sobota, 20 lutego 2016

Marcus G. Morgenstern


Imię i nazwisko: Marcus Gordon Morgenstern

Wiek: 27 lat

Charakter: Mimo że sprzeciwił się rodzicom jest on bardzo uczynnym, uczciwym i wrażliwym mężczyzną. Chciał dostać się do wojska, by pomagać i walczyć, jednak jego stan zdrowia na to nie pozwalał. Tak, wampir też może na stałe uszkodzić sobie nogę przez to, że w młodości spadł z konia. Zgłosił się do króla o stanowisko ochroniarza, od razu go przyjęto. Został przyjacielem księcia w niedługim czasie dzięki podobieństwu charakterów, potrafili długie godziny się sprzeczać tylko po to by na koniec śmiać się z coraz głupszych "wyzwisk". Król ogłosił Marcus'a prywatnym ochroniarzem swojego syna gdy tylko zauważył ich więź i dostrzegł, że tylko Marcus potrafi uspokoić księcia.
Był jedynakiem co teoretycznie mogło go rozpieścić, jednak to właśnie dzięki temu, że był sam nauczył się, że każdy jest sobie równy. Często rozmawiał ze służką rodziców, a jego najlepszym przyjacielem z młodości był chłopiec o "nieczystej krwi" jak mieli zwyczaj nazywać go rodzice Marcus'a.
Teraz miał tylko dwójkę przyjaciół  - księcia i swoją kuzynkę Ally, którą widział kilka razy w ciągu roku ale mieli stały kontakt listowy.
Z charakteru czasami też jest trudnym człowiekiem, gdy cię nie polubi musisz mieć silna psychikę i dystans do siebie żeby z nim wytrzymać. W sumie nawet jak cię lubi najlepiej jakbyś miał te cechy.
Och! Podteksty i sprośne uwagi też nie są mu obce!

Wygląd: Marcus ma długie (oczywiście nie wygląda w nich jak dziewczyna!) włosy, kolory białego/szarego. Szare, stalowe oczy. Jego blada skóra ma wiele blizn... Oczywiście od tych wszystkich ucieczek do lasu w młodości, w okresie do 5 lat ciało wampira nie regeneruje się tak szybko jak u dorosłego, więc po głębszych ranach pozostają blizny. Za młodu był chudy i niski, jakby z porcelany można powiedzieć. Jednak z wiekiem wyrósł i nabrał mięśni, nie za dużo ale tyle ile dawały mu częste treningi.

Umiejętności: Marc miał zwyczajne dla jego rodu umiejętności. Jego rodzina od lat miała powiązanie z leczeniem ludzi i zwierząt poprzez łączenie ziół. Jego rodzice trochę zapomnieli o tej tradycji wchodząc w świat polityki, jednak spędził wiele czasu z babcią która przekazała mu całą swoją wiedzę. Miał też dar uspokajania, nie ważne jak dziwnie on brzmi wiele razy mu pomógł. Zwłaszcza gdy akurat jakiś wampir wpadał w szał "głodu" obok niego… tak ta umiejętność byłą bardzo pomocna. I nie polegała na mówieniu miłych słówek do "pacjenta", bardziej wyglądało to jak hipnoza, wystarczyło położyć dłoń lub spojrzeć w oczy Marcus'a, a świat wydawał ci się spokojny, czas zwalniał jak i twój rytm serca. Niektórzy też sądzą, że Marc potrafi kontrolować temperaturę, a właściwie są spekulacje, że umie ją obniżać.
Przeszedł szkolenie na strażnika jak i na żołnierza. 

Zwierzaki:
Sella:   Koń - klacz rasy arabskiej maści karej (dostaje napary z ziół i krwi wampira dzięki temu jest odporna na zimno i lekkie zmęczenie)

Fetu: kot, niestety od młodości ślepy, ale także od tej młodości żyje z Marcus'em

Rozdział 6

ASTREL 

Błękitne tęczówki przyszłego władcy Ashidee wydawały się mnie pochłaniać. Connor w bezruchu wpatrywał się we mnie z zadziwiająco spokojnym wyrazem twarzy, tylko w jego oczach było widać targające nim emocje. Chłopak zamrugał kilkakrotnie odwracając wzrok.

- Przekaż poddanym twojego ojca, żeby wampiry kontrolowały się i nie pobierały krwi od ludzi, którzy się na to nie zgodzą - powiedział cicho. - Już zbyt wiele osób zginęło na terenie lasów Ashidee.

- Są osoby, które nawet nam jest ciężko kontrolować... - westchnąłem, przeczesując włosy. Nie lubiłem tego tematu, pamiętając wydarzenia, które miały miejsce parę miesięcy temu. Mało brakowało, a Oliver byłby jedną z takich osób. Ogarniętych szałem krwi, bezmyślną istotą, która zabijała wszystko co stawało na jej drodze. 

- Rozumiem - posłał mi pocieszający uśmiech co było całkiem zaskakujące w takiej sytuacji.

* * * 

Rozejrzałem się z zainteresowaniem po rozświetlonej słońcem bibliotece. Wysokie regały sprawiały, że czułem się mały pośród nich. Idąc między nimi za Connorem, przyglądałem się tytułom mijanych książek. Wszystko wydawało się ułożone według jakiejś zasady, niektóre dzieła wydawały się niezwykle stare, w porównaniu do reszty.

Białowłosy poprowadził nas między regałami do miejsca, gdzie stała czarna, dwuosobowa sofa i parę foteli. Na stoliku pod ścianą leżało parę stosików książek.

- Uwielbiam tu siedzieć. Cisza, spokój no i książki - uśmiechnął się. Patrząc na niego, widać było, że mówi prawdę. Jego oczy radośnie się skrzyły, gdy rozglądał się po pomieszczeniu. Usiadł w jednym z foteli, podwijając pod siebie nogi jak mały chłopiec. Uśmiechnąłem się, siadając naprzeciwko niego.

- Po twoich wyczynach na śniegu, nie zgadłbym, że jesteś małym molem książkowym.

- Jestem ciekawski, a co za tym idzie lubię dowiadywać się nowych rzeczy. Rodowa biblioteka jest dobrym miejscem na to - powiedział.

- Wierzę. - odparłem z rozbawieniem. Connor naprawdę przypominał mi teraz chłopca, który bawił się rękawem koszuli wpatrując w swojego słuchacza jak zaciekawiony kociak. I jeszcze te niewinne oczy w kolorze porannego nieba z ciemniejszymi plamkami.

- Może przejdziemy się po mieście? Nudno tu jest... - przeciągnął się, wstając. - Oczywiście jeśli chcesz.

- Dopiero co tu przyszliśmy. - zaśmiałem się, na jego minę. Wstałem, kręcąc z rozbawieniem głową.

Na policzkach białowłosego pojawiły się mało widoczne dla oka rumieńce. Chłopak spojrzał na swoje buty, a następnie na mnie.

- Wiem... Po prostu chciałem cię oprowadzić.

- Spokojnie, słoneczko. Chętnie się z tobą przejdę po mieście. 

Connor zdobył się na uśmiech, łapiąc moją dłoń i ciągnąć ku wyjściu. Z jego entuzjazmem zapewne opuścilibyśmy zamek tak jak staliśmy, wbrew pozorom miał trochę siły w tym kruchym ciele. Tym razem to ja pociągnąłem go z dala od wyjścia na zewnątrz. Mi zapewne nic by się nie stało po paru godzinach na zewnątrz bez żadnego okrycia, ale ludzie nie byli tak wytrzymali na zimno.

Nawet w pelerynie chłopak drżał lekko przy każdym mocniejszym podmuchu wiatru. Nie tracił jednak ani na chwilę uśmiechu. byłem zaskoczony ilością słów, która opuszczała jego usta podczas tego spaceru. 

- O Xell... - spojrzałem na chłopaka. Obok niego pojawił się biały wilkor z czerwonymi oczami. - Astrel, poznaj mojego wilkora, Xell'a.

Kucnąłem, wyciągając w stronę zwierzęcia dłoń, by mógł ją obwąchać. Stworzenie dość nieufnie obwąchało moje palce trącając zimnym nosem mój nadgarstek. Parsknąłem śmiechem, gdy rzucił się w przód przewracając mnie. Wplotłem palce w jego futro, nie przejmując się, że półleżę na drodze. 

- Potworku, zachowuj się - parsknął śmiechem białowłosy. Spojrzałem na niego spod wpadających mi do oczu włosów. Jego wilkor zawył zwycięsko skacząc dookoła nas. - Czemu zima jest taka zimna? 

Spojrzałem rozbawiony na chłopaka. Podniosłem się na nogi i widząc jak ten się trzęsie, ściągnąłem z ramion ciemny płaszcz i założyłem go chłopakowi, który spojrzał na mnie z zaskoczeniem. Puściłem mu oczko i odwróciłem się do wilkora.

- Przeziębisz się...

- Connie, jestem wampirem. Nasze organizmy prawie nie reagują na takie temperatury.

- Też tak chcę - wygiął wargi jak nieszczęśliwe dziecko, owijając się moim płaszczem. Uśmiechnąłem się z rozbawieniem, przy okazji bawiąc się z białym jak otaczający nas śnieg wilkorem.

- Jeśli za parę lat będziesz chciał posmakować nieśmiertelności, wiesz gdzie mnie szukać. - mruknąłem, zerkając na niego przez ramię.

- Za parę lat? Czemu akurat tak? - podszedł zaciekawiony. Wzruszyłem ramionami. Spodziewałem się innej, dość negatywnej reakcji, a nie zaciekawienia i pytania czemu tak późno. Chłopak był dość nietypową osobą. Uśmiechnąłem się delikatnie, na samą myśl, że mógłbym spędzić z nim wieczność, była to kusząca wizja.

- Nie chcę ci zabierać życia, które znasz. Moja propozycja daje ci wybór, gdy będziesz starszy. Coś jak nowe życie. 

- Nie chcę być na zawsze stary - prychnął na co wywołał u mnie śmiech. To było takie typowe myślenie ludzi. Chociaż pierwszy raz chyba nie wzbudzało to we mnie pogardy do nich, a rozśmieszało. Connor zmarszczył z niezadowoleniem nos, krzywiąc się lekko. Najwyraźniej wyobrażał sobie siebie jako pomarszczonego staruszka.

- Powiedziałem starszy, nie oznacza to od razu łoża śmierci.

Connie uśmiechnął się nieśmiało drapiąc po karku. Wpatrywałem się w jego zaczerwienioną z zimna twarz i rozwiane włosy. Podbródek chłopaka niknął w kołnierzu mojego płaszcza, który otaczał całą jego drobną postać. Białowłosy wyglądał jak dziecko w za dużym ubraniu.

- Wróćmy może do zamku, byś się nie wyziębił.

- Dobrze - powiedział.

* * *

Westchnąłem, ziewając i odkładając książkę, położyłem się ponownie wtulając się w poduszkę. Zerknąłem za okno, mając nadzieje, że panujący tam mrok zniknął, ale oczywiście, że wciąż trwała noc, a ja w pełni rozbudzony kręciłem się po pokoju jak zwierzę w klatce. 

Usłyszałem pukanie w drzwi na co od razu otworzyłem je. Prawie uśmiechnąłem się na widok Devona, czarnowłosy przyglądał mi się roześmianymi oczami. 

- Nie pilnujesz Olivera?

- Charlie ma nocną zmianę - uśmiechnął się. - Co tam książątko?

- Mam ochotę rzucić się z tego okna i zobaczyć jakie będę miał obrażenia. - czarnowłosy uniósł brwi wyraźnie zaskoczony moją odpowiedzią. Posłałem mu wymuszony uśmiech chowając twarz w pościeli. - Dobija mnie siedzenie w miejscu.

- To się rusz. Pozwiedzaj. Nawiedź tego białogłowego człowieczka.

- Dev, ludzie śpią o tej porze. - mruknąłem nawet nie unosząc głowy. Nie mam pojęcia czy mężczyzna mnie zrozumiał. Po chwili jednak poczułem jak siada obok mnie, a jego dłonie delikatnie gładzą moje plecy. Prawie zamruczałem na tą pieszczotę.

- Bardzo ci się nudzi? - spytał, a jego usta delikatnie dotknęły moją skórę pod uchem. Drgnąłem, odchylając lekko głowę i zerkając na niego. Jego ciemne oczy błyszczały radośnie, jak rozgwieżdżone niebo, zawsze o tym myślałem, gdy w nie patrzyłem. Wampirzy magnetyzm w nich, wręcz mnie uwodził i podszeptywał by mu ulec.

- A myślisz, że często myślę o skakaniu z wysokości?  

- Może masz skłonności samobójcze ludzi? - zachichotał. Prychnąłem pogardliwie, przeciągając się. Mężczyzna wykorzystał to przejeżdżając dłońmi po moich bokach na co zaśmiałem się,  a ten zaczął mnie łaskotać z diabolicznym uśmiechem na wargach. - No przestań... Devon! Puść! 

Ze śmiechem obaj spadliśmy na miękki dywan przy łóżku. Jęknąłem, gdy jego ciało przygniotło mnie do ziemi, po chwili jednak odnajdując w tej sytuacji coś podniecającego. Spojrzałem na pochylającego się nade mną strażnika, kładąc dłonie na jego ramionach.

- Spasłeś się ostatnio mój drogi? - zapytałem z rozbawieniem. 

- Skoro ciągle siedzę w zamku to może troszkę mi przybyło - uśmiechnął się. - Ty też straciłeś formę. Kiedyś byłeś o wiele bardziej przystojny - pokazał mi język.

- To było w czasach, gdy myślałem, że zasiądę na tronie w dniu osiemnastych urodzin, ale to przeminęło... - mruknąłem z udawanym smutkiem. Wampir uśmiechnął się delikatnie, gdy przesunąłem jedną z dłoni z jego barku na policzek. Musnąłem kciukiem jego dolną wargę, utrzymując cały czas kontakt wzrokowy. - Mogłem być piękniejszy, ale wciąż potrafię zaciągnąć kogoś do łóżka.

- Twoje pochodzenie jak i dar plątania w główkach pomaga ci w tym - odpowiedział. Kiwnąłem głową, odchylając się do tyłu i wygodnie układając się na dywanie pode mną. Potrafiłem wykorzystać swoje dary do zmuszania innych do czegoś, rzadko to wykorzystywałem, ale prawdą było, że wiedziałem co zrobić, by ktoś wykonał każde moje słowo. - Spróbuj się przespać Astrel. Idę ponękać Marcusa.

Mężczyzna wstał, posyłając mi uśmiech. Wpatrywałem się w jego wychodzącą postać z delikatnym ukłuciem smutku. Westchnąłem, powoli podnosząc się z ziemi.

Przygotowałem sobie długą kąpiel i przebrany jedynie w spodnie położyłem się do łóżka. Okryłem się kołdrą, przytulając się do jednej z poduszek. Podobało mi się to, że było ich tyle na tym łóżku. Leżąc w ciemnym pokoju w powoli się wyciszałem, pomimo nadmiaru energii czułem jak robię się senny.

Obudziło mnie ciche pukanie do drzwi. Mruknąłem ciche "proszę" i do pokoju wpadł Connor.

- Idziesz na śniadanie?

- Powiedz, że to propozycja i nie chodzi ci o ten kulturalny posiłek w jadalni... - wymamrotałem, przymykając oczy.

- Propozycje wyjścia do miasteczka. Jest tam świetna gospoda gdzie pojadą przepyszne naleśniki - uśmiechnął się, siadając na łóżku obok mnie. Poczułem się osaczony przez kuszącą woń jego krwi, delikatnie pulsującej w żyłach. Wtuliłem twarz w poduszkę, mając ochotę zacząć narzekać. Pierwszy raz tak bardzo miałem ochotę posmakować czyjejś krwi.

- Daj mi trochę czasu, księżniczko...

- Dobrze. To jak będziesz gotowy znajdziesz mnie w bibliotece lub w moim pokoju - powiedział z uśmiechem i po chwili usłyszałem jak wychodzi. Przewróciłem się na plecy, przeciągając się i siadając na łóżku. W powietrzu wciąż unosił się wyczuwalny zapach chłopaka.

Z westchnieniem wstałem i ziewnąłem. Chwile stałem w bezruchu, jakby na coś czekając. Zerknąłem za okno, przyglądając się słońcu powoli wspinającemu się na szczyt nieba, by następnie z niego spać. Podszedłem w zamyśleniu komody, wybierając w miarę ciepłe ubrania i kierując się do łazienki.

Przy pomocy jednego z strażników udało mi się znaleźć Connora. Chłopak siedział na jednym z foteli w bibliotece. Gdy tylko mnie zobaczył podekscytowany podszedł do mnie.

- Ojciec się zgodził! - uśmiechnął się. Cała jego osoba promieniowała szczęściem, widać było jak bardzo zależało mu na tym sojuszu między naszymi krajami. Byłem ciekawy jak się utrzyma to wszystko i jak długo. Uśmiechnąłem się delikatnie.

- Wspaniale, uczcijmy to tymi pysznymi naleśnikami.

- To chodźmy! - białowłosy radośnie podskoczył, na co pokręciłem rozbawiony głową.  - O to wasz przyszły władca! Dorosły mężczyzna zachowując się jak małe dziecko! Przed państwem Connor Ashidee!

- Dorosły powiadasz? - zakpiłem, przyglądając mu się. Jego oburzona mina była przezabawna.

- Czy nie ma jakiejś kary za obrazę władcy? - mruknął. Zaśmiałem się, wychwytując jego słowa. Spróbowałem zachować powagę, spoglądając na niego z niewinnym uśmiechem.

- Chciałbyś mnie ukarać, Conni? - zapytałem sugestywnym tonem, nie odrywając od niego wzroku. Białowłosy wpatrywał się we mnie teraz z zaskoczeniem, dużymi oczami. Przez chwilę chyba nie mając pojęcia co mi odpowiedzieć. W duchu śmiałem się z całej tej sytuacji. 

- Zboczeniec - powiedział, uderzając mnie w tył głowy. Zachichotałem, kierując się w stronę wyjścia.

- Cały twój przez jeszcze jeden dzień.

- Przez cały dzień z zboczonym wampirkiem. Cudownie - uśmiechnął się, zakładając moją pelerynę. Spojrzałem na niego, na co jego uśmiech poszerzył się. - Twoja jest cieplejsza.

- Uroczo. - mruknąłem, patrząc na jego osobę owiniętą moim płaszczem. Podobał mi się ten widok, z jakiegoś powodu czułem satysfakcje, widząc go w tym. Poczułem jak kąciki moich ust unoszą się delikatnie ku górze, gdy dłużej przypatrywałem się radosnej sylwetce Connora. 

- Co się tak patrzysz? - jego błękitne oczy spojrzały na mnie oceniająco. Podszedłem bliżej niego, okrążając go powoli, by koniec końców stanąć za nim z psotnym uśmiechem. Powstrzymałem go, gdy chciał obrócić się w moją stronę, położyłem dłonie na jego biodrach. Connor powiercił się trochę w moim uścisku, wydawał się powoli niepokoić tą sytuacją.

- Zastanawiałem się jak smakuje twoja krew...Jak by to było cię posmakować... jak długo byś się opierał nim odnalazłbyś rozkosz w tym doznaniu. 

Connor odwrócił się do mnie z zaczerwienionymi policzkami. 

- Po pierwsze już jej próbowałeś. Po drugie, a zarazem po trzecie... TY ZBOCZEŃCU! - kolejny raz uderzył mnie zakładając  kaptur i wychodząc. Zaśmiałem się, drażnienie się z nim i doprowadzanie go do szkarłatnego rumieńca mogło by być moim nowym hobby. Reakcje jego ciała były słodką sprzecznością z tym co mówił. Z szerokim uśmiechem skierowałem się do wyjścia by dogonić chłopaka, który zapomniał chyba, że mamy zjeść wspólne śniadanie. 

- Słońce, prowadź do tej gospody - dogoniłem go na co chłopak prychnął. Zachichotałem, mając nadzwyczaj dobry humor. Minęliśmy strażników, który wodzili wzrokiem między moją uśmiechającą się osobą, a ich księciem, który wydawał się niezwykle rozdrażniony.

Milczeliśmy przez większość drogi, nie widziałem potrzeby rozmowy, a Connor najwyraźniej stwierdził, że będzie na mnie obrażony. Nie przeszkadzało mi to jednak w napomknięciu paru bezpośrednich uwag, które wzmocniły jego rumieńce.

- Ile będziesz się tak obrażać?  - spytałem, gdy stanęliśmy przed budynkiem.

- Nie obrażam się. - oznajmił, westchnąłem otwierając przed nim drzwi i wpuszczając go pierwszego do środka. Przymknąłem oczy, by przywyknąć do ilości ludzi w tym miejscu. Tyle bijących serc i różnych zapachów przyprawiło mnie o zawrót głowy i lekkie skrzywienie. Nie lubiłem przebywać między tyloma ludźmi. Z łatwością się ranili, a potem wielkie oburzenie, gdy wampir traci kontrole.  

- Książę! - podeszła do nas młoda kobieta o długich, blond włosach. - Miło cię tu znów gościć. To co zawsze?

Chłopak z delikatnym uśmiechem kiwnął głową, wzrok blondynki przesunął się na mnie. Uniosła ona brew, oceniająco lustrując moją osobę. Przypatrywałem się jej chwilę, jej postawa, w którymś momencie uległa zmianie, a spojrzenie stało się nieufne, gdy na mnie zerkała. Prychnąłem, kierując się do jednego z bardziej oddalonych stołów. Usiadłem plecami do ściany, by móc mieć całe pomieszczenie na oku. Connor rozmawiał przez chwilę z kobietą, która w ewidentny sposób okazywała mu swoją sympatię, przewróciłem oczami, widząc jak wodzi za nim wzrokiem, gdy ten skierował się w moją stronę.

- Lubi Cię - powiedziałem, na co białowłosy spojrzał na dziewczynę, a następnie na mnie.

- Nie jest w moim typie - odpowiedział. Spojrzałem na niego z rozbawieniem.

- A jaki jest twój typ, księżniczko? 

- Jak się dowiem to Ci powiem - mruknął zamyślony. Uśmiechnąłem się na tą odpowiedź. Była jak obietnica ponownego spotkania. Przymknąłem oczy, pogrążając się we własnych myślach, by nie przeszkadzać Connorowi, który wyraźnie pochłonięty był myśleniem o czymś.

Chciałem już wrócić do Xansoss, jednak nie z powodu tęsknoty, a wolności jaką odczuwałem na znanych sobie terenach. Wiedziałem co mnie tam czeka i co może się stać, a przede wszystkim nie czułem się jak dzikie zwierze w klatce. Nic nie miałem do tego królestwa, Ashidee miało swój urok i zapewne było piękne w cieplejszych porach, ale brakowało mi tego co było w domu. Czułem się jak zagubione dziecko, za szybko puszczone w świat. Przywykłem do tego co miałem w zamku, żyjąc tam przez tyle lat i nie opuszczając granic, nie wiedziałem jak do końca się zachować w miejscu, które było dla mnie obce.

Drgnąłem, gdy przede mną na stole postawiono dwa talerze z porcją złocistych naleśników z polewą i wiórkami czekolady. Od razu było widać, że Connor przepada za słodkościami.

- Smacznego, mon prince - powiedział, biorąc do ust duży kawałek naleśnika. Uśmiechnąłem się delikatnie przez chwilę bardziej koncentrując się na przyglądaniu mimice twarzy białowłosego niż na własnym posiłku.

- Mon prince? - zapytałem, w którymś momencie z ciekawością. 

Connor zatrzymał się jakby został sparaliżowany. Jego oczy szeroko otwarte wpatrywały się we mnie.

- Powiedziałem to na głos? - uśmiechnąłem się szeroko słysząc to pytanie. Błękitne tęczówki wpatrywały się we mnie z lekką paniką, gdy kiwnąłem twierdząco głową. Podobało mi się to określenie w ustach młodszego chłopaka. Białogłowy mruknął coś nie zrozumiałego po nosem i wrócił do jedzenia.

Po skończonym posiłku wstałem, by zamówić sobie coś do picia, byłem prawie przy barze, gdy poczułem zapach krwi. Stanąłem w miejscu jak sparaliżowany od razu koncentrując się na kelnerce, która leżała na kawałkach rozbitego szkła. Słodka woń jej krwi zmąciła moje myśli. Wstrzymanie oddechu było na nic, gdy już poczułem ten kuszący zapach, moja natura wyła, chcąc dostać to czego tak bardzo pragnęła.

- Astrel - usłyszałem przy uchu słodki głos księcia Ashidee. - Nie jesteś potworem. Nie myśl o tym. Spójrz na mnie. Chcesz jej krwi? Od niej? Stać Cię na więcej - jego słowa w jakiś nie znany mi sposób zainteresowały mnie. Nie skupiałem się już na niej tylko na chłopaku. - Dasz radę. Jesteś silny. A teraz chodź.

Connor zostawił na stole pieniądze i pociągnął mnie szybko do wyjścia. Wciągnąłem głęboko mroźne powietrze, starając się pozbyć słodkiej woni z umysłu. Czułem jak powoli wszystko wraca do normy, wycisza się. Spojrzałem na pochmurne niebo, z którego powoli spadały białe płatki śniegu. Lawirowały one w powietrzu, a koniec końców opadały na jedną z przeszkód na ich drodze.

- Dziękuję. - mruknąłem, spojrzałem na przyglądającego mi się chłopaka.

- Jesteś głodny? Trzeba było powiedzieć... - mruknął niezadowolony Connie.

- I co byś wtedy zrobił Connor? - zapytałem z lekką złością. Czułem się zmęczony przebywaniem w Ashidee, miałem dość tylu ludzi wokół mnie. Moja natura rzucała się jak w zamknięciu przy nich, nie bez powodu na zamku nie było prawie ludzi. Zapewniało to spokój mi i Oliverowi, który teraz jest najbezpieczniejszy. Jedyne czego zazdrościłem starszym to ich kontroli, nie musieli się martwić, że nie będą potrafili się powstrzymać.

- Pomógłbym Ci! - prychnął jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.

- Twój ojciec mnie osobiście zakołkuje jeśli tknę kogokolwiek z jego ludzi, książę. - westchnąłem. Musiałem wytrzymać jeszcze tylko dzisiaj, jutro wrócę do domu i znów będę mógł robić co chcę.

- Chce pomóc... - powiedział cicho, owijając się moją peleryna.

- Już to zrobiłeś, nie pozwoliłeś mi skrzywdzić tej dziewczyny. - oznajmiłem.

Przez resztę drogi chłopak nie odzywał się. Widać było, że nie podoba mu się moja postawa i że naprawdę pragnie mi pomóc. Jednak nie kłamałem mu, że jego ojciec nie przyjmie takiej sytuacji ze spokojem. Nie chciałem stwarzać Connorowi kłopotów. Białowłosy zerkał na mnie parę razy z trudnym do odczytania wyrazem twarzy. Westchnąłem, gdy stanęliśmy przed drzwiami mojej komnaty.

- Uśmiechnij się, Conni.

- Nie mam powodu do uśmiechu - mruknął podając mi pelerynę. Potrząsnąłem głową, nie biorąc jej.

- Zatrzymaj ją, tobie bardziej się przyda. - powiedziałem. Uniosłem dłoń i pogładziłem lekko jego policzek. - Nie zadręczaj się tak. Uśmiechnij się dla mnie.

Chłopak spojrzał na mnie, a następnie poczułem jego drobne ciało obejmujące mnie. 

- Jutro wyjeżdżasz?

- Nie mam tu nic więcej do załatwienia. - odpowiedziałem, otaczając go ramionami. Connor wtulił się we mnie, owiewając ciepłym oddechem moją szyję. Uśmiechnąłem się delikatnie, gładząc jego plecy. 

- Odwiedzisz mnie? - spytał. Uniósł głowę, opierając podbródek na mojej piersi. Widziałem lekki smutek w jego oczach.

- Może kiedyś, księżniczko...

- A jak nie to ja Cię odwiedzę - powiedział. Uśmiechnąłem się minimalne, widząc upór w jego oczach. Zaczesałem mu lekko włosy do tyłu, przez co wydawały się nastroszone. Connor nie wydawał się zachwycony z mojej zabawy jego fryzurą.

- Zawsze mnie uprzedzaj, jeśli będziesz chciał przyjechać.

Białowłosy kiwnął głową na zgodę i pociągnął mnie do mojego pokoju. Spojrzałem na niego z niezrozumieniem, chłopak zamknął drzwi jakby nigdy nic i odłożył płaszcz na krzesło stojące przy stoliku, na którym było parę książek i moich rzeczy. Connor uśmiechnął się delikatnie, zerkając na mnie.

- Co robisz, słoneczko? - zapytałem, przyglądając mu się z ciekawością. Usiadł na łóżku zrzucają z nóg czarne, zimowe buty.

- Byliśmy blisko, a jestem zmęczony zimą, więc przywłaszczę sobie twoje łóżko - odpowiedział kładąc się na nim. To nic nie tłumaczyło, ale nie zamierzałem drążyć. Korzystając z jednego ze swoich talentów rozpaliłem w kominku, by chłopakowi było cieplej i z książką, usiadłem obok niego na łóżku.

- Zostaje. Zbyt wygodnie tu masz - mruknął, owijając się kocem.

- Masz czas do obiadu. - skomentowałem, przyglądając mu się.

Spojrzał na mnie, a następnie przytulił się do mojego ramienia. Przez dłuższy moment wpatrywałem się w niego z uśmiechem na ustach. Ten niczym nie przejęty, wtulony w moje ciało, powoli odpływał. Wsłuchiwałem się w jego zwalniający oddech i rytm serca, który się do niego dostosowywał. Objąłem go, przyciągając w ten sposób bliżej siebie jego ciało. Connor z cichym pomrukiem powiercił się, szukając dogodnej dla siebie pozycji.

- Nikt o tym nie musi wiedzieć - zachichotał cicho chłopak i dając mi buziaka w policzek przykrył się cały, odwracając się do mnie tyłem. Przewróciłem oczami, zabierając się za czytanie jakiejś powieści. Wsłuchany w spokojny i równomierny oddech Connora pogrążyłem się w lekturze. W którymś momencie poczułem jak moje powieki powoli opadają.

***************************************************
[poprawione i zmienione] 


piątek, 19 lutego 2016

Rozdział 2

ASTREL

Zrób to, zrób tamto, a tego nie nawet nie dotykaj! Ile jeszcze będzie chciał rządzić moim życiem? Miałem dość jego osoby, która za punkt honoru przyjęła sobie kontrolowanie każdego mojego kroku. Dotknąłem delikatnie śladów jego paznokci na moim policzku, zadrapania piekły, sprawiając, że miałem ochotę się na kimś wyżyć. Jeśli ten ślad jego niezadowolenia szybko nie zniknie, to jestem skłonny zrobić mu krzywdę. Byłem wściekły, jak śmiał próbować wciągnąć w te swoje polityczne gierki dziesięciolatka. Już nawet nie wspominając, że własnego syna. Czemu był taką kreaturą, która w ogóle nie szanowała swojej rodziny. Pragnienie władzy i jego zachłanność, sprowadzi na niego nieszczęście, nawet nie widzi swoich błędów, a nikt mu ich nie wytknie, by nie zostać publicznie straconym. Jedyną osobą, która mu się stawiała byłem ja.
Byłem ciekaw czy byłby zdolny do skazania swojego dziedzica na śmierć, choć właściwie nie zdziwiłby mnie tym. Pogodziłem się już z tym, że mój ojciec jest bezdusznym potworem, który oszalał z chęci władzy nad innymi. Tu nawet nie chodziło o wrodzony wampiryzm i potężną moc, on po prostu taki był, cieszył się z zadawania bólu, nie współczuł i nie żałował. Rządził żelazną ręką, wzbudzając strach we własnych poddanych.

Przyśpieszyłem kroku, jakby w próbie wyprzedzenia swoich myśli, zgubienia ich między drzewami. Szybki spacer przez ciemny las był moim sposobem na uspokojenie się, cisza i izolacja, którą mogłem się tu otoczyć były kojące. Zerknąłem na moją młodą towarzyszkę, która wesoło machając ogonem polowała na białe płatki śniegu, które leniwie opadały na ziemię. Izis wydawała się całkowicie skupiona na swoim polowaniu.
Las zawsze był miejscem, w które udawałem się po cięższych kłótniach z ojcem lub gdy potrzebowałem pobyć sam. Znajdywałem tu spokój, którego w takich chwilach potrzebowałem. Na granicach gdzie nie powinienem się pojawiać, miałem nawet swoją małą chatkę z drewna. Znalazłem ją, gdy wraz z Marcusem wymknąłem się z zamku i błądziliśmy bez celu po tym lesie. Z przyjacielem odnowiłem go, tworząc tam swój azyl. Miejsce, o którym nie wiedział mój ojciec, mogłem tam spędzać cały dzień nie nękany przez nikogo. Z dala od tych wszystkich sztywniaków, od despotycznego ojca czy też straży na każdym kroku. Ludzi, którzy tylko czekali na mój  błąd, na chwilę słabości, którą mogli by wykorzystać.

Zmarszczyłem brwi wychwytując w oddali stukot kopyt, przekrzywiłem głowę, pociągając lekko nosem. Zatrzymałem się w miejscu, gdy wyczułem, że to człowiek. Byłem prawie pewny, że nie jest on stąd. Poddani ojca nie zapuszczali się w las o takiej porze i w tak mroźną pogodę. Byłem ciekaw co tu robi, ale najlepszym co mogłem zrobić to było zignorowanie jego osoby.
Według prawa powinienem go przyprowadzić przed oblicze ojca, ale robienie mu na złość poprawia mi zawsze humor. Moje rozmyślania przerwał huk upadającego starego drzewa i ryk przestraszonej hałasem Izis. Usłyszałem jak koń człowieka parska i rzuca się, od nieznajomego biła aura niepokoju, która mnie jakoś drażniła. Wychwyciłem moment, w którym spadł ze swojego rumaka i uderzył boleśnie w ziemię. Zacisnąłem wargi czując delikatną, kuszącą woń powoli unoszącą się w powietrzu.

Naciągnąłem kaptur peleryny na swoją twarz i prowadzony instynktem skierowałem się prosto w stronę osoby, którą mój umysł uznał za wspaniałą, łatwą zdobycz. Moje kły delikatnie naciskały na moją dolną wargę. Panowałem nad sobą, ale moja natura wyszła na wierzch, gdy poczułem odurzający zapach krwi. Izis podbiegła do mnie ocierając się o moje nogi, dziabnęła lekko moją dłoń jakby chciała mi okazać swoje wsparcie, a po chwili zniknęła między drzewami.
Przedarłem się przez krzaki, wychodząc na zasypaną śniegiem dróżkę. Szybko podszedłem do pantery śnieżnej, która siedziała przy nieprzytomnym chłopaku. Wyglądał jak porcelanowa lalka o zsiniałych wargach i delikatnych rysach twarzy, taki kruchy... Jego białe włosy po lewej stronie głowy były zlepione krwią. Zapewne upadł prosto na jakiś kamień czy bryłę lodu. Chłopak był widocznie zmarznięty. Co nie było dziwne, bo nie miał przy sobie zimowej peleryny, a tylko jakiś cienki materiał, który dawał mu tyle co nic. Ściągnąłem ją, zauważając, że była całkowicie przemoczona.

Uroda młodzieńca nie pasowała do osób zamieszkujących Xansoss. Skoro przybył z Ashidee nie mogłem go wziąć do zamku, by ojciec go nie zabił. Mogłem go tu zostawić i pozwolić by umarł, nie zachowałbym się wtedy lepiej niż mój ojciec. Inną opcją było wzięcie go do mojej chatki, która była jakieś półgodziny, godzinę drogi stąd.

Moja mama nie pozwoliłaby mi przejść obojętnie obok tego chłopaka. Jej uosobienie tak przeciwne i niepasujące do jej męża. Była ona troskliwą kobietą, która każdego traktowała jak równego sobie, kochała opiekować się tymi, którzy sami nie mogli o siebie zadbać. Jej opiekuńcza natura była czymś co wpoiła we mnie, pomimo potknięć po moich narodzinach, nie miałem jej za złe tego co zrobił ojciec. Wiedział jak ukryć przed nią, że katuje jej dziecko.

Westchnąłem na istotę, której serce powoli zwalniało, a organizm powoli pozwalał wygrać temperaturze. Ściągnąłem swoją pelerynę, nie odczuwając zmiany temperatury i owinąłem nią szczupłe ciało chłopaka. Bez trudu wstałem wraz z nim na rękach i przyciskając go do siebie, spróbowałem użyć swojej niedawno odkrytej sztuczki i ogrzać powietrze wokół nas. Uśmiechnąłem się delikatnie, czując jak białowłosy wtula się we mnie. Jego kuszący zapach otulał mnie, sprawiając, że miałem ochotę skosztować jego krwi i ciała. Chciałem go.

*

Skończyłem przemywać ranę na głowie białowłosego i spojrzałem na jego brzuch gdzie dopiero niedawno zauważyłem głębokie zranienie. Wypłukałem szmatkę, zmieniając wodę i delikatnie przekręcając ciało nieprzytomnego chłopaka, by zająć się rannym bokiem. Nieznajomy trochę się pokręcił, najwyraźniej odczuwając ból, gdy przeczyściłem ranę wacik ze środkiem przeciwbólowym. Ucieszyłem się, gdy skończyłem, przykryłem go kołdrą i skierowałem się do przyległego pomieszczenia, gdzie mogłem umyć dłonie z krwi chłopaka.

Zagotowałem wodę, robiąc sobie herbatę. Nie pozostało mi nic innego jak poczekać aż nieznajomy się obudzi. Nie sądzę, by w swoim stanie mógł wrócić bez konia do Ashidee, więc musiałby tu zostać, a to niosło by duże niebezpieczeństwo. Popijając ciepły napój czytałem książkę. W którymś momencie poczułem na sobie czyjeś spojrzenie. Najwyraźniej moja dama w opałach się obudziła, pomyślałem.

- Co robisz po za swoimi granicami? - zapytałem, zamykając czytaną książkę i podnosząc głowę, by spojrzeć na białowłosego, który wpatrywał się we mnie jasnymi błękitnymi tęczówkami. Blade palce zaciskał kurczowo na kołdrze. Wyglądał na przestraszonego, choć wyraźnie starał się to ukryć.

- Przejeżdżałem. Mój koń się spłoszył... Gdzie my jesteśmy? I kim ty jesteś? - posłałem mu złośliwy uśmiech. Panika w jego oczach w pewien sposób mnie bawiła, ale z drugiej strony mu współczułem. Był w niewiadomym miejscu, z obcym mężczyzną i był ranny. To jasne, że czuł się zagrożony w takiej sytuacji.

- Chatka w lesie Xansoss. - powiedziałem spokojnym tonem. Oczy chłopaka rozszerzyły się po moich słowach. Cały czas przyglądałem się błękitnookiemu i próbuowałem zignorować jego szybko bijące serce. Nie było to najłatwiejsze w takim małym pomieszczeniu, gdzie jego zapach i krew wręcz mąciły moje zmysły. - Nazywam się Astrel.

- Nie powinienem tu być... Ojciec mnie zabije - chłopak próbował wstać, ale od razu syknął z bólu.

- To może powiesz mi chociaż jak się nazywasz?

- Connor - mruknął. Posłałem mu delikatny uśmiech, a ten spiął się widocznie, najwyraźniej zauważając koniuszki kłów. Wzruszyłem ramionami, pochylając się i opierając łokcie o swoje kolana i łapiąc kontakt wzrokowy z chłopakiem.

- Tak, więc Connor... Przez jakiś czas musisz leżeć i odpoczywać chyba, że jesteś masochistą. Mogę ci pomóc... ale najprawdopodobniej odmówisz. Więc zostajesz tu, bo twój konik uciekł w siną dal.

- Ale...Ja muszę wrócić...- zmrużyłem oczy zirytowany.Czemu nie mógł się pogodzić z tym, że jego obrażenia nie pozwolą mu dotrzeć do domu. Nie po to go ratowałem, by teraz patrzeć jak ten chce jeszcze raz ryzykować swoje życie.

- Jesteś z Ashidee? - zapytałem po dłuższej chwili. Chciałem się upewnić, a widząc drgnięcie, gdy zadałem mu to pytanie miałem pewność, co do jego pochodzenia.

- Tak...? - powiedział niepewnie. - Czy to ważne? - spytał już bardziej pewnie. Ta postawa była urocza, gdy miał świadomość, że nie ma szans i gdybym chciał byłby już martwy. Westchnąłem, z rozbawionym uśmiechem kręcąc głową.

- Ojciec mnie zabije - wymruczałem. Wstałem i spojrzałem na chłopaka, który wpatrywał się we mnie wielkimi oczami. Skrzywiłem się. Kolejny, który myśli, że każdy wampir to bezduszny potwór, który w końcu zabije. - Nie zjem cię. A teraz szybka decyzja. Pijesz trochę mojej krwi, która uzdrowi twoje rany albo zostajesz tu.  

- Nie sądziłem, że mnie zjesz - parsknął. Poczułem się lepiej, gdy nie wyczułem charakterystycznego uczucia, gdy ktoś przy mnie kłamał. - Ja... chcę spróbować. Zróbmy to.

Uniosłem lekko kąciki ust, naciąłem kłem swój nadgarstek i podsunąłem go Connorowi przed twarz. Jego niepewna mina mnie rozbawiła. Przełknął głośno ślinę, patrząc na mój krwawiący nadgarstek, a następnie prosto w moje oczy.

- Skoro z nadgarstka nie... to może w inny sposób? - zapytałem po chwili, gdy poczułem jak rana zasklepia się. Białowłosy przypominał mi przez chwilę kociaka, który widzi nową zabawkę. Spojrzał na mnie, delikatnie przekrzywiając głowę w bok, jakby pomagało mu to w myśleniu. Kucnąłem między jego udami, przyglądając się jego twarzy, by zaobserwować jego reakcję.

- Jak?

- Mogę na ciebie wpłynąć byś to zrobił i zapomniał... Możemy też się zabawić i wykonać krwawy pocałunek, który jest dość przyjemną formą, takiego przyjmowania krwi. Do wyboru do koloru, księżniczko. - zakpiłem z szerokim uśmiechem. Policzki białowłosego zaczerwieniły się, a wzrok zatrzymał się na jego dłoniach.

- N-nie wiem... - przygryzłem wargę, by się nie zaśmiać. Stwierdziłem, że on nie da rady podjąć za szybko decyzji, a ja nie miałem zamiaru spędzić tu całego dnia, a raczej nocy. Dlatego też zanim chłopak zareagował przyciągnąłem go do siebie przecinając sobie delikatnie język i czując krew zbierającą mi się w ustach. Białowłosy z zaskoczenia otworzył usta co ułatwiło mi zadanie. Gdy zaczął niepewnie odpowiadać na mój pocałunek, upewniłem się, że przełknął odpowiednią ilość krwi. Rana na języku szybko się zasklepiła, ale jakość samolubnie trwałem w pocałunku z człowiekiem. Nie mogło to jednak trwać wiecznie, więc odsunąłem się od niego powoli z satysfakcją obserwując jaskrawy rumieniec na jego twarzy.

- Poczekaj trochę nim stąd uciekniesz. - oznajmiłem, oblizując lubieżnie usta i uśmiechając się, gdy podchwyciłem wzrok Connora, który wpatrywał się w moje usta. Cóż za urocza istota, pomyślałem. Od dawna unikałem ludzi, jeśli nie liczyć służki, która robiła za moją żywicielkę. Patrząc na chłopaka siedzącego przede mną przypominała mi się mała dziewczynka, którą zabił mój ojciec. Westchnąłem, nie chcąc pogrążać się w tym wspomnieniu. Skoncentrowałem się na błękitnookim, który nie odrywał ode mnie wzroku.

- Dziękuję. - powiedział cicho i oblizał powoli swoje wargi. Śledziłem ten z pozoru niewinny gest z dziwną fascynacją. - Nazywam się Connor Ashidee...

- Cóż za zaszczyt. Wybacz, ale kłaniać się nie będę. - zakpiłem z rozbawieniem. 

- Nie oczekuję tego. - parsknął białowłosy. Otwierałem już usta, by odpowiedzieć, gdy do pomieszczenia wpadła, wesoło podskakując Izis. Kotka z zainteresowaniem obwąchała obcego, który patrzył na nią z zaskoczeniem. Nie przejęta nim wróciła do mnie, trącając mnie.

- Jak widzę poganiałaś sobie malutka. - mruknąłem, siadając na podłodze i głaszcząc jej chłodne futro. Kocica odwróciła swój łebek w kierunku błękitnookiego, który wpatrywał się w nas z zaciekawieniem. - Czemu wybrałeś się na przejażdżkę o tak późnej porze księciuniu?

- Nie nazywaj mnie tak. - spojrzał na mnie dość poważnym wzrokiem. - Lubię zimę, las, noc...No i nie potrafiłem spać.

- I dlatego przekroczyłeś granice narażając się na atak? Wiesz wampiry nie są zbyt entuzjastycznie nastawieni do obcych z twojego kraju.

- To przez Armagedon'a...Już dawno chciałem zawrócić, ale mój koń jest strasznie uparty.

- Musisz go lepiej wyszkolić. Następnym razem może cię znaleźć ktoś inny. I zrobi to co powinien. Zabije cie. 

- A ty? Czemu tego nie zrobiłeś?

- Bo nie jestem moim ojcem. - powiedziałem, opuszkami palców przejeżdżając po blednącym powoli śladzie na moim policzku. - Nie jestem również zapatrzonym w niego ignorantem. Mam własny rozum. Nie stanowiłeś zagrożenia, nie atakowałeś, więc czemu miałbym coś ci robić? Moja matka nauczyła mnie tego co próbował zniszczyć ojciec... - zastanawiałem się czemu właściwie mu to mówię. Był wrogiem, przynajmniej dla mojego ojca. Co nie zmienia faktu, że nie powinien tyle o mnie wiedzieć.

- Dobrze niekiedy zwierzyć się komuś... Choć wiem, że tak trochę dziwnie  jest teraz...W końcu ty jesteś z Xansoss, a ja z Ashidee. No, ale nie rozumiem tej wrogości między naszymi królestwami.

- Twój pra-przodek zabił małżonkę mojego pra-przodka. I coś tam jeszcze. Bzdety - powiedziałem z obojętnością. Słyszałem kiedyś tą historię, ale nie przykładałem do niej jakiejś wielkiej uwagi. Nie wiedziałem sensu w patrzeniu w przeszłość skoro ważne jest tu i teraz. - Muszę wracać, a ty rób co chcesz. Na południowy-zachód są granice. Na północ nie idź, jeśli ci życie miłe. Żegnaj Connorze.

Ruszyłem do drzwi. Wypuściłem Izis i odwróciłem się w stronę chłopaka, uśmiechając się delikatnie.

- A by było zabawniej... Jestem Astrel Xansoss.

============================================
[poprawione i rozwinięte]

czwartek, 18 lutego 2016

Rozdział 1

Connor 

Po kolacji pożegnałem się z wszystkimi i ruszyłem w stronę swoich komnat. Ciemne korytarze i cisza panująca w zamku były kojące. Uśmiechnąłem się, widząc stosu książek w moimi pokoju, jako że służbie zakazałem dotykać moich książek, nie lubiąc, gdy nagle znikały z miejsca, w którym były, więc po dość jasnych komendach moje księgi stały tam gdzie je zostawiłem.
Wyciągnąłem z komody czystą piżamę, wolnym krokiem kierując się do łazienki. Służki już wszystko przygotowały i w pomieszczeniu unosiła się już przyjemna, delikatna woń kwiatu wiśni, uwielbiałem olejek o tym zapachu. Z westchnieniem wsunąłem się w gorącą wodę, powoli rozluźniając się w niej i pozwalając swoim myślą odpłynąć.

Dzisiejszy dzień był dość męczący. Ojciec coraz bardziej naciskał, bym z dniem swoich osiemnastych urodzin przejął od niego władzę. Nie przyjmował odmowy, a próba negocjacji była wręcz niemożliwa, gdy ten już wszystko sobie zaplanował. Miałem czasami dość, że nakładał na mnie te wszystkie obowiązki sądząc, że dam sobie radę, bo tak. Argument tak marny, a w jego ustach wielce ważny i nie do podważenia. Wątpiłem czy dam sobie radę być na miejscu ojca. Nie byłem taki jak on, nie umiałem twardą ręką rządzić innymi, a nawet skazywać ich na los gorszy od śmierci. Byłem jak matka, miałem miękkie serce i nie umiałem patrzeć na krzywdę innych, musiałem im pomóc, nawet jeśli kosztowało mnie do uszczerbek na zdrowiu. Nie umiałem być obojętny. A król nie mógł taki być. Musiał trzymać wszystko w ryzach, chronić ludzi i swoje terytorium, dokonywać wyborów, za które niektórzy go nienawidzili, odbierać innym członków rodziny, by wysłać ich na pewną śmierć i nigdy nie okazywać swoich słabości. Bo jeśli wróg zobaczy zawahanie to zaatakuje.

Przejechałem gąbką po swojej dłoni i w górę ramienia, wciąż czując narastające wątpliwości. Z władzą łączyła się wielka odpowiedzialność, a ja nie miałem pewności czy dam radę podołać pokładanych we mnie nadziejach. Mogłem znać nasze prawo i wszystkie formułki, nazwiska znanych rodów, imiona poprzednich władców, ale czy suche fakty pomogą mi wybrać czy słusznie będzie kogoś skazać albo czy wysłać wojska, a może ambasadora z traktatem pokojowym?
Jako król jedną decyzją mogłem przypieczętować życie tysięcy poddanych.

Wyszedłem z wanny chwytając ręcznik od stojącego dotąd w cieniu służącego. Owinąłem nim biodra, szybko się wycierając, by jak najszybciej opuścić chłodne pomieszczenie. Zimno drażniło moją rozgrzaną skórę, przyprawiając mnie o gęsią skórę. Ubrany w przydługą, białą koszulę i przyległe do mojego ciała spodnie wróciłem do swojej sypialni. Z wilgotnymi włosami podszedłem do szafki nocnej, następnie kładąc się na miękkim materacu. Okryłem się białą kołdrą, z westchnieniem opierając się o miękkie, granatowe poduszki, których ilość mnie śmieszyła, skoro rano większość z nich lądowała na podłodze.
Popatrzyłem na stosik ksiąg na moim nocnym stoliku, przyniosłem je wczoraj z biblioteki, ale przez nawał obowiązków nie udało mi się znaleźć chwili na przeczytanie choćby początku, którejś z nich. Z uśmiechem postanowiłem, że zacznę, którąś z nich jeszcze dzisiaj. Wziąłem przypadkową książkę o ciemnej okładce i otworzyłem ją. "Wampiryzm na przestrzenni wieków" był to temat według mnie dość interesujący. Ciekawiła mnie tajemnica jaką okrywano Xansoss.
Mój ojciec nie jest zachwycony moim nastawieniem do wampirów. Wciąż mi wypominał, że nie należy poświęcać tym pijawką tyle uwagi. Nie są warci, uwagi mojego syna... Jego słowa jednak nie przeszkadzały mi jednak w czytaniu wszystkiego co o nich było w naszych bibliotekach. Mógłbym spędzać tam całe dnie, szukając wzmianek o Xansoss i wampirach.

* * *

Z irytacją usiadłem na łóżku, nie mogąc znieść ciszy i bezczynności. Było parę minut po północy, a wciąż nie umiałem zasnąć. Chciałem coś zrobić, a leżenie pod kołdrą było trudne, gdy moje ciało wręcz krzyczało w potrzebie, wyjścia z zamku. Wpatrywałem się tępo w sufit, próbując wszelkich sposobów, by zasnąć, ale sen wciąż nie nadchodził. Ciągle zmieniałem pozycję, starając się znaleźć taką, która ułatwi mi zaśnięcie. Niestety było to na nic. Czy to leżałem na łóżku, czy też stałem koło okna, wpatrując się w jasny księżyc i ciemne niebo, na którym błyszczały gwiazdy. Nic nie pomagało. 

Westchnąłem cicho. Zeskoczyłem z zajmowanego przed chwilą fotela i przebrałem się w cieplejsze ubranie. Wyszedłem cicho z swojego pokoju. Rozejrzałem się dookoła, upewniając się, że nie natrafię na straż czy kogoś z rodziny. Gdy nikogo nie zauważyłem wybiegłem z pokoju i pokonałem truchtem wszystkie korytarze. Parę razy o mało co nie wpadłem na patrolującego strażnika lecz w porę udało mi się schować. Lata wymykania się z zamku nie poszły na marne. Już po paru minutach znajdowałem się w stajni. Podszedłem do boksu, w którym znajdował się rumak o lśniącej, czarnej sierści. Na mój widok zwierzę wesoło parsknęło.

- Masz ochotę na przejażdżkę Arma*? - spytałem, głaszcząc go delikatnie po pysku.

Arma na to pytanie kopnął w bramkę boksu. Posłem mu wesoły uśmiech i poszedłem po siodło, uzdę i potrzebne rzeczy. Gdy tylko wróciłem Armagedon już stał poza boksem. Zmrużyłem na niego oczy.

- Mówiłem Ci już byś tego nie robił - powiedziałem i założyłem mu derkę, a na nią siodło.

Kiedy przyszła pora na ogłowie ten bawiąc się ze mną, uciekał gdzie się dało. Po paru minutach wreszcie udało mi się go w pełni osiodłać. Wyprowadziłem go ze stajni, a gdy nikogo nie zauważyłem szybko wskoczyłem na jego grzbiet.

- Dobra Arma. Szybka przejażdżka i modlenie się, że ojciec nas nie zauważył.

* * *


Nie spodziewałem się, że będzie aż tak zimno. Zimy w Ashidee zawsze na początku były łagodne, dopiero w czasie ostatniego mroźnego miesiąca, nasze tereny ogarniał śnieżny chaos. Wszyscy kryli się w swoich domach, kryjąc się przed chłodem i prawie nikt z własnej woli nie wychodził w luźnej pelerynie, która nie dawała za dużo ciepła. Teraz karciłem się w myślach, że nie pomyślałem o zimowej pelerynie. Nie mniej jakoś nie koncentrowałem się na pogodzie, gdy opuszczałem zamek, pośpieszyłem delikatnie rumaka, wjeżdżając w las, który graniczył z terytorium Xansoss. Zapuszczanie się tu nie było najbezpieczniejsze, ale ciągnęło mnie do tego miejsca, do tajemnicy, którą ukrywano za zasłoną drzew.

Las o tej porze wyglądał cudownie. W dodatku księżyc i gwiazdy oświetlały białe płatki śniegu w dość magiczny sposób. Arma pośród białego lasu wyglądał przepięknie. Jego czarne namaszczenie kontrastowało z jasną barwą puchu. Zacisnąłem blade dłonie na wodzach i przyspieszyłem.

Czułem, że już całkiem przemokłem, ale nie chciałem wracać. Świeże powietrze uspokajało mnie, a piękne widoki zapierały mi dech w piersi. Nagle usłyszeliśmy z Armą jakiś hałas, a następnie huk. Szybko zacząłem go uspokajać, lecz to było na nic. Koń zaczął stawać dęba, przerażony nieznanym zagrożeniem, pomimo usilnych prób utrzymania się w siodle w końcu spadłem.

Mogłem nazwać to pechem, nieszczęśliwym losem. Twardo uderzyłem w podłoże, jęknąłem z trudem łapiąc powietrze, uniosłem rękę, dotykając pulsującego miejsca na mojej głowie. Z przerażeniem wyczułem śliską ciecz, a gdy odsunąłem dłoń, zobaczyłem na moich palcach szkarłatną krew. Ogarnęła mnie panika, gdy poczułem duszności, które odbierały mi powietrze z płuc. Mroczki przed oczami, przybrały na sile, powoli odpływałem. Ostatkiem sił zauważyłem uciekającego Armagedon'a.

=======================================================
* Arma - skrót od imienia Armagedon

[poprawione i rozwinięte]

ASTREL XANSOSS


Imię i nazwisko: Astrel Michelle Xansoss

Wiek: 21lat

Charakter: Astrel ma specyficzne poczucie humoru i uwielbia się przebywać na dworze. Humorzasty, czasami uszczypliwy i wredny. Jedną z jego najbardziej widocznych cech jest ciekawość, która nie raz wpakowała go w kłopoty oraz potrzeba pomocy osobie cierpiącej, czego nauczyła go matka. Jest osobą dociekliwą. Lojalny wobec przyjaciół i bliskich mu osób. Przez surowe wychowanie nauczył się obojętności - a przynajmniej tak myślał. Stara się chronić swojego młodszego brata Oliver'a przed niszczycielskim wpływem ojca, boi się, że ojciec skrzywdzi Olliego.

Wygląd: Był on młodzieńcem o lekko przydługich. kruczoczarnych włosach jak ojciec i dużych, bursztynowych oczach matki. Wysoki o dość szczupłej sylwetce z zarysowanymi mięśniami. 
Mleczno biała cera kontrastuje z czarnymi włosami. Rysy twarzy stonowane, z pozoru ostre, nie mniej kryje się w nich pewna delikatność. Niektórzy porównują go do ojca co go strasznie irytuje. Czarny tatuaż w kształcie sztyletu wbitego w serce, na rękojeści ostrza nonszalancko wisząca korona, znajduje się on na piersi.

Umiejętności: Walki uczył się od zaufanych strażników. Strzelanie z łuku i walkę wręcz opanował do perfekcji, pod ich czujnym okiem. Największy problem sprawiała mu jednak szermierka. Stara się rozwijać swoje wrodzone umiejętności. W walce kieruje się sprytem i opanowaniem, którego stara się pozbawić przeciwnika.
Wampirze dary: Wpływ na umysły innych ludzi, w tym wampirów choć w mniejszym stopniu. Potrafi również bezbłędnie stwierdzić czy ktoś kłamie. W mniejszym stopni rozumie obce języki. Dzięki próbie pomocy bratu w opanowaniu jego mocy żywiołów, odkrył ją także u siebie, nie opanował jej jednak do końca, wciąż się uczy i poznaje co może zrobić z pomocą tego daru.

Zwierzak:  Izis ~ śnieżna pantera. 


Inne zdj. Astrela:



 



Brat Astrela ~ Oliver (10lat)
 

 

CONNOR ASHIDEE


Imię i nazwisko: Connor Nexus Ashidee

Wiek: 18 lat

Charakter: Conni jest dość upartym chłopakiem. Jego ciekawość przyprawia mu przeważnie mnóstwo problemów. Nigdy nie rozumiał wrogości ludzi między wampirami. Ślepo dąży do sojuszu między nimi. Próbuje w każdym wyszukać dobro. Jest dość odważny i stara się zawsze być spokojnym. Niekiedy rzuci jakimś sarkastycznym komentarzem. Nie przepada za wszystkimi grzecznościowymi formułkami i łatwo się nimi denerwuje. 

Wygląd: Connor to drobny chłopak o jasnej cerze. Ma jedyny z całego rodu białe włosy i błękitne oczy. Wszyscy z Ashidee mają ciemne włosy, jak i oczy. Ma bardzo miękkie rysy twarzy, przez co w dzieciństwie porównywali go do dziewczynki. Jest osobą niskiego wzrostu. Jego delikatna i drobna postura, porównywana jest do kruchej porcelany. Jest dość wysportowany i bardzo zwinny. Na jego ustach bardzo często gości uśmiech. Wszyscy są zachwyceni jego wyglądem jak i charakterem.

Umiejętności: Jest bardzo szybki i zwinny przez ciągle treningi z nauczycielami. Jego sylwetka jednak temu przeczy. Potrafi świetnie jeździć konno oraz opanował na bardzo wysokim poziomie szermierkę. W wolnym czasie, którego ciągle mu brakuje, lubi czytać książki o wampirach..  Jest bardzo mądry jak na swój wiek. Próbuje cały czas dowiedzieć się, co się między tymi dwoma królestwami stało, że darzą się tak wielką wrogością.

Zwierzaki:
- Armagedon  - śliczny czarny rumak Connor'a. Zawsze ma za dużo energii przez co nie raz zrzucił chłopaka, jednak on nadal go uwielbia. Ojciec księcia już dawno chciał się pozbyć Army.
 https://encrypted-tbn3.gstatic.com/images?q=tbn:ANd9GcSk087G_HtBZCZZ3zJ6Nc3gxBduFjoXqk5WA85hukmfeNjjTAB28A

- Xell - biały wilk o czerwonych oczach; Connor ma go od urodzenia. Jest bardzo nadopiekuńczy przez brak stada.

Inne zdj. Connora: 



Siostra Connor'a - Lilianna (15 lat.)