wtorek, 17 stycznia 2017

Rozdział 3

Connor

Przez całą drogę narzekałem na Armagedon'a, że spłoszył się wtedy przy huku. Droga zajęła mi parę godzin. Byłem już całkiem przemoknięty i zmęczony. Gdy tylko wszedłem na główny plac zamkowy uśmiechnąłem się. Marzyła mi się teraz gorąca kąpiel i długi sen pod ciepłymi kocami w moim łóżku.

- Paniczu? - usłyszałem za sobą głos jednego z strażników. Nie miałem ochoty się zatrzymać i tłumaczyć, czemu to jestem o świcie na dworze w dodatku cały przemoczony i drżący z zimna. Każdy mocniejszy powiew wiatru przyprawiał mnie o gęsią skórkę.Westchnąłem, odwracając się w jego stronę poruszając się z nogi na nogę przez zimno.

- Słucham - spojrzałem na niego spod grzywki. Moje włosy pierwszy raz ułożyły się posłusznie na głowie, pomyślałem z rozbawieniem. Strażnik przyglądał mi się, próbując unikać kontaktu wzrokowego.

- Co Panicz tu robi o tej porze, w dodatku całkiem przemoknięty?

Mężczyzna szybko zdjął z siebie ciepłą pelerynę z herbem i narzucił mi ją na ramiona. Strażnik był wyższy ode mnie. Miał dłuższe, ciemno brązowe włosy, teraz pokryte lekko śniegiem. Na jego twarzy był parodniowy zarost, który dodawał mu powagi, choć jego czekoladowe oczy błyszczały przyjaźnie. Wydawał się być dość młody, jeszcze nie nauczył się przybierać maski obojętności na twarz, było to coś co rozróżniało nowych i starych strażników.

- Jak się nazywasz? - spytałem, owijając się peleryną mężczyzny. Czułem przyjemne ciepło, które powoli docierało do zmarzniętych mięśni. Spojrzałem ze zmęczeniem na strażnika, który wydawał się zdziwiony moim pytaniem. Pośpieszyłem go dłonią, naprawdę chcąc już znaleźć się w swoim pokoju i zasnąć pod ciepłą pierzyną.

- Jonathan Dover, paniczu. - odpowiedział, od razu kłaniając się. Wywróciłem oczami nadal nie rozumiejąc tego szacunku do mnie. Jeszcze nawet królem nie byłem, a wszyscy zachowywali się jakbym już nosił koronę i mógł ich skazać za najmniejszy błąd.

- Tak więc Jon... Mój koń się spłoszył i uciekł. Musiałem wracać na nogach. - odpowiedziałem wymijająco. Nie wdawałem się w szczegóły mu były niepotrzebne, a mogły mi przysporzyć wielkich kłopotów ze strony ojca, który najchętniej zamknąłby mnie w przysłowiowej wieży, gdzie miałby pewność, że nie ucieknę i nie będę ryzykować, że ktoś odbierze mi życie.

- Ale to nie wyjaśnia Paniczu... - przerwałem mu natychmiast.

- Przestań z tym "Paniczem". Nazywam się Connor i tak masz się do mnie zwracać - powiedziałem, powoli kierując się do wejścia. Wiedziałem, że ojciec nie pochwalałby mojej decyzji, by zwykły strażnik mógł mówić do mnie po imieniu, czyli jako on sądził bez szacunku. Nie rozumiałem go, według mnie mogli mi go nie okazywać, nawet gdy zwracali się do mnie z tą grzecznościową formułką. Westchnąłem, zerkając na ciemnookiego strażnika, który widocznie zmieszany szedł za mną.

- Connor... co robiłeś o tak późnej porze w lesie? - dokończył, patrząc na mnie niepewnie.

- Nie umiałem zasnąć, więc wybrałem się na przejażdżkę. Nic mi się nie stało, więc szczegółowego opisu nie potrzebujesz. Jon nie mów tego mojemu ojcu - spojrzałem na niego z powagą. Gdyby mój ojciec się o tym dowiedział. Już wyobrażałem sobie długie rozmowy jaki jestem nie odpowiedzialny. Wizyty lekarzy sprawdzający każdy skrawek mojego ciała i mnóstwo służek wokół.

- Ale ja powinienem...

- Ile ci płacą? - od razu spytałem wiedząc, że nie załatwię tego inaczej. Nie pochwalałem tego typy szantażu, ale od tego zależało czy wciąż będę mógł opuszczać zamek kiedy będę chciał. Nie wytrzymałbym długo, gdybym musiał się trzymać tylko w okolicach zamczyska.

- Grosze... - odparł cicho. Wydawał się zawstydzony, patrząc w ziemię z lekkim rumieńcem na policzkach. Kiwnąłem z zamyśleniem głową, gdy ten otworzył przede mną drzwi na korytarz.
Posłałem mu zirytowane spojrzenie, ale brunet całkowicie mnie zignorował.

- Będziesz od dziś moim strażnikiem. Zapłacę pięć razy więcej niż mój ojciec ci daje. Tylko masz milczeć.

Widziałem jak oczy mężczyzny widocznie zamigotały. Spodziewałem się takiej reakcji, nocni strażnicy byli opłacani jakimiś marnymi sumami pieniędzy. Zastanawiałem się czy gdyby nie mogli mieszkać w zamku, to czy udało by im się zapłacić jakikolwiek czynsz za pokój w gospodzie. Nie lubiłem krytykować ojca, ale sądziłem, że powinien więcej płacić ludziom, którzy zapewniają bezpieczeństwo mu i jego rodzinie, a nawet poddanym. Bez szemrania wykonując swoje obowiązki.

- Dziękuję - powiedział, kłaniając mi się. Jego twarz wyrażała wielką wdzięczność, posłałem mu uśmiech ciesząc się, że nie tylko udało mi się zataić prawdę przed ojcem, ale i uszczęśliwić kogoś paroma złotymi monetami.

* * *

Po długiej kąpieli w ciepłej wodzie czułem, że wreszcie mój organizm wrócił do odpowiedniej temperatury. Przebrałem się w cieplejsze ubranie do spania i położyłem się na łóżku. Owinąłem się w kołdrę, przytulając się do poduszek. Nie dane było mi pospać. Po krótkim pukaniu do mojej sypialni wpadła radosna jak zawsze dziewczyna. Usiadła obok mnie i zaczęła, wbijać mi palec w żebra. Warknąłem pod nosem przekleństwo spoglądając w jej jasno niebieskie oczy.

- Conni wstawaj. Jest już pora śniadania. W dodatku masz zaraz trening, a obiecałeś przed tym dać mi te książki o szermierce, z których sam się uczyłeś. - powiedziała, wzdychając. Z niezadowoleniem poprawiła materiał swojej granatowej sukni. Lilianna najprawdopodobniej marzyła by ją ściągnąć i założyć jakieś luźniejsze ubranie. Moja siostra jak na królewską córkę, nie lubowała się w drogich sukniach pełnych złoceń i drogocennych ozdób, wciąż narzekała na duszące gorsety i nadmiar materiału w swoich strojach.

- Ojciec zabronił ci się uczyć jakiejkolwiek walki - mruknąłem pod nosem, próbując zasnąć. Byłem wykończony nocnym wypadem, ze zwykłej przejażdżki zrobiła się historia rodem z bajek. Panicz w opałach i tajemniczy książę, ratujący go z uśmiechem rozbawienia na ustach i błyskiem w oczach.

- Braciszku, nie chcę być skazana na wachlarz i herbatki z mamą - spojrzała na mnie błagalnie, robiąc smutne oczy, które potrafiły zdziałać cuda, gdy chciała coś ugrać u rodziców. Jej spojrzenie miało w sobie coś co przyciągało i prosiło o pomoc. Westchnąłem, siadając. Opowiedziałem Lilianie o mojej małej, nocnej przygodzie. Ta jak zawsze radośnie i z zafascynowaniem pytała się o każdy szczegół historii. Uwielbiała słuchać sekretów. Szczególnie, gdy mogła je później wykorzystać przeciwko mnie.

- Obudziłem się potem w domku... - powiedziałem, na co jej oczy bardziej zamigotały.

- A ten chłopak. Przystojny chociaż? - spytała się mnie z ciekawością i skupieniem na twarzy. Jej oczy błyszczały ukazując jej zainteresowanie. Dziewczyna wyraźnie wciągnęła się w tą historię, a szczególnie zainteresował ją Astrel... Uśmiechnąłem się na krótkie wspomnienie czarnowłosego.

- Bardzo. Lilka nie mów tego nikomu, a dostaniesz ode mnie wszystkie książki jakie będziesz chciała. - powiedziałem poważnie, przyglądając się jej z uwagą. Zależało mi na tym, by to co mówiłem dziewczynie nie wyszło po za ten pokój. Chciałem się komuś wygadać, a siostra wydawała się najlepszym wyborem, bo jednak potrafiła mnie wesprzeć, gdy wymagała tego sytuacja. - Obiecujesz?

- Obiecuje! - odpowiedziała radośnie, przykładając dłoń do piersi w geście przysięgi. Westchnąłem, biorąc głęboki wdech nim zebrałem się w sobie, by wydusić z siebie prawdę. 

- To był Astrel Xansoss - jęknąłem, kładąc się na brzuchu i przyciskając twarz do poduszki. Czułem się zawstydzony wspominając pocałunek z chłopakiem. To był pierwszy pocałunek podczas, którego nie odczuwałem niechęci, a wręcz chciałem więcej. Czułem wpływający na moją twarz rumieniec.

- No to mamy mały problemik... - mruknęła Lils z zastanowieniem w głosie. - Może spróbuj nakłonić ojca na sojusz?

- On jest głuchy na moje prośby - prychnąłem. Nie raz próbowałem, pokazać ojcu swój punkt widzenia na sprawę wrogości naszych sąsiadujących królestw. Mówiłem o tym, jak możemy sobie wzajemnie pomóc odmiennymi surowcami, nawet nasze odmienne kultury mogły wnieść coś nowego do naszych państw.

- Porozmawiam z mamą o tym... A ty śpij, bo wyglądasz jak trup - powiedziała, mierzwiąc moje włosy. Odepchnąłem jej dłoń, nie odpowiadając i kładąc się wygodniej na łóżku. Dziewczyna z cichym pożegnaniem wyszła z mojego pokoju, a ja z radością przyjąłem spokój i ciszę. Przez chwilę szukałem najwygodniejszej pozycji, kręcąc się aż w końcu owijając się ciasno kołdrą, zamknąłem oczy.

Warknąłem zły, gdy kolejny raz usłyszałem pukanie do drzwi. Czy oni uparli się dziś na mnie? Wtulając się mocniej w poduszę, postanowiłem zignorować osobę, która stała za drzwiami. Naprawdę chciałem zasnąć i odpocząć, mogą to uszanować i dać mi dzisiaj spokój?
Leżąc w ciepłej pościeli było mi tak dobrze, w głowie pojawiło mi się wspomnienie młodego Xansossa, klęczącego między moimi udami. Chłopak miał w sobie magnetyzm, który mnie do niego przyciągał, czułem dziwną potrzebę, by jeszcze raz poczuć jego wargi. Myśl ta była zawstydzająca, ale pierwszy raz na samo wspomnienie kogoś przechodził mnie elektryzujący dreszcz, który przyprawiał mnie o szybsze bicie serca.

- Książę? - wtuliłem się mocniej w poduszkę, rozpoznając głos strażnika, który mnie rano przyłapał na wkradaniu się do zamku. - Connor?

- Nie ma mnie... - wymruczałem w poduszkę, jednak i tak usłyszałem otwieranie się drzwi. Ukryłem się jeszcze bardziej pod kołdrą, mając nadzieje, że mężczyzna zrozumie tą aluzję i po prostu sobie pójdzie, nie odzywając się do mnie.

- Ojciec chce cię widzieć - powiedział Jon, naruszając cisze, która panowała w pomieszczeniu. Słysząc jego słowa poczułem nagły niepokój. Powoli usiadłem, przyglądając się podejrzliwie mężczyźnie, który obiecał, że będzie milczeć. Czyżby złamał dane mi słowo i poleciał do mojego ojca ze skargą?

- Czego chce? Mówiłeś mu coś?

- Oczywiście, że nie. Myślę, że chodzi o to czemu nie zjawiłeś się na śniadaniu...

- To powiedz mu, że się źle czuję i nie mam zamiaru wychodzić z łóżka - ziewnąłem i schowałem z powrotem głowę pod poduszkę, myśląc, że tą rozmowę mogę uznać za zakończoną. Mężczyzna jednak chrząknął, chcąc zwrócić na siebie uwagę. Posłałem mu niechętne spojrzenie z nad poduszki, na co się widocznie spiął.

- Wtedy najprawdopodobniej tu przyjdzie, by sprawdzić czy, aby nie potrzebujesz pomocy lekarza. - mruknął cicho, ale w pokoju, w którym byliśmy tylko my udało mi się wychwycić te słowa. Westchnąłem z irytacją, musząc przyznać mu z niechęcią rację. Jeśli mój ojciec dowie się, że coś jest ze mną nie tak, to od razu zjawi się tu z lekarzem i służkami, gotowymi wykonać każdy rozkaz chorującego księcia. Jęknąłem, opierając czoło o poduszkę.

- Wygrałeś. - powiedziałem, siadając na łóżku i patrząc na delikatnie uśmiechniętego mężczyznę. Poprawiłem dłonią sterczące w każdą stronę włosy, rozglądając się po pokoju z niechęcią. Najchętniej zostałbym cały dzień w łóżku, ale najwyraźniej jako przyszły król nawet tego mi nie wolno. - Spotkam się z ojcem w jego gabinecie.

- Powiadomię króla - oznajmił, kłaniając się i wyszedł z pomieszczenia, nim zdążyłem mu coś powiedzieć. Westchnąłem, opadając na nowo na poduszki. Leżałem tak, wpatrując się w sufit i rozmyślając. Wiedziałem, że ojciec oczekuje, że od razu stawię się u niego, ale opuszczenie łóżka w moim stanie fizycznym, jak i psychicznym było trudne. Ubierając się w swoje cieplejsze rzeczy, myślałem co takiego chce ode mnie ojciec. Może ktoś inny mnie widział i mu doniósł? Albo niepotrzebnie panikuje i naprawdę zmartwił się moją nieobecnością na śniadaniu. Nie potrafiąc pozbyć się obaw ruszyłem korytarzami prosto w stronę zachodniej części zamku, gdzie znajdowały się mniej prywatne pomieszczenia, jak gabinet króla czy też sala obrad, sala balowa. Patrząc przez mijane okna, widziałem delikatne promienie słońca rozjaśniające biały śnieg. Widziałem jak dziane w zimowe peleryny strażnicy i słudzy, kręcą się po głównym dziedzińcu.

Westchnąłem, zatrzymując się przed masywnymi drzwiami z ciemnego drewna. Strażnik stojący przed nimi skinął mi z szacunkiem głową i zapukał, następnie słysząc zaproszenie otworzył je przede mną. Powstrzymałem cisnące mi się na usta "dziękuję" i wszedłem do środka. Stary gabinet wypełniały regały pełne starych ksiąg, w powietrzu wyczuwało się delikatną woń perfum, a w wpadających promieniach słońca tańczyły drobinki kurzu. Mój ojciec siedział za zawalonym dokumentami biurku, pisząc coś powoli w wielkiej księdze.

- Co tak długo? - spytał od razu, gdy przekroczyłem próg gabinetu. Uniósł głowę, a jego ciemno szare tęczówki przyglądały się mi z błyskiem zmartwienia. Tylko to powstrzymało mnie od dziecinnego fuknięcia "bo tak" na jego pytanie. Nie byłem jego sługą, by wymagał ode mnie, że pojawię się od razu, gdy tego zapragnie. 

- Nie czuję się dzisiaj najlepiej. Odwołam dzisiejsze lekcje. - powiedziałem, siadając na "swoim" fotelu w rogu gabinetu. Lubiłem to miejsce, ukryte w cieniu nie do wypatrzenia na pierwszy rzut oka, a ja za to widziałem cały gabinet z tego miejsca. Idealna pozycja strategiczna.

- Wezwać lekarza? - siwiejący już mężczyzna zmarszczył brwi, patrząc na mnie. Odłożył pióro, splatając dłonie i opierając na nich podbródek. Przyglądając mu się, widać było mężczyznę, który dużo już przeżył, na którym życie już odcisnęło swoje piętno. Nie mniej jego sylwetka, pomimo wieku była dumnie wyprostowana, spojrzenie skupione i czujne. Uśmiechnąłem się delikatnie, patrząc na niego.

- Nie trzeba - pokręciłem głową. Lekarz nie powiedziałby mi nic, czego sam nie wiem. A rana na brzuchu mogła tylko wzbudzić niepotrzebne zainteresowanie. To wystarczyło bym uparcie trwał przy swoim zdaniu. Chciałbym wrócić do swojej sypialni i przespać kilka następnych dni, jednak z drugiej strony chciałem spotkać jeszcze raz wampira. Miał w sobie coś co przyciągało mnie do niego. Można było to wyjaśnić zauroczeniem, ale to było coś innego. Coś czego nie umiałem wyjaśnić.

- Jesteś pewien? - zapytał, przyglądając mi się z niepewnością, a nawet pewną podejrzliwością. Miałem ochotę zaśmiać się, już tyle razy okłamałem go w sprawie swojej osoby, że to aż dziw, że dopiero teraz jest taki podejrzliwy.

- Tak. - odpowiedziałem krótko, posyłając mu uspokajający uśmiech.

- Skoro tak, to uwierzę ci na słowo... - mruknął z westchnięciem. Odchylił się na swoim miejscu, wyglądając na zmęczonego. Maska władcy lekko opadła okazując mi twarz mężczyzny, którego przytłaczając powoli obowiązki, które musi wykonywać. - Twoja siostra wspominała przy mi i twojej matce o twoim pomyśle sojuszu z Xansoss. - teraz to ja westchnąłem, ta rozmowa nie była pierwszą na ten temat, choć on wydawał się to sugerować. Czekałem aż zacznie swój monolog jakim to błędem jest myślenie o tych "pijawkach' jak o zwykłej osobie. - Nie patrz tak na mnie. Oponowałem lecz twoja matka kazała mi bym cię przynajmniej wysłuchał, więc... Co masz konkretnie na myśli, mówiąc "sojusz"?

- Nie mam zamiaru ojcze, tłumaczyć ci kolejny raz, że ta wrogość jest nie potrzebna. Lecz ty i tak zostajesz przy tym konflikcie - oznajmiłem ze złością w głosie. Zacisnąłem pięści w bezsilności, nic nie mogłem zrobić, to on był królem i to on decydował. Męczyła mnie już każda próba przemówienia mu do rozumu w sprawie Xansoss. On potrafił reagować tylko złością jeśli wspominało się o wampirach.

- Więc czego ode mnie oczekujesz, Connorze?

- Rozmowę z synem króla Xansoss. On nie pochwala działań swojego ojca, a raczej tej wrogości... Jak ja.

- Żądasz ode mnie spotkania z gówniarzem Valdeir'a? I śmiesz się porównywać do tych przeklętych pijawek? - krzyknął i zacisnął dłonie na dębowym biurku. Wiedziałem, pomyślałem ze złością. Zawsze to samo, udawał, że próbuje mnie wysłuchać, a następnie wrzeszczał obelgi jakby ktoś jeszcze nie znał jego zdania na temat wampirów. Unikałem kontaktu wzrokowego z szarookim mężczyzną.

- On jest inny! - oznajmiłem, wstając. Nie umiałem powstrzymać się od powiedzenia ojcu, że się mylił. Wiedziałem to, znałem prawdę. Nie każdy wampir jest potworem, a nie każdy człowiek jest wzorem cnót. On powinien to wreszcie zrozumieć, przecież król powinien kierować się rozumem i dobrem poddanych, a nie własnymi uprzedzeniami.

- A niby skąd to wiesz? -

- Armagedon spłoszył się w lesie i gdyby nie Astrel już bym nie żył. - powiedziałem prawdę, nie widząc już sensu w ukrywaniu tego. Gdy powiedziałem już "A" należało by powiedzieć i resztę liter. Twarz mojego ojca zaczerwieniła się w gniewie, w jego oczach jednak widać było nieuzasadniony strach.

- Astrel? Rozmawiałeś z synem tego potwora? - wrzasnął mój ojciec. - Co ci zrobił? To przez to czujesz się tak źle? Zabiję go!

- Nie! - krzyknąłem, stając przed ojce, jakby w obawie, że wybiegłby stąd i naprawdę zrobił krzywdę młodemu wampirowi. Szare oczy wpatrywały się we mnie z niedowierzaniem i złością, czułem się koszmarnie, wiedząc, że to moja wina. Gdybym siedział cicho, nie było by tej kłótni, ale musiałem mu wytłumaczyć. - To dzięki nie mu jeszcze żyje!

- Tak ci wmówił? Podła kanalia...

- Ojcze! Proszę cię... Wampiry nic nam nie zrobił.

- Żyją i piją krew ludzi, to jest nie wybaczalne. - oznajmił, ale widząc mój wzrok westchnął i najwyraźniej spróbował opanować swój ognisty temperament. Spróbował się rozluźnić i na nowo zajął swój fotel. - Czemu mam przeprowadzić z nim rozmowę?

- Spróbuj chociaż porozmawiać o rozejmie... Chociaż chwilowym. Zobaczysz, że oni nic nam nie zrobią, a pomogą. Wampiry nie mają takich materiałów jak my, a my nie mamy takich surowców jak oni. Możemy sobie wzajemnie pomóc i obu stroną wyjdzie to na dobre.

- Radziliśmy sobie przez wieki bez umów z tymi krwiopijcami. - ostatnie słowo prawie wysyczał, a w jego oczach błysnęła nienawiść. Nie wiedziałem co w nim budziło taką wściekłość, rzadko kiedy można było go zobaczyć w takiej furii z jaką teraz mówił.

- Słucham? - mruknąłem z oszołomieniem, widząc tak negatywne nastawienie ojca. Ten zacisnął wargi, posyłając mi niezadowolone spojrzenie. Westchnąłem, opierając się o biurko.

- Skoro tak ci zależy to ty się zajmiesz nakłonieniem jego ojca, by pozwolił swojemu synowi tu przybyć, bo nie zgadzam się byś ty podróżował do Xansoss.

- Poradziłbym sobie. - zacisnąłem usta w wąską linie, lecz widząc wzrok ojca od razu dodałem nie chcąc pogarszać sytuacji, burząc to co udało mi się wskórać w dzisiejszej rozmowie z nim. - No dobra... Napiszę list, pasuje?

- Bardziej by mi pasowało, gdybyś sobie odpuścił Connorze.

- Ale dzięki twoim wspaniałym genom jestem uparty i tak łatwo sobie nie odpuszczę - posłałem mu szeroki uśmiech. Jego wzrok nagle złagodniał, gdy mi się przyglądał w ciszy. Kiwnął powoli głową, a na jego ustach pojawił się lekki uśmiechem, który sprawił, że jego ostre rysy nabrały cieplejszych kontrastów. Podniósł pióro, które wcześniej odłożył, przyglądając mu się przez chwilę, a następnie unosząc wzrok i patrząc mi prosto w oczy.

- Rób co uważasz za słuszne. Tak jak uczyliśmy cię z matką. - powiedział łagodnym głosem, tak niepasującym do poprzedniej części naszej rozmowy. Posłałem mu pełne radości spojrzenie, a ten z cichym westchnięciem wrócił do tego co robił przed moim przybyciem. Uznając rozmowę za zakończoną, skierowałem się do drzwi, przy których zatrzymał mnie głos ojca. - Arma wrócił, jest w stajni.

Od razu wybiegłem z gabinetu, by zobaczyć co z rumakiem. Nie byłem pewien czy nie stała mu się jakaś krzywda, gdy samotnie spędził resztę nocy. Martwiłem się, że o jego stan, przecież coś go mogło zaatakować w tym lesie.

* * *

- Wiesz, że jak się król dowie, że zniknąłeś, to skróci mnie o głowę? - spytał dla pewności ciemnooki strażnik. Parsknąłem rozbawiony, patrząc na niego z góry. Rozumiałem jego obawy, ale wątpiłem, by mój ojciec od razu zabił strażnika. Zacząłby raczej od wydobycia z niego, gdzie się udałem, a następnie wysłałby cały oddział, by mnie przyprowadzili bezpiecznie do domu. Dopiero wtedy, by stracił osobę, która kryła ucieczkę jego dziecka.

- Dlatego się nie dowie, Jon - odparłem spokojnym głosem, posyłając niepewnemu mężczyźnie pocieszający uśmiech. Opatuliłem się bardziej zimową peleryną z kapturem obszytym ciemnym futrem, które przyjemnie ogrzewało. Siedząc w siodle, byłem gotowy do drogi.

- A jeśli twój koń znów się spłoszy? - patrzył na mnie niepewnym wzrokiem.

- Tym razem się nie dam tak łatwo zrzucić. Jon jeśli tak bardzo się obawiasz o mnie, możesz razem ze mną jechać.

- A wtedy nikt nie będzie chronił twojego tyłka, paniczu. - powiedział z delikatnym uśmiechem, a w jego ciemnych oczach wychwyciłem złośliwy błysk. Cieszyłem się, że choć trochę się przy mnie rozluźnił. Mężczyzna westchnął, cofając się. - Zostanę i przypilnuję twojej komnaty, wmawiając wszystkim, że śpisz.

- Dobra wymówka o godzinie czternastej - zakpiłem. Wzrok mężczyzny szybko mnie uciszył. Powstrzymałem, cisnący mi się na usta uśmiech, na widok irytacji na jego twarzy.

- Jesteś w końcu chory - fuknął. Westchnąłem, kiwając głową, by przyznać mu rację. Obiecując wrócić nim zajdzie słońce, popędziłem Arme kierując się bocznymi uliczkami w stronę lasu. Chciałem się tam znaleźć jak najszybciej w nadziei na spotkanie.

* * *

Gdy zobaczyłem granice lasu pośpieszyłem Armagedona, czarny ogier mknął przed siebie. Uśmiechnąłem się, czując pęd powietrza na twarzy. Kochałem to uczucie wolności, gdy wręcz płynąłem na grzbiecie rumaka. Między drzewami musiałem niestety zwolnić, by nie wpaść na coś lub nie zahaczyć się o wystające gałęzie. Po dłuższej chwili odnalazłem drogę, którą pokonałem wczoraj i trafiłem na małą polanę z drewnianą chatką. Rozejrzałem się podejrzanie dookoła. Nikogo jednak nie widziałem, było pusto. Było to dość dziwne, czułem się w tym miejscu całkowicie odcięty od świata. Wzruszyłem ramionami i ruszyłem w kierunku chatki. Gdy wszedłem do środka zdążyłem zrobić jeden krok za nim poczułem obejmujące mnie ramię i chłodne wargi na szyi. Spiąłem się czując jak wampirze kły drażnią moją skórę, naciskając na nią. Moje serce biło jak szalone i tylko ramię mężczyzny trzymało mnie w pionie.

- Nudzi ci się w życiu, że tak ryzykujesz człowieku? - usłyszałem cichy szept. Zadrżałem, czując gorący oddech na odsłoniętej szyi. Mój oddech przyśpieszył, a ja z zaskoczeniem zarejestrowałem, że mojemu ciału podoba się ta pokręcona sytuacja.

- No tak troszkę - odparłem z lekkim uśmiechem. - Możemy porozmawiać?

- A o czym księżniczko? - spytał mnie, a jego wzrok krążył po moim ciele.

Uśmiechnąłem się, opierając o ścianę. Chwilę milczałem, myśląc jak przeprowadzić tą rozmowę, by chłopak był przynajmniej zaciekawiony.

- O sojuszu... - zacząłem na co wampir zmarszczył brwi. Wziąłem głęboki oddech, nie wiedząc co mógłbym powiedzieć, by Astrel był moim sprzymierzeńcem w tej sprawie. Czarnowłosy stał parę kroków ode mnie w całkowitym bezruchu. Wyglądał jak posąg i przez chwile nawet zastanawiałem się czy on w ogóle oddycha. Spanikowałem, gdy pokręcił głową i posłał mi obojętne spojrzenie. Widząc, że otwiera usta impulsywnie zrobiłem duży krok w przód i przyciskając dwa palce do jego chłodnych warg. Widziałem błysk zaskoczenia w jego oczach i sam również dziwiłem się swojej odwadze w tej sytuacji. - Ta kłótnia między naszymi ojcami jest bezsensowna. Powinniśmy w końcu zaprzestać tego sporu. Większość mieszkańców Ashidee po prostu boi się stawić zakazom mojego ojca. Gdybyśmy choćby przez chwilę utrzymali rozejm może uda nam się nakłonić do przyjaźni między naszymi krajami, a także wymiany handlowej.

Bursztynowooki przyglądał mi się przez chwile nieczytelnym wzrokiem, wreszcie odsunął moją dłoń od swojej twarzy z nagłym uśmiechem. Byłem oczarowany tym, jak złagodniały rysy jego twarzy przy tym geście. 

 - A ty będziesz jako ten co spotkał dobrego wampirka?

- Chcę po prostu zakończyć ten spór. Moja koronacja jest za trzy miesiące. Chciałbym wprowadzić zmiany już przed tym - westchnąłem. Astrel musnął dłonią mój policzek, a na jego wargach pojawił się gorzki uśmiech, który bardziej przypominał grymas. Czułem się dziwnie, poddając dotykowi innego mężczyzny, który wydawał się z rozmysłem wykonywać każdy swój ruch.

- Możesz próbować, ale masz przed sobą przeszkodę, która gardzi całym twoim rodem i nie wyciągnie pomocnej ręki, nawet pod groźbą śmierci. Mojego ojca.

- Dlatego razem z ojcem napisałem to - wyciągnąłem w kieszeni płaszcza kremową kopertę z pieczęcią mojego rodu. - Przynajmniej chcę spróbować.

===================================================
[poprawione i rozwinięte]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz