czwartek, 18 lutego 2016

Rozdział 1

Connor 

Po kolacji pożegnałem się z wszystkimi i ruszyłem w stronę swoich komnat. Ciemne korytarze i cisza panująca w zamku były kojące. Uśmiechnąłem się, widząc stosu książek w moimi pokoju, jako że służbie zakazałem dotykać moich książek, nie lubiąc, gdy nagle znikały z miejsca, w którym były, więc po dość jasnych komendach moje księgi stały tam gdzie je zostawiłem.
Wyciągnąłem z komody czystą piżamę, wolnym krokiem kierując się do łazienki. Służki już wszystko przygotowały i w pomieszczeniu unosiła się już przyjemna, delikatna woń kwiatu wiśni, uwielbiałem olejek o tym zapachu. Z westchnieniem wsunąłem się w gorącą wodę, powoli rozluźniając się w niej i pozwalając swoim myślą odpłynąć.

Dzisiejszy dzień był dość męczący. Ojciec coraz bardziej naciskał, bym z dniem swoich osiemnastych urodzin przejął od niego władzę. Nie przyjmował odmowy, a próba negocjacji była wręcz niemożliwa, gdy ten już wszystko sobie zaplanował. Miałem czasami dość, że nakładał na mnie te wszystkie obowiązki sądząc, że dam sobie radę, bo tak. Argument tak marny, a w jego ustach wielce ważny i nie do podważenia. Wątpiłem czy dam sobie radę być na miejscu ojca. Nie byłem taki jak on, nie umiałem twardą ręką rządzić innymi, a nawet skazywać ich na los gorszy od śmierci. Byłem jak matka, miałem miękkie serce i nie umiałem patrzeć na krzywdę innych, musiałem im pomóc, nawet jeśli kosztowało mnie do uszczerbek na zdrowiu. Nie umiałem być obojętny. A król nie mógł taki być. Musiał trzymać wszystko w ryzach, chronić ludzi i swoje terytorium, dokonywać wyborów, za które niektórzy go nienawidzili, odbierać innym członków rodziny, by wysłać ich na pewną śmierć i nigdy nie okazywać swoich słabości. Bo jeśli wróg zobaczy zawahanie to zaatakuje.

Przejechałem gąbką po swojej dłoni i w górę ramienia, wciąż czując narastające wątpliwości. Z władzą łączyła się wielka odpowiedzialność, a ja nie miałem pewności czy dam radę podołać pokładanych we mnie nadziejach. Mogłem znać nasze prawo i wszystkie formułki, nazwiska znanych rodów, imiona poprzednich władców, ale czy suche fakty pomogą mi wybrać czy słusznie będzie kogoś skazać albo czy wysłać wojska, a może ambasadora z traktatem pokojowym?
Jako król jedną decyzją mogłem przypieczętować życie tysięcy poddanych.

Wyszedłem z wanny chwytając ręcznik od stojącego dotąd w cieniu służącego. Owinąłem nim biodra, szybko się wycierając, by jak najszybciej opuścić chłodne pomieszczenie. Zimno drażniło moją rozgrzaną skórę, przyprawiając mnie o gęsią skórę. Ubrany w przydługą, białą koszulę i przyległe do mojego ciała spodnie wróciłem do swojej sypialni. Z wilgotnymi włosami podszedłem do szafki nocnej, następnie kładąc się na miękkim materacu. Okryłem się białą kołdrą, z westchnieniem opierając się o miękkie, granatowe poduszki, których ilość mnie śmieszyła, skoro rano większość z nich lądowała na podłodze.
Popatrzyłem na stosik ksiąg na moim nocnym stoliku, przyniosłem je wczoraj z biblioteki, ale przez nawał obowiązków nie udało mi się znaleźć chwili na przeczytanie choćby początku, którejś z nich. Z uśmiechem postanowiłem, że zacznę, którąś z nich jeszcze dzisiaj. Wziąłem przypadkową książkę o ciemnej okładce i otworzyłem ją. "Wampiryzm na przestrzenni wieków" był to temat według mnie dość interesujący. Ciekawiła mnie tajemnica jaką okrywano Xansoss.
Mój ojciec nie jest zachwycony moim nastawieniem do wampirów. Wciąż mi wypominał, że nie należy poświęcać tym pijawką tyle uwagi. Nie są warci, uwagi mojego syna... Jego słowa jednak nie przeszkadzały mi jednak w czytaniu wszystkiego co o nich było w naszych bibliotekach. Mógłbym spędzać tam całe dnie, szukając wzmianek o Xansoss i wampirach.

* * *

Z irytacją usiadłem na łóżku, nie mogąc znieść ciszy i bezczynności. Było parę minut po północy, a wciąż nie umiałem zasnąć. Chciałem coś zrobić, a leżenie pod kołdrą było trudne, gdy moje ciało wręcz krzyczało w potrzebie, wyjścia z zamku. Wpatrywałem się tępo w sufit, próbując wszelkich sposobów, by zasnąć, ale sen wciąż nie nadchodził. Ciągle zmieniałem pozycję, starając się znaleźć taką, która ułatwi mi zaśnięcie. Niestety było to na nic. Czy to leżałem na łóżku, czy też stałem koło okna, wpatrując się w jasny księżyc i ciemne niebo, na którym błyszczały gwiazdy. Nic nie pomagało. 

Westchnąłem cicho. Zeskoczyłem z zajmowanego przed chwilą fotela i przebrałem się w cieplejsze ubranie. Wyszedłem cicho z swojego pokoju. Rozejrzałem się dookoła, upewniając się, że nie natrafię na straż czy kogoś z rodziny. Gdy nikogo nie zauważyłem wybiegłem z pokoju i pokonałem truchtem wszystkie korytarze. Parę razy o mało co nie wpadłem na patrolującego strażnika lecz w porę udało mi się schować. Lata wymykania się z zamku nie poszły na marne. Już po paru minutach znajdowałem się w stajni. Podszedłem do boksu, w którym znajdował się rumak o lśniącej, czarnej sierści. Na mój widok zwierzę wesoło parsknęło.

- Masz ochotę na przejażdżkę Arma*? - spytałem, głaszcząc go delikatnie po pysku.

Arma na to pytanie kopnął w bramkę boksu. Posłem mu wesoły uśmiech i poszedłem po siodło, uzdę i potrzebne rzeczy. Gdy tylko wróciłem Armagedon już stał poza boksem. Zmrużyłem na niego oczy.

- Mówiłem Ci już byś tego nie robił - powiedziałem i założyłem mu derkę, a na nią siodło.

Kiedy przyszła pora na ogłowie ten bawiąc się ze mną, uciekał gdzie się dało. Po paru minutach wreszcie udało mi się go w pełni osiodłać. Wyprowadziłem go ze stajni, a gdy nikogo nie zauważyłem szybko wskoczyłem na jego grzbiet.

- Dobra Arma. Szybka przejażdżka i modlenie się, że ojciec nas nie zauważył.

* * *


Nie spodziewałem się, że będzie aż tak zimno. Zimy w Ashidee zawsze na początku były łagodne, dopiero w czasie ostatniego mroźnego miesiąca, nasze tereny ogarniał śnieżny chaos. Wszyscy kryli się w swoich domach, kryjąc się przed chłodem i prawie nikt z własnej woli nie wychodził w luźnej pelerynie, która nie dawała za dużo ciepła. Teraz karciłem się w myślach, że nie pomyślałem o zimowej pelerynie. Nie mniej jakoś nie koncentrowałem się na pogodzie, gdy opuszczałem zamek, pośpieszyłem delikatnie rumaka, wjeżdżając w las, który graniczył z terytorium Xansoss. Zapuszczanie się tu nie było najbezpieczniejsze, ale ciągnęło mnie do tego miejsca, do tajemnicy, którą ukrywano za zasłoną drzew.

Las o tej porze wyglądał cudownie. W dodatku księżyc i gwiazdy oświetlały białe płatki śniegu w dość magiczny sposób. Arma pośród białego lasu wyglądał przepięknie. Jego czarne namaszczenie kontrastowało z jasną barwą puchu. Zacisnąłem blade dłonie na wodzach i przyspieszyłem.

Czułem, że już całkiem przemokłem, ale nie chciałem wracać. Świeże powietrze uspokajało mnie, a piękne widoki zapierały mi dech w piersi. Nagle usłyszeliśmy z Armą jakiś hałas, a następnie huk. Szybko zacząłem go uspokajać, lecz to było na nic. Koń zaczął stawać dęba, przerażony nieznanym zagrożeniem, pomimo usilnych prób utrzymania się w siodle w końcu spadłem.

Mogłem nazwać to pechem, nieszczęśliwym losem. Twardo uderzyłem w podłoże, jęknąłem z trudem łapiąc powietrze, uniosłem rękę, dotykając pulsującego miejsca na mojej głowie. Z przerażeniem wyczułem śliską ciecz, a gdy odsunąłem dłoń, zobaczyłem na moich palcach szkarłatną krew. Ogarnęła mnie panika, gdy poczułem duszności, które odbierały mi powietrze z płuc. Mroczki przed oczami, przybrały na sile, powoli odpływałem. Ostatkiem sił zauważyłem uciekającego Armagedon'a.

=======================================================
* Arma - skrót od imienia Armagedon

[poprawione i rozwinięte]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz