piątek, 19 lutego 2016

Rozdział 2

ASTREL

Zrób to, zrób tamto, a tego nie nawet nie dotykaj! Ile jeszcze będzie chciał rządzić moim życiem? Miałem dość jego osoby, która za punkt honoru przyjęła sobie kontrolowanie każdego mojego kroku. Dotknąłem delikatnie śladów jego paznokci na moim policzku, zadrapania piekły, sprawiając, że miałem ochotę się na kimś wyżyć. Jeśli ten ślad jego niezadowolenia szybko nie zniknie, to jestem skłonny zrobić mu krzywdę. Byłem wściekły, jak śmiał próbować wciągnąć w te swoje polityczne gierki dziesięciolatka. Już nawet nie wspominając, że własnego syna. Czemu był taką kreaturą, która w ogóle nie szanowała swojej rodziny. Pragnienie władzy i jego zachłanność, sprowadzi na niego nieszczęście, nawet nie widzi swoich błędów, a nikt mu ich nie wytknie, by nie zostać publicznie straconym. Jedyną osobą, która mu się stawiała byłem ja.
Byłem ciekaw czy byłby zdolny do skazania swojego dziedzica na śmierć, choć właściwie nie zdziwiłby mnie tym. Pogodziłem się już z tym, że mój ojciec jest bezdusznym potworem, który oszalał z chęci władzy nad innymi. Tu nawet nie chodziło o wrodzony wampiryzm i potężną moc, on po prostu taki był, cieszył się z zadawania bólu, nie współczuł i nie żałował. Rządził żelazną ręką, wzbudzając strach we własnych poddanych.

Przyśpieszyłem kroku, jakby w próbie wyprzedzenia swoich myśli, zgubienia ich między drzewami. Szybki spacer przez ciemny las był moim sposobem na uspokojenie się, cisza i izolacja, którą mogłem się tu otoczyć były kojące. Zerknąłem na moją młodą towarzyszkę, która wesoło machając ogonem polowała na białe płatki śniegu, które leniwie opadały na ziemię. Izis wydawała się całkowicie skupiona na swoim polowaniu.
Las zawsze był miejscem, w które udawałem się po cięższych kłótniach z ojcem lub gdy potrzebowałem pobyć sam. Znajdywałem tu spokój, którego w takich chwilach potrzebowałem. Na granicach gdzie nie powinienem się pojawiać, miałem nawet swoją małą chatkę z drewna. Znalazłem ją, gdy wraz z Marcusem wymknąłem się z zamku i błądziliśmy bez celu po tym lesie. Z przyjacielem odnowiłem go, tworząc tam swój azyl. Miejsce, o którym nie wiedział mój ojciec, mogłem tam spędzać cały dzień nie nękany przez nikogo. Z dala od tych wszystkich sztywniaków, od despotycznego ojca czy też straży na każdym kroku. Ludzi, którzy tylko czekali na mój  błąd, na chwilę słabości, którą mogli by wykorzystać.

Zmarszczyłem brwi wychwytując w oddali stukot kopyt, przekrzywiłem głowę, pociągając lekko nosem. Zatrzymałem się w miejscu, gdy wyczułem, że to człowiek. Byłem prawie pewny, że nie jest on stąd. Poddani ojca nie zapuszczali się w las o takiej porze i w tak mroźną pogodę. Byłem ciekaw co tu robi, ale najlepszym co mogłem zrobić to było zignorowanie jego osoby.
Według prawa powinienem go przyprowadzić przed oblicze ojca, ale robienie mu na złość poprawia mi zawsze humor. Moje rozmyślania przerwał huk upadającego starego drzewa i ryk przestraszonej hałasem Izis. Usłyszałem jak koń człowieka parska i rzuca się, od nieznajomego biła aura niepokoju, która mnie jakoś drażniła. Wychwyciłem moment, w którym spadł ze swojego rumaka i uderzył boleśnie w ziemię. Zacisnąłem wargi czując delikatną, kuszącą woń powoli unoszącą się w powietrzu.

Naciągnąłem kaptur peleryny na swoją twarz i prowadzony instynktem skierowałem się prosto w stronę osoby, którą mój umysł uznał za wspaniałą, łatwą zdobycz. Moje kły delikatnie naciskały na moją dolną wargę. Panowałem nad sobą, ale moja natura wyszła na wierzch, gdy poczułem odurzający zapach krwi. Izis podbiegła do mnie ocierając się o moje nogi, dziabnęła lekko moją dłoń jakby chciała mi okazać swoje wsparcie, a po chwili zniknęła między drzewami.
Przedarłem się przez krzaki, wychodząc na zasypaną śniegiem dróżkę. Szybko podszedłem do pantery śnieżnej, która siedziała przy nieprzytomnym chłopaku. Wyglądał jak porcelanowa lalka o zsiniałych wargach i delikatnych rysach twarzy, taki kruchy... Jego białe włosy po lewej stronie głowy były zlepione krwią. Zapewne upadł prosto na jakiś kamień czy bryłę lodu. Chłopak był widocznie zmarznięty. Co nie było dziwne, bo nie miał przy sobie zimowej peleryny, a tylko jakiś cienki materiał, który dawał mu tyle co nic. Ściągnąłem ją, zauważając, że była całkowicie przemoczona.

Uroda młodzieńca nie pasowała do osób zamieszkujących Xansoss. Skoro przybył z Ashidee nie mogłem go wziąć do zamku, by ojciec go nie zabił. Mogłem go tu zostawić i pozwolić by umarł, nie zachowałbym się wtedy lepiej niż mój ojciec. Inną opcją było wzięcie go do mojej chatki, która była jakieś półgodziny, godzinę drogi stąd.

Moja mama nie pozwoliłaby mi przejść obojętnie obok tego chłopaka. Jej uosobienie tak przeciwne i niepasujące do jej męża. Była ona troskliwą kobietą, która każdego traktowała jak równego sobie, kochała opiekować się tymi, którzy sami nie mogli o siebie zadbać. Jej opiekuńcza natura była czymś co wpoiła we mnie, pomimo potknięć po moich narodzinach, nie miałem jej za złe tego co zrobił ojciec. Wiedział jak ukryć przed nią, że katuje jej dziecko.

Westchnąłem na istotę, której serce powoli zwalniało, a organizm powoli pozwalał wygrać temperaturze. Ściągnąłem swoją pelerynę, nie odczuwając zmiany temperatury i owinąłem nią szczupłe ciało chłopaka. Bez trudu wstałem wraz z nim na rękach i przyciskając go do siebie, spróbowałem użyć swojej niedawno odkrytej sztuczki i ogrzać powietrze wokół nas. Uśmiechnąłem się delikatnie, czując jak białowłosy wtula się we mnie. Jego kuszący zapach otulał mnie, sprawiając, że miałem ochotę skosztować jego krwi i ciała. Chciałem go.

*

Skończyłem przemywać ranę na głowie białowłosego i spojrzałem na jego brzuch gdzie dopiero niedawno zauważyłem głębokie zranienie. Wypłukałem szmatkę, zmieniając wodę i delikatnie przekręcając ciało nieprzytomnego chłopaka, by zająć się rannym bokiem. Nieznajomy trochę się pokręcił, najwyraźniej odczuwając ból, gdy przeczyściłem ranę wacik ze środkiem przeciwbólowym. Ucieszyłem się, gdy skończyłem, przykryłem go kołdrą i skierowałem się do przyległego pomieszczenia, gdzie mogłem umyć dłonie z krwi chłopaka.

Zagotowałem wodę, robiąc sobie herbatę. Nie pozostało mi nic innego jak poczekać aż nieznajomy się obudzi. Nie sądzę, by w swoim stanie mógł wrócić bez konia do Ashidee, więc musiałby tu zostać, a to niosło by duże niebezpieczeństwo. Popijając ciepły napój czytałem książkę. W którymś momencie poczułem na sobie czyjeś spojrzenie. Najwyraźniej moja dama w opałach się obudziła, pomyślałem.

- Co robisz po za swoimi granicami? - zapytałem, zamykając czytaną książkę i podnosząc głowę, by spojrzeć na białowłosego, który wpatrywał się we mnie jasnymi błękitnymi tęczówkami. Blade palce zaciskał kurczowo na kołdrze. Wyglądał na przestraszonego, choć wyraźnie starał się to ukryć.

- Przejeżdżałem. Mój koń się spłoszył... Gdzie my jesteśmy? I kim ty jesteś? - posłałem mu złośliwy uśmiech. Panika w jego oczach w pewien sposób mnie bawiła, ale z drugiej strony mu współczułem. Był w niewiadomym miejscu, z obcym mężczyzną i był ranny. To jasne, że czuł się zagrożony w takiej sytuacji.

- Chatka w lesie Xansoss. - powiedziałem spokojnym tonem. Oczy chłopaka rozszerzyły się po moich słowach. Cały czas przyglądałem się błękitnookiemu i próbuowałem zignorować jego szybko bijące serce. Nie było to najłatwiejsze w takim małym pomieszczeniu, gdzie jego zapach i krew wręcz mąciły moje zmysły. - Nazywam się Astrel.

- Nie powinienem tu być... Ojciec mnie zabije - chłopak próbował wstać, ale od razu syknął z bólu.

- To może powiesz mi chociaż jak się nazywasz?

- Connor - mruknął. Posłałem mu delikatny uśmiech, a ten spiął się widocznie, najwyraźniej zauważając koniuszki kłów. Wzruszyłem ramionami, pochylając się i opierając łokcie o swoje kolana i łapiąc kontakt wzrokowy z chłopakiem.

- Tak, więc Connor... Przez jakiś czas musisz leżeć i odpoczywać chyba, że jesteś masochistą. Mogę ci pomóc... ale najprawdopodobniej odmówisz. Więc zostajesz tu, bo twój konik uciekł w siną dal.

- Ale...Ja muszę wrócić...- zmrużyłem oczy zirytowany.Czemu nie mógł się pogodzić z tym, że jego obrażenia nie pozwolą mu dotrzeć do domu. Nie po to go ratowałem, by teraz patrzeć jak ten chce jeszcze raz ryzykować swoje życie.

- Jesteś z Ashidee? - zapytałem po dłuższej chwili. Chciałem się upewnić, a widząc drgnięcie, gdy zadałem mu to pytanie miałem pewność, co do jego pochodzenia.

- Tak...? - powiedział niepewnie. - Czy to ważne? - spytał już bardziej pewnie. Ta postawa była urocza, gdy miał świadomość, że nie ma szans i gdybym chciał byłby już martwy. Westchnąłem, z rozbawionym uśmiechem kręcąc głową.

- Ojciec mnie zabije - wymruczałem. Wstałem i spojrzałem na chłopaka, który wpatrywał się we mnie wielkimi oczami. Skrzywiłem się. Kolejny, który myśli, że każdy wampir to bezduszny potwór, który w końcu zabije. - Nie zjem cię. A teraz szybka decyzja. Pijesz trochę mojej krwi, która uzdrowi twoje rany albo zostajesz tu.  

- Nie sądziłem, że mnie zjesz - parsknął. Poczułem się lepiej, gdy nie wyczułem charakterystycznego uczucia, gdy ktoś przy mnie kłamał. - Ja... chcę spróbować. Zróbmy to.

Uniosłem lekko kąciki ust, naciąłem kłem swój nadgarstek i podsunąłem go Connorowi przed twarz. Jego niepewna mina mnie rozbawiła. Przełknął głośno ślinę, patrząc na mój krwawiący nadgarstek, a następnie prosto w moje oczy.

- Skoro z nadgarstka nie... to może w inny sposób? - zapytałem po chwili, gdy poczułem jak rana zasklepia się. Białowłosy przypominał mi przez chwilę kociaka, który widzi nową zabawkę. Spojrzał na mnie, delikatnie przekrzywiając głowę w bok, jakby pomagało mu to w myśleniu. Kucnąłem między jego udami, przyglądając się jego twarzy, by zaobserwować jego reakcję.

- Jak?

- Mogę na ciebie wpłynąć byś to zrobił i zapomniał... Możemy też się zabawić i wykonać krwawy pocałunek, który jest dość przyjemną formą, takiego przyjmowania krwi. Do wyboru do koloru, księżniczko. - zakpiłem z szerokim uśmiechem. Policzki białowłosego zaczerwieniły się, a wzrok zatrzymał się na jego dłoniach.

- N-nie wiem... - przygryzłem wargę, by się nie zaśmiać. Stwierdziłem, że on nie da rady podjąć za szybko decyzji, a ja nie miałem zamiaru spędzić tu całego dnia, a raczej nocy. Dlatego też zanim chłopak zareagował przyciągnąłem go do siebie przecinając sobie delikatnie język i czując krew zbierającą mi się w ustach. Białowłosy z zaskoczenia otworzył usta co ułatwiło mi zadanie. Gdy zaczął niepewnie odpowiadać na mój pocałunek, upewniłem się, że przełknął odpowiednią ilość krwi. Rana na języku szybko się zasklepiła, ale jakość samolubnie trwałem w pocałunku z człowiekiem. Nie mogło to jednak trwać wiecznie, więc odsunąłem się od niego powoli z satysfakcją obserwując jaskrawy rumieniec na jego twarzy.

- Poczekaj trochę nim stąd uciekniesz. - oznajmiłem, oblizując lubieżnie usta i uśmiechając się, gdy podchwyciłem wzrok Connora, który wpatrywał się w moje usta. Cóż za urocza istota, pomyślałem. Od dawna unikałem ludzi, jeśli nie liczyć służki, która robiła za moją żywicielkę. Patrząc na chłopaka siedzącego przede mną przypominała mi się mała dziewczynka, którą zabił mój ojciec. Westchnąłem, nie chcąc pogrążać się w tym wspomnieniu. Skoncentrowałem się na błękitnookim, który nie odrywał ode mnie wzroku.

- Dziękuję. - powiedział cicho i oblizał powoli swoje wargi. Śledziłem ten z pozoru niewinny gest z dziwną fascynacją. - Nazywam się Connor Ashidee...

- Cóż za zaszczyt. Wybacz, ale kłaniać się nie będę. - zakpiłem z rozbawieniem. 

- Nie oczekuję tego. - parsknął białowłosy. Otwierałem już usta, by odpowiedzieć, gdy do pomieszczenia wpadła, wesoło podskakując Izis. Kotka z zainteresowaniem obwąchała obcego, który patrzył na nią z zaskoczeniem. Nie przejęta nim wróciła do mnie, trącając mnie.

- Jak widzę poganiałaś sobie malutka. - mruknąłem, siadając na podłodze i głaszcząc jej chłodne futro. Kocica odwróciła swój łebek w kierunku błękitnookiego, który wpatrywał się w nas z zaciekawieniem. - Czemu wybrałeś się na przejażdżkę o tak późnej porze księciuniu?

- Nie nazywaj mnie tak. - spojrzał na mnie dość poważnym wzrokiem. - Lubię zimę, las, noc...No i nie potrafiłem spać.

- I dlatego przekroczyłeś granice narażając się na atak? Wiesz wampiry nie są zbyt entuzjastycznie nastawieni do obcych z twojego kraju.

- To przez Armagedon'a...Już dawno chciałem zawrócić, ale mój koń jest strasznie uparty.

- Musisz go lepiej wyszkolić. Następnym razem może cię znaleźć ktoś inny. I zrobi to co powinien. Zabije cie. 

- A ty? Czemu tego nie zrobiłeś?

- Bo nie jestem moim ojcem. - powiedziałem, opuszkami palców przejeżdżając po blednącym powoli śladzie na moim policzku. - Nie jestem również zapatrzonym w niego ignorantem. Mam własny rozum. Nie stanowiłeś zagrożenia, nie atakowałeś, więc czemu miałbym coś ci robić? Moja matka nauczyła mnie tego co próbował zniszczyć ojciec... - zastanawiałem się czemu właściwie mu to mówię. Był wrogiem, przynajmniej dla mojego ojca. Co nie zmienia faktu, że nie powinien tyle o mnie wiedzieć.

- Dobrze niekiedy zwierzyć się komuś... Choć wiem, że tak trochę dziwnie  jest teraz...W końcu ty jesteś z Xansoss, a ja z Ashidee. No, ale nie rozumiem tej wrogości między naszymi królestwami.

- Twój pra-przodek zabił małżonkę mojego pra-przodka. I coś tam jeszcze. Bzdety - powiedziałem z obojętnością. Słyszałem kiedyś tą historię, ale nie przykładałem do niej jakiejś wielkiej uwagi. Nie wiedziałem sensu w patrzeniu w przeszłość skoro ważne jest tu i teraz. - Muszę wracać, a ty rób co chcesz. Na południowy-zachód są granice. Na północ nie idź, jeśli ci życie miłe. Żegnaj Connorze.

Ruszyłem do drzwi. Wypuściłem Izis i odwróciłem się w stronę chłopaka, uśmiechając się delikatnie.

- A by było zabawniej... Jestem Astrel Xansoss.

============================================
[poprawione i rozwinięte]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz