie. Byłem zaskoczony, że list wskazuje bezpośrednio na mnie, chociaż był to bezpieczny krok ze strony Connora. Uniosłem głowę, orientując się, że ojciec cały czas mi się przygląda. - Przyjmiesz ofertę czy wyślesz im odmowę?

- Ciekawi mnie ich przekupstwo, więc chcę to wykorzystać - powiedział. - Jednak mam zastrzeżenia byś ty tam akurat jechał.

- Miałbyś zastrzeżenia do każdego, ojcze. Masz jednak zapewne świadomość, że jestem jedną z niewielu osób, która będzie miała pewność co do ich intencji. - odparłem ze spokojem. Byłem zaciekawiony jakie to obiekcje przeciwko mnie ma, ale aktualnie wolałem nie drążyć tego tematu. Wolałem go powoli przekonywać, by mnie puścił. 

- Może masz rację... - mruknął pod nosem.

Spojrzałem się na niego zaskoczony, a na moje usta wpłynął uśmiech.

- Powtórzysz? Chyba się przesłyszałem.

- Nie pozwalaj sobie, dzieciaku. - warknął mężczyzna, wracając najwyraźniej do swojego starego "Ja". Nie sprawiło to jednak, że pozbył się mojego uśmiechu. Może jednak jest dla niego nadzieja? Nie oczekiwałem od niego wiele, ale mała, zauważalna zmiana w jego uosobieniu była by czymś przyjemnym dla wszystkich. Odgoniłem natrętne myśli i skupiłem się ponownie na naszej rozmowie.

- Wezmę ze sobą swoich stałych strażników. Wyruszymy jutro popołudniu do zmierzchu powinniśmy dotrzeć do Ashidee. Mogę także wziąć ze sobą Oliego...

- Nie pozwalam. A jak was zaatakują?

Czyżby odkrył co to znaczy 'martwić się'? Jeszcze parę takich wypowiedzi, a nie będę umiał na niego spojrzeć tak krytycznie jak do tej pory, pomyślałem. Nie sądziłem jednak, że zostaniemy zaatakowani, ludzie nie mogli być tak głupi, by myśleć, że dadzą nam radę. Zamyśliłem się nad tą kwestią i dopiero znaczące chrząknięcie, przywróciło mnie do rzeczywistości.

- Ryzyko ataku jest znikome, nie mniej chyba nie sądzisz, że dam go skrzywdzić zwykłym ludziom?

- A jeśli ci się nie uda? - spojrzał na mnie, a następnie na leżący pergamin na biurku. Warknąłem zirytowany, jak dla mnie większym zagrożeniem dla mojego małego diabełka był nasz ojciec niż ludzie.

- Jak się nie uda to ich krew zabarwi strumienie leśne szkarłatem.

- Może zostaniesz poetą? - na jego twarzy pojawił się uśmiech, który wyglądał jak grymas złości. Posłałem mu pełne kpiny spojrzenie.

- Bezpieczne dla ciebie, wtedy na pewno zapomnę o wciąż czekającej na mnie koronie.

- Nie zaczynaj znów - warknął. Wyprostowałem się na swoim miejscu, posyłając mu pogardliwe spojrzenie, które wydawało się go wkurzyć jeszcze bardziej. On nienawidził braku szacunku do jego osoby, pragnął go tak samo jak bezgranicznej i wiecznej władzy.

- Oj tam, masz rację. Parę lat wte czy wewte, kto by na to zwracał uwagę.

- Wynoś się stąd! - krzyknął wściekły, podnosząc się ze swojego miejsca. Spojrzałem na niego z uniesioną brwią, po chwili zaczynając się śmiać.

- Prawda w oczy kole tatusiu? - mężczyzna z furią w oczach sięgnął przez biurko i przyciągnął mnie za koszulę do siebie. Sapnąłem z zaskoczenia, gdy mój brzuch zderzył się z krawędzią mebla.

- Astrel, nie pozwalaj sobie - warknął, łapiąc za moją twarz i wbijając w nią pazury, bym patrzył mu prosto w płonące furią oczy. - A teraz wynoś się stąd. Nie będę trzeci raz powtarzał.

- Jak sobie życzysz, panie. - wycedziłem, wyrywając się z jego uścisku i podchodząc do drzwi. Otworzyłem je gwałtownie, następnie trzaskając nimi, by dać upust swojej złości. Czułem ciepłą krew na twarzy, powoli spływającą za kołnierz. Nienawidziłem tego, że obrażenia zadane z jego ręki nie goiły się tak jak normalnie. Największy tyran musiał dostać dar, który tylko bardziej pomagał mu w nękaniu innych.

Spojrzałem pierw na strażnika, który wydawał się rozważać chęć ucieczki, gdy napotkał mój wzrok, posłałem mu drapieżny uśmiech, ukazujący moje kły. Pozwoliłem swojej mocy zacisnąć się na nim, po chwili jednak tracąc nim zainteresowanie. Stalowe spojrzenie Marcusa wyrażało zmartwienie, pociągnął mnie w głąb korytarza, z dala od niechcianych spojrzeń i chwycił mój podbródek, przyglądając się ranką.

- Uwierzysz, gdy powiem, że nie boli? - zapytałem, chcąc się odsunąć od niego.

- Nie? - spojrzał na mnie, prowadząc mnie prosto do mojego pokoju. Nie protestowałem, wiedziałem, że z Marcusem nie wygram, a co dopiero, gdy ten jest zmartwiony. Czasami potrafił być niezwykle uciążliwy, gdy zaczynał mi matkować przy najmniejszym zranieniu. Posłałem mężczyźnie uspokajający uśmiech, gdy pchnął mnie na łóżko, a sam zniknął w łazience i wrócił z mokrą ściereczką i środkiem odkażającym. Zaśmiałem się.

- Nie przesadzasz, to tylko małe ranki nie umrę od nich.

- A chcesz by szybciej się zagoiły? - spytał, przykładając do mojej twarzy szmatkę. Syknąłem, prawie odskakując od niego, ten jednak najwyraźniej spodziewał się tej reakcji, przytrzymał mnie w miejscu. Wydąłem obrażony wargi, próbując się odsunąć, by nie czuć drażniącego nozdrza zapachu i szczypiącego uczucia, które wypalało mi każdą z ranek na policzku.

- Marcus... - jęknąłem płaczliwie.

- Już kończę słońce - westchnął, odsuwając się. Opadłem na plecy, pociągając dramatycznie nosem i próbując opanować chęć potarcia ranek, które wciąż piekły. Zacisnąłem zęby, próbując myśleć o czymś innym, na szczęście usłyszałem burczenie w swoim brzuchu na co poderwałem się, siadając na łóżku, a starszy mężczyzna zachichotał.

- Chce krew... - mruknąłem, jakże odkrywczo. Metabolizm wampirów nie potrzebował niczego innego, moglibyśmy przetrwać nie jedząc nic i pijąc tylko krew, oczywiście w większych ilościach. Normalne jedzenie dawało nam pewien komfort psychiczny oraz pomagało wytrzymać dłużej bez krwi.

- Od kogo tym razem wybredna księżniczko? - spytał mnie z uśmiechem. Moja podświadomość ukazała mi pewną błękitnooką postać, której chętnie bym spróbował na każdej płaszczyźnie. Oblizałem wargi z lekką irytacją z powodu, że ta konkretna osoba jest po za moim zasięgiem. Dla własnego dobra powinienem przestać myśleć o nim w ten sposób.

- Obojętnie, chcę tylko krew.

Marcus spojrzał na mnie podejrzliwie aż westchnął i wzruszył ramionami. 

- Zaraz wracam. - powiedział. Patrzyłem jak wychodzi, a przez drzwi wślizguje się Izis, uśmiechnąłem się do niej, a ta wskoczyła na moje łóżko, najwyraźniej uznając, że pora na drzemkę. Wplotłem palce w jej miękkie futro, a moje myśli wróciły do młodego księcia Ashidee. Wbrew pozorom nie rzuciłem się na niego, gdy miałem okazję. Nie spróbowałem jego krwi, choć teraz wręcz mnie nosiło na myśl, by jej posmakować. Sama jej woń kolejny raz otumaniała mój umysł. Niczym zakazany owoc, który chciałem posiadać na własność. Po moim ciele przeszedł dreszcz. Już jutro go zobaczę. 

Położyłem się, posyłając uśmiech Iz. Ta ziewnęła, ukazując imponujące ostre zębiska drapieżnika. Położyła łeb koło mojej szyi, drażniąc ją delikatnym oddechem i chłodnym nosem. Zaśmiałem się na to uczucie, a kocica jakby w irytacji pacnęła mnie łapą. Jej wąsiki zaczęły mnie łaskotać w szyję, więc odsunąłem się.

Po chwili do pokoju wszedł Marcus i jakiś chłopak. Był dość młody i najwidoczniej nowy. Na twarzy wampira pojawił się uśmiech. Puścił mi oczko, wychodząc. Młody chłopak spojrzał na mnie nerwowo przygryzając wargę. Uznałem to za dość urocze w jego wykonaniu. Jasnowłosy stał koło drzwi najwidoczniej nie wiedząc co zrobić. Jego krucha postura mnie przyciągała tak samo jak duże ciemno niebieskie oczy. Bicie jego serca wydawało się rozbrzmiewać w całym pokoju.
Usiadłem, wyciągając w jego stronę dłoń.

- Jesteś nowy w tym wszystkim?

- Od niecałego tygodnia Panie - odpowiedział, podchodząc nieśmiało.

- Nie jestem twoim panem. Mów mi Astrel, gdy jesteśmy sami. - oznajmiłem, wstając. Jego strach wręcz mnie osaczał, westchnąłem dotykając jego policzka. Chłopak uchylił wargi w zaskoczeniu. Posłałem mu delikatny uśmiech.

- Tak nie wypada... 

- Już dawno przestałem myśleć co wypada, a co nie - powiedziałem, składając pocałunek na jego chłodnych ustach. Ten próbował lekko niezdarnie odpowiadać na moje ruchy, widać, że nie miał w tym za bardzo wprawy. Objąłem go, przyciągając bliżej siebie. Miałem ochotę uśmiechnąć się, gdy ten niepewnie splótł dłonie na moim karku. Usiadłem z chłopakiem na łóżku, na co Iz od razu uciekła od nas. Rozpiąłem jego koszule, zsuwając ją z jego ramion i ciesząc się nagą skórą pod palcami.
Odsunąłem się od niego na chwilę, by mógł złapać oddech. Czułem narastające podniecenie, ale nie zamierzałem się śpieszyć, nie chciałem skrzywdzić istoty, która z szybko bijącym sercem, przysunęła się bliżej mojego ciała.

- Ja nigdy... - powiedział cicho, na co przerwałem mu dotykając jego ust kciukiem.

- Spokojnie. - posłałem mu uspokajające spojrzenie. Granatowooki kiwnął głową, rozpoczynając z własnej woli kolejny pocałunek. Wplotłem jedną dłoń w jego jedwabiście miękkie włosy, a drugą gładząc odkryte ciało. Wargi młodszego naparły na mnie z większą pewnością, gdy górę nad strachem przed nieznanym wzięło pragnienie drugiej osoby.

Drobne dłonie chłopaka zaczęły odpinać guziki mojej koszuli. Po chwili opadła ona na ziemię obok koszuli granatowookiego. Obróciłem nas tak, że chłopak opadł na materac z sapnięciem zaskoczenia. Posłałem mu psotny uśmiech, schodząc pocałunkami na jego szyję i niżej. Drażniłem jego skórę kłami, zachwycając się jego reakcjami.

Sprawnie pozbyłem się jego spodni razem z bielizną. Moje dłonie zadziornie krążyły po ciele chłopaka. Wróciłem ustami do jego szyi. Nie potrafiłem się już powstrzymać. Wbiłem się w skórę na szyi granatowookiego. Jego palce zacisnęły się na moich ramionach, a serce zabiło ze strachem. Czułem ogarniające mnie szczęście, gdy jego krew wypełniała moje usta. Chłopak wkrótce jęknął, przyciągając mnie bliżej siebie. Jedna z moich dłoni pogładziła jego ciało, zatrzymując się biodrze. 

Moje spodnie poszły w niepamięć za pomocą dłoni chłopaka. Jego ciekawskie ręce zatrzymały się na bokserkach. Liznąłem krwawe ranki na jego szyi, czując jak ten z niepewnością pozbawia mnie bielizny, odsunąłem się na chwilę od niego odrzucając je na ziemie i sięgając do szafki nocnej po fiolkę z nawilżaczem. 

Wylałem trochę cieczy na moje palce przykładając jeden z nich do wejścia chłopaka. Jasnowłosy spojrzał na mnie wielkimi, przerażonymi oczami, próbując cofnąć swoje biodra z dala ode mnie. Uniosłem brew, patrząc na niego z delikatnym rozbawieniem. Złożyłem pocałunek na jego biodrze, wyznaczając mokry ślaczek w górę jego ciała. Czując, że się rozluźnia zacząłem go delikatnie rozciągać, próbując mu sprawić jak najwięcej przyjemności już na początku.

* * *

Odwróciłem się w stronę śpiącej postaci, zapinając koszulę. Młody chłopak skulił się na środku łóżka, owijając kołdrą jak zbroją. Uśmiechnąłem się delikatnie, gdy Izis na nowo rozgościła się na pościeli, tym razem jednak obok jasnowłosego, który odsypiał męczący wieczór. Przeciągnąłem się i zerknąłem w pionowe lustro, następnie po prostu wychodząc z pokoju. Chwile później dołączył do mnie niezwykle wesoły Marcus.

- Ten człowiek... ostrzeż wszystkich, że jest na moją wyłączność. Mu nie musisz o tym wspominać.

- Spodobał ci się?  -znaczące spojrzenie Marcusa zirytowało mnie. - Wiedziałem, że wpadnie w twoje gusta.

Uderzyłem go w głowę czym wywołałem śmiech u wampira. Pokręciłem głową, w duchu śmiejąc się. Pod zaciekawionym wzrokiem przyjaciela uśmiechnąłem się delikatnie, skręcając w korytarz, który prowadził w stronę schodów.

- Jutro popołudniu wyjeżdżamy na parę dni do Ashidee. Zaproponowali sojusz na który, cudem, mój ojciec się zgodził - powiedziałem. - Przekaż to Devonowi i Charliemu.

- Jak sobie życzysz, panie. - oznajmił śpiewnie Marcus, przewróciłem oczami.

- Co ty taki radosny? - spytałem.

Mężczyzna spojrzał na mnie z uśmiechem, a następnie rozkopał mi włosy. Westchnąłem, poprawiając je, by nie wyglądać jak jakieś straszydło. Szarooki wydawał się rozbawiony było to dość zastanawiające.

- A czemu by nie?

Pokręciłem głową naprawdę nie rozumiejąc zachowania starszego mężczyzny. Wyprostowałem się przed wejściem do jadalni.

- Ktoś jeszcze jedzie z nami oprócz Charliego i Devusia? - spytał. Ledwo zauważalnie kiwnąłem głową, podchodząc do stołu, przy którym już siedzieli moi rodzice z Oliverem, który ciągle coś mówił. Uśmiechnąłem się na ten widok. Z daleka mogliśmy wyglądać jak szczęśliwa rodzina, dopiero gdy podeszło się bliżej widziało się rysy na tym kolorowym obrazku.

- Słyszałam, że chcesz wziąć ze sobą Olliego do Ashidee - uśmiechnęła się moja matka. Mały chłopczyk pokiwał radośnie główką. Usiadłem obok niego, a służący od razu nalał mi mojej ulubionej herbaty. Kiwnąłem mu głową, dziękując i spojrzałem na kobietę, która radośnie wpatrywała się w swoje dzieci.

- Będzie to dla niego kształcące. I dobrze mu zrobi poznanie tego co może być jego... zgubą. Nieprawdaż ojcze? - zapytałem, upijając łyk słodkiej herbaty.

- Jesteś odpowiedzialny za niego, Astrel. Nie zostawiaj go nigdzie samego. - powiedział poważnie. Miałem ochotę się uśmiechnąć na jego słowa. Musiałem jednak zachować maskę opanowania, więc pozwoliłem sobie tylko na lekkie uniesienie kącików ust.

- Będę jego cieniem. - obiecałem, puszczając młodszemu oczko. Ten wydął policzki najwyraźniej nieszczęśliwy, że dyskutujemy o nim jakby go tu nie było. Kobieta o bursztynowych oczach cmoknęła go w policzek, matczynym gestem poprawiając przydługie kosmyki, wpadające mu do oczu.

- O której wyjeżdżacie? - spytała się kobieta. Wzruszyłem ramionami, ale widząc jej wzrok wiedziałem, że muszę powiedzieć coś więcej.

- Po obiedzie. Mam nadzieje dotrzeć do Ashidee przed zmierzchem.

- Wybrałeś straż?

- Tak, mamo. Nie musisz się martwić, za parę dni znowu będziemy w domu. - oznajmiłem uspokajająco. Ta jednak nie przestała posyłać mi zmartwionych spojrzeń.

Uśmiechnęła się już spokojniej i zajęła się jedzeniem. W czasie posiłku nie prowadziliśmy już więcej rozmów. Każdy zajął się sobą i swoimi myślami. Zacząłem się zastanawiać jak może potoczyć się spotkanie z królem Ashidee. Jak wielkie ryzyko kryje się za wycieczką na terytorium wroga. Za parę miesięcy Connor przejmie władzę swojego ojca, byłem ciekaw jak rozegra wtedy sprawę sojuszu. Nie wyobrażałem sobie, by wesoło gawędził z moim ojcem przy herbatce.

- O czym książątko tak myśli? - usłyszałem przy uchu głos Marcusa. Odwróciłem głowę w jego stronę tak, że nasze nosy prawie się stykały, uśmiechnąłem się do niego złośliwie.

- Na pewno nie o tobie.

- A o kim? - spytał. Posłałem mu tajemniczy uśmiech i odwróciłem głowę w stronę rodziców. Mama posłała mi pytające spojrzenie, nie próbując nawet udawać, że nie podsłuchiwała. Za to ojciec niby od niechcenia nawiązał ze mną kontakt wzrokowy.

- Nie o kim, a o czym. - widziałem błysk w oczach mężczyzny, który wciąż się we mnie wpatrywał. - Nadszedł czas zmian.

Mężczyzna posłał mi puste spojrzenie. Nie potrafiłem odgadnąć co zaprząta teraz jego myśli. Po chwili to zignorowałem, wracając do śniadania. Po posiłku z Oliverem skierowałem się do ogrodu, chłopiec radośnie pokazał mi sztuczkę, której nauczył go Marcus, który oczywiście twierdził, że jest niewinny. Przeczył temu jednak szeroki uśmiech, gdy patrzył jak mały tworzy wokół siebie kręgi z żywiołów. Wyglądało to pięknie, a szczęście błyszczące w oczach Olivera było wspaniałe. Czułem się jak dumny ojciec patrząc na jego osiągnięcia.

- Potworku bądź gotowy już przed obiadem - powiedziałem do niego, gdy razem wracaliśmy do środka. Blondyn kiwnął posłusznie głową i chwilę później odbiegł w boczny korytarz. Przyglądałem się mu i jednemu ze strażników, który w ciszy za nim podążał, by go chronić. Byłem spokojniejszy wiedząc, że jest to jeden z moich ludzi.

* * *

Zatrzymaliśmy się na przeciwko ogromnego zamku z białego kamienia. Zachodzące słońce odbijało się od tafli jeziora Shin. Niesamowity widok dopełniały cudownie zadbane ogrody oraz ciemne pnącza wspinające się po ścianach zamku.

Spojrzałem wrogo na strażników, którzy pojawili się i od razu wycelowali w nas broń. Oliver skulił się na swoim miejscu patrząc wielkimi przerażonymi oczami na nich. Pociągnąłem nosem, krzywiąc się na wszechogarniający zapach ludzi. Było to przytłaczające, te wszystkie bijące serca i pulsująca w żyłach krew. Oblizałem wargi, widząc jak każdy strażnik zaczyna zerkać na mnie nerwowo, posłałem im uśmiech ukazujący kły na co wydawali się spanikować.

- Jaki jest powód waszego wtargnięcia na teren zamku? - podszedł do nas najstarszy mężczyzna. Zeskoczyłem z konia, przeciągając się lekko, a następnie wyciągając z kieszeni płaszcza list od tutejszego króla z zaproszeniem do negocjacji. Kopertę wyciągnąłem w stronę strażnika.
Gdy on zapoznawał się z treścią wiadomości, ja pomogłem Oliverowi zeskoczyć na ziemię. Chłopiec ukrył się za mną, podejrzliwe zerkając na mężczyzn.

- W takim razie zaprowadzę panów do króla - powiedział spokojnie, spoglądając na młodszych strażników. - Zawołać stajennych.

Zostawiając konie wraz z bagażami, ruszyliśmy za nim. Olli chwycił moją dłoń wciąż niepewnie krocząc obok mnie i rozglądając się płochliwie wokół. Ścisnąłem uspokajająco jego palce. Samemu również przyglądając się mijanym korytarzom. Zamek był utrzymany w jasnych odcieniach brązu, szarości. Zostaliśmy zaproszeni do jadalni gdzie siedziała rodzina Ashidee. Głową rodziny wstała, kiwając nam głową.

- Usiądźcie.

Zająłem miejsce obok Connora, przyglądając się jego rodzinie i strażnikom, których nagle było więcej w pomieszczeniu. Posłałem uśmiech Marcusowi, który wraz z trójką przyjaciół podszedł do naszych gospodarzy z małymi podarkami. Królowa uśmiechnęła się z zainteresowaniem przyglądając koli z białego złota z diamentów i szafirów. Swoje zainteresowanie jednak poświęciłem bardziej Connorowi i jego ojcu, którzy dostali bliźniacze miecze, na ich klingach znajdowały się pasujące do siebie sentencje.

- Mam nadzieję na owocną współpracę. - mruknąłem, dziękując cicho służącemu, który podał mi kielich z winem.

*****************************************************
[poprawiona i rozszerzona, zmieniona wersja] 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz