poniedziałek, 23 stycznia 2017

Rozdział 5

Connor

- Ja również, choć nie spodziewałem się, że twój ojciec się zgodzi - odpowiedział mój ojciec z zadziwiającym jak na niego spokojem. - To był pomysł mojego syna, więc chciałbym oddać jemu tą sprawę. Oczywiście ostatnie zdanie będę miał ja oraz Valdeir. - dopowiedział, przyglądając się Astrelowi z nad kielicha.

Czarnowłosy uśmiechnął się delikatnie, kiwając głową w zrozumieniu. Spojrzał na mnie z uprzejmym zainteresowaniem. Miałem ochotę zaśmiać się na tą uprzejmą otoczkę, którą wokół siebie wytworzył. Byłem zaciekawiony wampirem od samego początku. Zastanawiałem się po podaniu listu dla jego ojca czy chłopak będzie ze mną współpracował; jeśli można tak to nazwać. Jego przyjazd był dla mnie jak paliwo napędzające moją nadzieję na zmiany. Chciałbym już wiedzieć jak to się potoczy.

Uchwyciłem wzrok Lili, która wodziła wzrokiem między mną, a Astrelem, który albo tego nie zauważył, albo grzecznie ignorował jej spojrzenie. Miałem ochotę przewrócić oczami, ale wiedziałem, że naraziłbym się na reprymendę mamy. Następca tronu nie wywraca oczami i nie obraża osób, które nie rozumieją jego wizji intelektualnych, przypomniałem sobie jeden z jej monologów. Spojrzałem na nią, a ta wydawała się zainteresowana naszymi gośćmi. Jej wzrok krążył między nimi, oceniająco. Najbardziej chyba jednak interesował ją najmniejszy z mężczyzn, mały blondynek, który dwukolorowymi oczami rozglądał się po sali.

- Z pewnością jesteście zmęczeni po podróży. Może Connor pokaże wam pokoje gościnne? - wzrok matki natychmiast skierował się na mnie. Kiwnąłem głową, nie mając nic przeciwko temu. Wstałem wraz z wampirami. Astrel skłonił się z szacunkiem chyląc głowę przed moim ojcem, wiedziałem, że tym zachowaniem zdobywa u niego punkty.

- Dobrej nocy, królu... panie. - skinął mojej matce i Liliannie, która uśmiechnęła się delikatnie. Po tym grzecznym pożegnaniu wyszliśmy z jadalni. Wampiry milczały, czarnowłosy szedł obok mnie trzymając dłoń blondyna. Nie wiedziałem co powiedzieć, więc szliśmy w ciszy.

- Tęskniłeś? - usłyszałem ciche pytanie.

Spojrzałem na niego z lekkim zaskoczeniem.

- Byłem jedynie ciekaw czy twój ojciec się zgodzi... - powiedziałem. - A ty? Tęskniłeś?

- Oczywiście, brakowało mi kogoś kto tak jak ty rzucał się z uśmiechem w szczęki lwa albo wampirów. - odparł po chwili ciszy. Byłem zaskoczony błyskiem irytacji w jego oczach po moich słowach, jednak jego wyraz twarzy szybko się zmienił i znów wydawał się oazą spokoju z delikatnym uśmiechem.

- Przesadzasz. Przecież nie zrobiłeś mi krzywdy. W dodatku same kłopoty by były gdybyś mnie zabił - odpowiedziałem mu. - Każdy z Was ma osobne pokoje. Cały ten korytarz jest do waszej dyspozycji.

- Wojna, która zakończyłby się wygraną mojego ojca i wyrżnięciem twojej rodziny na oczach waszych ludzi. Zaczęli by od dzieci, potem królowa, a na końcu król, by widział jak powoli wszystko traci. Połowa waszych ludzi, by zginęła, a druga stała się naszymi niewolnikami. Zwykłymi zabawkami do znękania. - spojrzałem na niego czując dreszcz strachu na widok obojętności na jego twarzy, gdy o tym mówił. Jakby nie widział w tym nic złego, jakby śmierć była nic nieznaczącym problemem. Wpatrywałem się w niego dopiero po chwili zauważając, że stanąłem w miejscu. - Tak, by się to skończyło, gdybym cię wtedy zabił. 

Przełknąłem ślinę, czując suchość w ustach. Nie chciałem wierzyć, że takie coś mogłoby się stać. Poprawiłem ruchem dłoni włosy, próbując je zaczesać do tyłu z marnym skutkiem. Zerknąłem na przyglądających się nam mężczyzn, czując się dość niepewnie, choć żaden z nich nie wydawał się agresywnie czy nawet negatywnie do mnie nastawiony. Spojrzałem prosto w oczy Astrela, który westchnął.

- Przepraszam. Niepotrzebnie to mówiłem. - mruknął i wydawał się lekko zażenowany.

- Nic się nie stało. Taka prawda - odpowiedziałem. - Wasze pokoje...

Zatrzymaliśmy się na jednym z krótszych korytarzy. Znajdowało się na nim sześć pokoi z małymi salonami i łazienkami. Na końcu korytarza było także wejście do wspólnego salonu. Trójka mężczyzn z krótkim "dobranoc" rozeszła się po pokojach, biorąc ze sobą małego blondyna. Przystąpiłem z nogi na nogę, zastanawiając się czy nie powinienem się oddalić. Czarnowłosy chwycił delikatnie mój podbródek i złożył na moim policzku chłodny pocałunek.

- Dobranoc, książę. - szepnął do mojego ucha.

Przez chwilę myślałem, że to tylko jakiś wybryk mojej wyobraźni. Stałem w miejscu, nie potrafiąc się nawet ruszyć. Gdy tylko czarnowłosy schował się za drzwiami swojej sypialni dotknąłem jak w transie policzka, na którym chłopak złożył mi pocałunek. Zachowanie wampira wprawiało mnie w zakłopotanie. Kłamałbym jednak mówiąc, że podchodziłem do tego całkiem obojętnie. Jego osoba przyprawiała mnie o dość dziwne reakcje. W mojej głowie pojawiła się myśl, że chciałbym poczuć jego wargi na swoich ustach. Skarciłem się w myślach za to wyobrażenie. Nie powinienem nawet o takich rzeczach teraz myśleć.

Ruszyłem szybszym krokiem do swojego pokoju. Potrzebowałem snu, by móc sobie ułożyć w głowie odczucia do pewnego księcia o bursztynowych oczach. Zaabsorbowany swoimi myślami nie zauważyłem nawet kiedy dotarłem do swojego pokoju. Zdziwiłem się, widząc siedzącą na łóżku Lili. Brunetka miała już na sobie piżamę i ciepły szlafrok z drogiego materiału. Uśmiechnęła się radośnie na mój widok.

- Nie mówiłeś, że jest aż tak przystojny, braciszku. - rzuciła na wstępie, gdy tylko drzwi się za mną zamknęły. Uchyliłem usta, patrząc na nią wielkimi oczami. Moja siostra najwyraźniej uznała moją reakcję za przekomiczną i zaśmiała się, przytulając do jednej z wielu poduszek.

- Co tu wspominać... - mruknąłem, zaglądając do szafy po ubrania do przebrania się.

- Coś ty taki przygaszony? Ugryzło cię coś? - zapytała, posłałem jej ostre spojrzenie. Nie powinna żartować na tego typu temat, szczególnie, że jeśli ktoś przypadkiem by źle zrozumiał i doniósł ojcu to nasi goście mogli by mieć kłopoty.

- Odłóżmy ten temat na później, dobrze? - spojrzałem na nią. Lilianna westchnęła, odłożyła poduszkę i wstała z mojego łóżka. Opatuliła się puszystym materiałem szlafroka, patrząc na mnie z delikatnym uśmiechem.

- Śpij dobrze, Connie. - posłała mi buziaka i opuściła mój pokój. Wpatrywałem się przez chwilę w zamknięte drzwi, a następnie biorąc piżamę, skierowałem się do łazienki.

* * *

Pierwszy raz obudziłem się tak wcześnie. Słońce dopiero powoli wychodziło zza gór. Siedziałem przy oknie dość długi czas, jednak nadal miałem dwie godziny do śniadania. Pchnięty jakimś impulsem przebrałem się, idąc do pokoju zajętego przez szatyna.

Zapukałem, a nie słysząc odpowiedzi nacisnąłem powoli klamkę zaglądając do środka. W pokoju panował półmrok rozjaśniany pierwszymi promieniami słońca, które wpadały przez jedno z dużych okiem pokoju. Spojrzałem w stronę łóżka, czarnowłosy leżał przytulony do jednej z poduszek. Wpatrywałem się w niego oczarowany jego uroczym wyglądem, gdy spał. Podskoczyłem przestraszony, gdy ten przewrócił się na drugi bok spychając przy okazji poduszkę.

- Co robisz? - usłyszałem za sobą dziecięcy głos.

Odwróciłem się natychmiast. Uśmiechnąłem się na widok chłopczyka, który przyjechał razem z wampirami. W końcu miałem okazje go poznać.

- Chciałem porozmawiać z Astrelem, jednak on śpi; a ty co tu robisz? - schyliłem się, by być wysokości wzroku blondyna. Chłopiec posłał mi oceniające spojrzenie, po chwili jednak wydymając z niezadowoleniem policzki. Wskazał jedną ręką na łóżko.

- Obudziłem się i zaczęło mi się nudzić, więc chciałem się pobawić z Asim, ale on wciąż śpi. - oznajmił nieszczęśliwym głosem.

- Mam ten sam problem. Jestem Connor - podałem mu dłoń. Mały blondyn potrząsnął nią z szerokim uśmiechem, rozświetlającym jego dwukolorowe oczy.

- Oliver Xansoss. - przedstawił się z dumą unosząc główkę.

Więc to był brat Astrela? Nie wiedziałem, że ma rodzeństwo. Nawet nie przypuszczałem tego.

- Więc może ty Oliver przejdziesz się ze mną na spacer?

- Tylko się nie zabijcie. - mruknął Astrel. Zerknąłem na niego zaskoczony, a ten wpatrywał się w nas zaspanym wzrokiem. Prześlizgnąłem wzrokiem po jego ciele, zauważając, że chłopak spał w samych spodniach.

- Raczej lwów nie mam w ogrodzie - uśmiechnąłem się do szatyna.

- Zwierząt obawiałbym się najmniej. - odpowiedział, przeciągając się jak małe dziecko. Widząc czarny tusz na jego piersi, skoncentrowałem wzrok na jego piersi, przyglądając się tatuażowi. Szatyn chrząknął znacząco, na co lekko się zarumieniłem.

- Przepraszam... - mruknąłem pod nosem.

- Mu się to podoba. - szepnął blondyn, który po chwili dostał poduszką i lekko zaskoczony wpadł na mnie. Udało mi się go utrzymać na nogach i samemu nie spotkać się z podłogą. Spojrzałem z zaskoczeniem na Astrela, który był delikatnie zarumieniony.

Nie mogłem nic na to poradzić, że na moje usta wpłynął malutki uśmiech. Widok księcia Xansoss zarumienionego był dość ciekawy. Chłopak przez chwilę utrzymywał kontakt wzrokowy, a następnie wstał, znikając w łazience wraz z ubraniem, które wyciągnął ze stojącej tu komody. Zerknąłem na chichoczącego Olivera, który pociągnął mnie w stronę pustego łóżka.

- Poczekamy na niego. - oznajmił, wesoło machając nogami. - Pierwszy raz widzę by tak reagował...

- Oliver! - parsknąłem śmiechem, widząc jak z łazienki wybiega w łomoczącej koszuli wampirzy książę. Mężczyzna piorunował wzrokiem swojego brata, który próbował się za mną ukryć, niewinnie trzepocząc rzęsami.

- Ubierz się książę. Świeże powietrze dobrze ci zrobi - zachichotałem. Jego mordujące spojrzenie przeniosło się na mnie, posłałem mu szeroki uśmiech, na co szatyn westchnął i zapiął koszulę. Ubrany był w czarne spodnie, które wydawały się idealnie przylegać do jego nóg i ciemno niebieską koszulę. Zarzucił na ramiona jeszcze ciepłą pelerynę i skinął nam głową.

- Zamierzacie iść w takich strojach na to zimno?

- No to po drodze odwiedzimy nasze pokoje - powiedziałem, uśmiechając się do Olliego. Astrel przewrócił oczami, puszczając nas przodem. Uśmiechnąłem się delikatnie, idąc za jego bratem do jednego z pokoi. Chłopiec zniknął w nim, a my zostaliśmy na korytarzu. Spojrzałem na wampira, który wydał z siebie przeciągłe ziewnięcie.

- Nie wyspany? - spytałem. Bursztynowe spojrzenie skoncentrowało się na mnie, Astrel uśmiechnął się minimalnie kręcąc głową.

- Wampiry nie potrzebują dużo snu, chyba że zostały ciężko ranne. Wtedy czas się wydłuża, by nasze ciało mogło się zregenerować jak najlepiej. Oczywiście pomaga w tym też świeża krew. - odpowiedział, przeczesując włosy i próbując je ułożyć. Przyglądałem się jego poczynaniom z rozbawieniem. Gdy najwyraźniej uznał efekt za zadowalający, posłał mi wesoły uśmiech i wzruszył ramionami. - Lubię sen, wyobraźnia pokazuje nam wtedy niezwykłe rzeczy. Wampirzy sen jednak jest dość kruchy, chyba że zapadniemy w śpiączkę, gdy utracimy dużą ilość krwi, wtedy trudno nas wybudzić, czasami jest to nawet śmiertelne. 

- To jest coś podobnego do ludzkiej śpiączki? - spytałem zaciekawiony. Czarnowłosy przez chwilę wydawał się nad tym zastanawiać, nim jednak zdążył odpowiedzieć jego młodszy brat wybiegł ze swojej tymczasowej sypialni. Z radością wskoczył w ramiona Astela, który tylko przewrócił oczami, upewniając się, że on nie upadnie.

- Można powiedzieć, że wygląda to podobnie, ale nie jest to to samo. - zakończył ten temat.

- To teraz idziemy do Conniego! - uśmiechnąłem się na entuzjazm blondynka. Drogę do mojego pokoju pokonaliśmy w ciszy wypełnionej głosem Olivera, który wydawał się pełen energii i nie przypominał wystraszonego dziecka z wczoraj. Wziąłem szybko z szafy ciepłą pelerynę i wyszedłem do tej dwójki od razu kierując się w stronę schodów.Wzrok strażników uważnie śledził nasze ruchy, pierwszy raz widziałem u nich tak skupione wyrazy twarzy.

Zatrzymałem się na chwilę, gdy wyszliśmy na zewnątrz. Pomimo świecącego słońca, chłód, który bił od śniegu przyprawiał mnie o dreszcze. Rozejrzałem się po zaśnieżonym krajobrazie.

- Dzisiaj po obiedzie porozmawiamy o tych wszystkich sprawach sojuszu - powiedziałem do wampira, kierując się w stronę ogrodu. Astrel szedł za mną, po chwili opuszczając Olivera na śnieg. Młodszy radośnie przebiegł obok mnie, znikając w jednej z zasp śnieżnych z głośnym śmiechem.

Parsknąłem śmiechem, gdy chłopczyk wyskoczył ze śniegu i złapał mnie razem z Astrelem i ciągnąc w śnieg. Czarnowłosy nie podzielał naszej radości wstał, otrzepując się i pomagając mi wrócić do pionu. Posłałem mu szeroki uśmiech, na co ten przewrócił oczami, strzepując z mojego ciała śnieg.

- Będziesz chory od takiego wpadania w zaspy.

- Ile razy w dzieciństwie się nie takie rzeczy robiło i nie byłem chory - powiedziałem wesoło. Parsknąłem śmiechem, gdy ten z kamiennym wyrazem twarzy pchnął mnie z powrotem w śnieg. Usiadłem, strzepując z włosów śnieg i patrząc na jego oddalającą się w stronę fontanny sylwetkę.

Spojrzałem na Olivera, który już szykował w dłoniach śnieżkę. W ostatnim momencie uniknąłem jej wstając i zaczynając się wygłupiać z chłopczykiem. Rzucaliśmy się śniegiem, ganiając po nim jak wariaci. nie pamiętam kiedy ostatni raz się tak beztrosko bawiłem. Wreszcie zmęczeni i przemarznięci podeszliśmy do przyglądającego nam się Astrela.

- Lepiej wam? - zapytał z rozbawieniem w głosie, omiatając wzrokiem nasze sylwetki.

- Czemu nie chcesz się z nami bawić? - spytał młodziak, opierając się o szatyna. Ten przeczesał jego włosy, pozbywając się z nich śniegu. Usiadłem na murku zamarzniętej fontanny. Miałem sentyment do tego miejsca. Właśnie tu co roku moja mama dawała mi urodzinowy prezent, to tu mój ojciec dał mi pierwszy miecz, to tu dowiedziałem się, że będę mieć siostrzyczkę. Drzewa, krzewy, murki wszytko było pięknie otulone białym puchem.

- Przyglądanie się waszej szalejącej dwójce jest ciekawsze. - odparł z uśmiechem i oparł podbródek na ramieniu blondyna.

- Gorąca czekolada? - spytałem, wstając. Oliver spojrzał na mnie z szerokim uśmiechem na twarzy, jego starszy brat zaśmiał się cicho. Chłopiec chwycił moją dłoń i pociągnął w stronę zamku nawet nie przejmując się własnym bratem. Byłem zaskoczony jego siłą, domyślałem się, że to ze względu na geny nie mniej wciąż byłem pod wrażeniem. Sapnąłem zaskoczony, gdy wpadliśmy na kogoś.

Silne ramię przytrzymało mnie w pionie, a do moich uszu dotarł cichy chichot. Uniosłem głowę zerkając prosto w srebrzyste tęczówki jednego ze strażników Astrela. Mężczyzna uśmiechał się, patrząc z rozbawieniem to na mnie to na małego księcia, który nie wydawał się zadowolony, że ktoś stanął mu na drodze do gorącej czekolady.

- Marcus, przesuń się - prychnął chłopczyk niczym rozzłoszczony kot. Jasnowłosy się jednak nie przejął z łatwością biorąc go na ręce, nie tracąc ani na moment uśmiechu. Przyglądałem im się w ciszy. - Marucuś! - krzyknął, owijając się wokół niego.

- Oliś? - odparł z przekrzywiając głowę. Zerknął na mnie puszczając mi oczko. Czułem się zahipnotyzowany jego spojrzeniem, jednak uczucie to zniknęło, gdy zamrugałem, a do naszej grupki podszedł Astrel. - Królewiczu...

- Nie prowokuj mnie. - odparł szatyn.

- Tylko się przywitałem - uśmiechnął się, puszczając młodego wampirka. - Gdzie pędzicie?

- Connor, zaproponował małemu gorącą czekoladę. - odparł i spojrzał na swojego brata, który już chwycił moją dłoń i powoli zaczął się ze mną oddalać. Czarnowłosy uniósł brew z powagą na twarzy.  Nic nie mogłem poradzić na to, że nie mogłem odmówić temu smykowi i stać w miejscu. Po prostu rozumiałem w jakimś stopniu jego zachowanie, sam przecież kiedyś byłem dzieckiem, które uwielbiało wszystko co słodkie.

- Owinął go sobie wokół palca - zaśmiał się strażnik, na co spojrzałem na niego krzywo. Ten nie wydawał się przejęty moim wzrokiem wciąż z rozbawieniem patrząc to na mnie, to na zadowolonego Olivera, który był już coraz bliżej drzwi.

- Kiedyś ci kły wypadną od pochłanianej ilości cukru. - skomentował Astrel, wpatrując się świdrującym wzrokiem w blondyna, który spojrzał na niego z przerażeniem. Marcus zaśmiał się.

- Powiem mamie! - oznajmił chłopiec. Parsknąłem śmiechem, uznając że ich dwójka jest niezłą rozrywką w takiej sytuacji. Czarnowłosy wydawał się nieprzejęty jego odpowiedzią pochylił się w jego stronę, a na jego usta wpłyną niebezpieczny uśmiech.

- Wtedy ja jej powiem jak pozbyłeś się wazonu pra-babki.

- A ty zepsułeś obraz wujka! - wygiął w śmieszny sposób wargi. Astrel spojrzał na niego morderczym wzrokiem, wyprostował się nie odrywając spojrzenia od młodszego.

- Byłeś tam, mogłeś mnie powstrzymać.

- Jestem za mały, by zatrzymać oszalałego brata. - syknął ze złością. Czarnowłosy westchnął, kiwając głową.

Przypominało mi to kłótnie z Lilianą gdy była młodsza. Potrafiliśmy się pokłócić o wszystko. Kończyło się to albo zniszczeniem czegoś, albo całodniowym milczeniem, którejś ze stron. Zawsze staraliśmy się jednak utrzymywać nasze utarczki między sobą, by nie narażać się na monologi rodziców.

- Trochę zimno jest na dworze. Przełóżmy wasze potyczki na później - powiedziałem, ciągnąc Astrela i Olivera do środka. Skierowałem się od razu do kuchni, dopiero w połowie drogi orientując się, że wciąż trzymam dłoń czarnowłosego, a temu nie wydaje się to przeszkadzać. Oblizałem wargi, próbując się nie zarumienić. Zerkałem na nasze dłonie i na twarz mężczyzny szukając czegoś, w którymś momencie uchwyciłem rozbawiony wzrok Marcusa. To było dziwne jak jego wzrok na mnie działał. Patrząc się w jego srebrne oczy prawie stanąłem w miejscu. Puściłem braci Xansoss.

Uśmiech srebrzystookiego poszerzył się, a następnie odwrócił ode mnie wzrok. To było dziwne, pomyślałem. Otworzyłem drzwi do kuchni, znajdujący się tam służący skinęli nam głowami, szybko jednak nas zignorowali, wracając do swoich obowiązków.

- Książę? W czym mogę służyć? - spojrzałem na jednego z kucharzy, który wpatrywał się w nas z uśmiechem, choć gdy zerkał na moich towarzyszy wydawał się lekko przerażony. Oliver nie dbając o nic podbiegł do stołu, na którym stał piękny dwuwarstwowy tort z wiórkami czekolady na kremowej masie.

- Oliver, nie przynoś mi wstydu... - jęknął Astrel, w jednej chwili pojawiając się obok niego. Uchyliłem usta z zaskoczenia, przecież przed sekundą stał obok mnie! A teraz jakby nigdy nic rugał blondyna, który zerkał na ciasto.

- Cztery kubki gorącej czekolady jeśli mogę prosić - uśmiechnąłem się do kucharza. Ten kiwnął głową, kierując się między blaty. Jeden z podkuchennych wskazał nam stolik, przy którym usiedliśmy. Zerknąłem na rodzeństwo, które miało chyba poważną rozmowę. Przysunąłem się bliżej i parsknąłem śmiechem.

- ... zrób ciasteczka!

- Będziesz gruby jak dalej będziesz tyle słodyczy jadł.

- Ciasteczka. - jęknął Oliver, patrząc na Astrela wielkimi oczami. Ten pstryknął go w nos, kręcąc głową w cichej odmowie.

- Chcesz zrobić ciasteczka? - spytałem, na co oczka wampirka radośnie zaiskrzyły się. - No to zrobimy.

- Connor... - wzruszyłem ramionami, uśmiechając się radośnie na minę Astrela. Wstałem zrzucając z ramion pelerynę i podwijając rękawy koszuli. Wraz z małym wampirem podszedłem do jednego ze służących prosząc o potrzebne składniki i przepis. Ten z zaskoczeniem potaknął i zniknął. Najwyraźniej przyszły król piekący ciasteczka nie był normalnym widokiem. W czasie naszej pracy kuchnia powoli pustoszała. Wszyscy wynosili przygotowane potrawy do jadalni, by przygotować śniadanie.

- Oliś podasz mi cukier? Jest w tym szklanym słoiku - wskazałem na blat mieszając ciasto w misce. Chłopczyk szybko kiwnął główką, idąc po wskazany przedmiot. Uśmiechnąłem się, dodając do miski kawałki czekolady. Zerknąłem na rozmawiających przy stole mężczyzn.

Odwróciłem się słysząc dźwięk rozbijającego się szkła. Oliver uniósł na mnie wzrok i zobaczyłem jak powoli zaczyna mu drgać dolna warga, a w oczach pojawiają się łzy. Usiadł na ziemi między odłamkami szkła zaczynając szlochać. Wpatrywałem się w niego, nie mając pojęcia co zrobić. Na szczęście jego brat ostrożnie wziął go na ręce, sprawdzając co sobie zrobił. Chłopczyk uspokoił się po chwili, Astrel podał go Marcusowi.

- Opatrz mu te kolana i dłonie. - polecił, na co mężczyzna kiwnął głową ciaśniej obejmując pociągającego nosem malca. Czarnowłosy cmoknął go w czoło z pocieszającym uśmiechem. - Głowa do góry, słoneczko.

Gdy ich dwójka wyszła, nam zostało tylko ogarnąć powstały bałagan. Wysłałem Astrela po zmiotkę do składzika na końcu pomieszczenia, samemu klękając, by pozbierać większe kawałki szkła na jedną kupkę. Poczułem pieczenie na palcu. Spojrzałem się na dłoń, na której widniała czerwona linia. Mruknąłem zły na swój pech, przykładając palec do ust.

- Connor... - spojrzałem w górę, słysząc delikatną barwę głosu wampira. Zmarszczyłem brwi, widząc jego spojrzenie, które powoli ciemniało. Jego klatka piersiowa unosiła się jakby z trudem, gdy w bezruchu wpatrywał się we mnie.

- Astrel? - poczułem lekką panikę, wstając.

- Żadnych gwałtownych ruchów. - oznajmił, a jego wzrok skoncentrował się na mojej dłoni. Zerknąłem w dół, patrząc jak z czubka mojego palca skapuje krew. Cofnąłem się, patrząc z przerażeniem na wampira. Każda cząstka we mnie wrzeszczała bym uciekał stąd jak najszybciej.

Cofając się, napotkałem za swoimi plecami ścianę. Sapnąłem zaskoczony, gdy szatyn stanął naprzeciw mnie. Widziałem plamki szkarłatu w jego bursztynowych oczach i końcówki kłów, delikatnie naciskających na jego dolną wargę. Zadrżałem, czując jak chłodne palce oplatają mój nadgarstek. Jak w transie wpatrywałem się w mężczyznę, który jak zahipnotyzowany wpatrywał się w krew powoli spływającą po mojej dłoni.

Wyrwałem swój nadgarstek z rąk wampira, próbując uciec z kuchni. Jęknąłem z bólu, gdy chłopak mało delikatnie pchnął mnie na ścianę ze złością w szkarłatnych ślepiach. Nie przypominał teraz tego spokojnego mężczyzny z przed paru minut. Poczułem jak w moich oczach zbierają się łzy bezradności.

- Astrel... - sapnąłem wystraszony, gdy moja dłoń znalazła się przy jego ustach. Chłopak nie reagował, czubkiem języka przejechał po ranie, zlizując każdą krople krwi. Drżałem, czekając aż znudzi mu się i ugryzie mnie. Byłem przerażony, gdy odsunął moją dłoń od swoich ust i przybliżył się do mnie, zamknąłem oczy nie chcąc na niego patrzeć. Czekałem na ugryzienie, ale jedyne co poczułem to usta wampira na swoich.  Ze zdziwienia otworzyłem usta co chłopak natychmiast wykorzystał pogłębiając pocałunek. Próbowałem go odepchnąć, na co złapał moje ręce i przycisnął do ściany. Warknąłem zły, gryząc go w język.

Mężczyzna odskoczył ode mnie w jednej chwili, a jego oczy wracały powoli do swojej naturalnej barwy. Westchnąłem z ulgą, opierając się o ścianę. Astrel wpatrywał się we mnie w milczeniu, oblizał swoje wargi, oddychając przez usta i cofając się jeszcze dalej.

- Przepraszam. - skrzywił się, szybko wychodząc z kuchni.

Poczułem jak emocje uchodzą ze mnie, a moje nogi stają się jak z waty. Usiadłem na podłodze patrząc się na czubki swoich butów. Serce biło mi wciąż jak oszalałe, ten mały wypadek mógł tak wiele zmienić. Zastanawiałem się, co powstrzymało wampira od ugryzienia mnie.

- Connor? Wszystko w porządku? - do kuchni wszedł brązowowłosy mężczyzna. Pokręciłem głową, wskazując na swoją dłoń i szkło z cukrem brudzące podłogę. Strażnik nie zadając mi więcej pytań pomógł mi się podnieść i posadził na jednym z krzeseł. Podał mi szmatkę każąc przycisnąć do rany, a następnie wyszedł szybkim krokiem.

Gdy wrócił miał ze sobą małą apteczkę. Sprawnie opatrzył mi ranę, a gdy skończył zrobił mi herbatę i każąc służbie sprzątnąć zaprowadził mnie do mojego pokoju.

- Jesteś strasznie blady. Wezwać lekarza? - spojrzał na mnie zmartwiony na co przytuliłem się mocniej do poduszki na łóżku.

- Nie trzeba. Po prostu... się wystraszyłem.

Mężczyzna towarzyszył mi przez dłuższy czas. Posłał strażnika, by powiadomił moich rodziców, że nie zejdę na śniadanie. Jego cicha osoba była moim cichym wsparciem. Powoli się uspokajałem, strach wyparował, a została ciekawość. Dlaczego mnie nie ugryzł, gdy miał okazje? Widziałem jego pożądliwy wzrok, więc czemu...

- Jon? - wzrok mężczyzny spoczął na mnie. - Przyniesiesz mi coś do jedzenia?

Strażnik kiwnął głową, wychodząc z pokoju. Przez szparę niezamkniętych drzwi wszedł do sypialni mój wilkor. Uśmiechnąłem się słabo, głaszcząc zwierze, które zajęło obok mnie miejsce. Xell trącił mój policzek zimnym nosem, domagając się więcej pieszczot z mojej strony. Przytuliłem się do zwierzęcia, przeczesując palcami jego długą sierść.

Wilkor szczeknął z zadowoleniem, kładąc się obok mnie. Gładziłem jego białe jak śnieg futro, na nowo pogrążając się w myślach. Tym razem jednak skupiłem się na warunkach sojuszu, które miałem omówić po obiedzie z Astrelem. 

- Connie? - spojrzałem na drzwi, z których dochodził dziecięcy głosik. 

- Co tam Olliś?

Blondwłosy podszedł bliżej przyglądając się Xellowi z fascynacją. Uśmiechnąłem się delikatnie, wilkor nie wyczuwając w nim zagrożenia wciąż leżał spokojnie. Chłopiec uniósł wzrok na mnie, a w jego oczach błysnęło zmartwienie. 

- Źle się czujesz? 

- Nie, a czemu bym miał? - spytałem chłopczyka. Myśląc nad tym, nie okłamałem go. Strach zniknął a rana była mała. Chłopiec wspiął się na moje łóżko, przyglądając się mojej twarzy z  dziecięcą nadgorliwością.

- Leżysz w łóżku, a słońce już wstało... Myślałem, że coś się stało i to dlatego Asi jest taki nerwowy... ale nie mów mu, że ci to mówię. On nie lubi okazywać słabości...

- Lubię leżeć z Xellem - uśmiechnąłem się. Oliver kiwnął głową, zerkając na zwierzę, które uniosło łeb, słysząc swoje imię. Jasnowłosy wydawał się oczarowany zwierzęciem, które z zaciekawieniem zaczęło go obwąchiwać. Pokój wypełnił głośny, dziecięcy śmiech. Wilkor zapiszczał radośnie, liżąc policzek chłopaka. Xell obudził znów w sobie instynkt rodzicielski?

Przyglądałem się im z uśmiechem, dopiero po chwili zauważyłem Jona, który wrócił z tacą z jedzeniem. Mężczyzna wydawał się zaskoczony widząc dziecko, które prawie zniknęło pod wilkorem, który chciał się z nim bawić.

- Oliver Xansoss, Jonathan Dover - przedstawiłem ich sobie. Chłopiec pomachał strażnikowi, drapiąc Xella za uszami. Mężczyzna uśmiechnął się i postawił na szafce nocnej tacę, którą przyniósł. Mój brzuch wydał z siebie dźwięk aprobaty, na co Ollie zachichotał. - Dziękuję - posłem uśmiech mężczyźnie.

- Żyję, aby służyć. - odpowiedział z błyskiem rozbawienia w oczach. Zmrużyłem oczy, mając ochotę go poprawić. Ten jednak wycofał się z pokoju, zostawiając mnie z chłopcem i wilkorem. Zabrałem się za kanapki, przyglądając się zabawie tej dwójki.

* * *

Spojrzałem na wielki zegar stojący w rogu z irytacją. Obiad skończył się godzinę temu, a Astrel obiecał być tu półgodziny po posiłku. Zacisnąłem wargi z niezadowoleniem, jeśli to było jego odpowiedzią na to co stało się w kuchni, to bardzo dojrzale się zachowywał. Zamknąłem gwałtownie czytaną przed chwilą książkę i z trzaskiem położyłem ją na drewnianym blacie biurka. 

- Twoja złość aż parzy moje zmysły. - usłyszałem spokojny głos, dochodzący od strony wejścia. Po chwili pojawił się książę od siedmiu boleści.

- Pół godziny spóźnienia - mruknąłem niczym sam Nathaniel Ashidee. Czarnowłosy zajął miejsce naprzeciwko mnie, nawet nie przepraszając za swoje zachowanie. Zacisnąłem palce na meblu, by przypadkiem nie rzucić czymś w niego lub samemu nie pokazać mu swojego niezadowolenia z tego powodu. - Jeśli nie chcesz rozmawiać ze mną to po prostu mogłeś tu nie przychodzić.

- Wybacz, nie spóźniłem się, by zrobić ci na złość. Zatrzymała mnie pewna młoda dama z mnóstwem pytań. Teraz jednak jestem cały twój. - oznajmił. I rozparł się wygodnie w fotelu. 

Westchnąłem, czując na sobie wzrok szatyna. 

- Zacznijmy może od początku? - spojrzałem na niego, poprawiając się na fotelu. Szatyn kiwnął twierdząco głową i zamyślił się, opierając swoją brodę na dłoni. Ze skupieniem wpatrywał się we mnie.

- Podstawą sojuszu uczynimy umowy handlowe. Co dalej wymyśliłeś?

- Udostępnienie wszystkich szlaków górskich obu krajom.

Czarnowłosy zamyślił się, a po chwili nachylił się i wziął czystą kartkę oraz pióro. Wpatrywałem się jak szybko pisze, zapełniając puste pole schludnym pismem. Byłem ciekaw co też wymyślił, ten z wyraźnym zadowoleniem przesunął papier w moją stronę. Spojrzałem na stronę z uśmiechem. Chłopak po prostu rozwinął nasze podpunkty dodając parę własnych propozycji i zostawiając miejsce na dopisanie poszczególnych zmian.

- Ostrzeżcie również swoich ludzi, że kłusownictwo jest karane w Xansoss. - oznajmił cicho.

- Sądzę że większość punktów trzeba im powiedzieć - powiedziałem. - Oli mówił, że byłeś dość zdenerwowany po tym jak wyszedłeś z kuchni...

- Mała papla... - mruknął, prostując się i posyłając mi poważne spojrzenie. - Nie lubię tracić kontroli nad sobą.

-Nie ugryzłeś mnie, choć miałeś idealną okazję do tego... Dlaczego?

- Nie chciałem cię skrzywdzić, choć masz racje miałem idealną okazję by to zrobić i chciałem tego.

Oparłem się o biurko nie wiedząc co powiedzieć. Miałem mnóstwo pytań w głowie, ale wydawały mi się teraz wręcz dziecinne. Wpatrywałem się w jego bursztynowe oczy. W myślach stwierdziłem, że są naprawdę ładne. Przygryzłem wnętrze policzka. Odkąd go spotkałem miałem myśli niegodne następcy tronu. Co by powiedział mój ojciec na to?

 **************************************************
[poprawione i rozwinięte]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz